Tło z czaszką w lesie i fazami księżyca – sekcja ocen na stronie Anny Karnickiej

Nieskończona Dal

„Nie płacz, Gabryś, zobaczymy się na jeziorach”, powiedział mi kiedyś Aleks. Musiało minąć wiele lat, żebym zdołał zrozumieć, co dokładnie miał wtedy na myśli. Był pożar i był dym, całe smugi dymu, a gdy dym opadł, byłem ja, dłoń Izy i ciemna, łagodna tafla jeziora.

Aleks siedział na pomoście, łowiąc ryby. Gdy usłyszał nasze kroki, poderwał się na równe nogi. Tym razem nie miał do powiedzenia nic poetyckiego, po prostu mnie przytulił.

Iza rozglądała się wokół. Jej lodowato niebieskie oczy były nieufne i pełne podejrzliwości. Raz po raz marszczyła brwi, nic jednak nie powiedziała.

Tego pierwszego wieczora wspólnie zbieraliśmy drwa na ognisko. Sosnowy las porastający brzegi jeziora jest pokryty miękkim, puszystym dywanem z mchu. Trawy łaskoczą w kostki, kiedy się przez nie idzie. Słońce, mimo późnej pory, wciąż jest jeszcze dość wysoko. Gdy zbliża się do krawędzi lasu, na niebie wschodzi księżyc, ani przez moment nie jesteśmy więc tak zupełnie bez światła.

– Właściwie dlaczego jeziora? – spytała Iza, kiedy sosnowe drewno zajęło się już równym płomieniem, a iskry strzeliły aż pod jasne niebo. – Dlaczego tutaj?

Aleks uśmiechnął się do siebie pod nosem tak, że aż ścisnęło mnie w dołku. Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo tęskniłem za tym uśmiechem.

– Na podwórzu domu, gdzie kiedyś mieszkałem, zawsze stało dużo wody – zaczął opowiadać. – Zwłaszcza na podjeździe. Gliniasta gleba, na dodatek wszystko rozjeżdżone autami. Jak tylko trochę popadało, robiło się bagno. Kiedy nam się nudziło z Gabrysiem, siadaliśmy w cieniu szopy i wyobrażaliśmy sobie, że wszystkie te kałuże te grudki błota i letniej trawy pomiędzy nimi to obca kraina, pełna lasów, czarnych jezior i trujących kwiatów rosnących na bagnach. Pośród głuszy kryją się małe rybackie osady, flisacy spławiają towary z gór aż do morza serpentynami łagodnej rzeki…

– Głównie ty opowiadałeś – przypomniałem mu. – Ja po prostu słuchałem.

– Możliwe.

Już otwierałem usta. Chciałem wspomnieć, jak już wtedy mówił, że spotkamy się na jeziorach… Ale im dłużej o tym myślałem, tym mniej byłem pewien. Pamiętam długie, letnie i bardzo jasne wieczory na podwórzu i opowieści Aleksa, i to, jak bardzo mu wierzyłem, bo nie miałem nic lepszego do roboty. Nie pamiętam jednak, żeby kiedykolwiek obiecywał mi, że się tu spotkamy. Z drugiej strony nie pamiętam też naszej ostatniej rozmowy, zazwyczaj nie chcę pamiętać. Ciężko sięgać pamięcią do czasów przed wojną.

Całkiem możliwe, że rzeczywiście mówiliśmy o jeziorach.

Tamtego pierwszego wieczora siedzieliśmy przy ogniu do późna, patrząc, jak niebo coraz bardziej ciemnieje, a księżyc staje się coraz jaśniejszy. Tak naprawdę towarzyszyły nam dwa księżyce: jeden nad nami, drugi w ciemnej tafli. Jedliśmy pieczone ryby, dużo rozmawialiśmy, próbując nadrobić stracony czas, trochę śpiewaliśmy. Iza splatała trawy i drobne, leśne kwiatki w wianek.

– Są trujące – powiedział Aleks, ale Iza tylko wzruszyła ramionami. Skończyła wianek, włożyła go sobie na głowę i uśmiechnęła się zawadiacko. Jej zazwyczaj chłodne, błękitne oczy były ciemne jak jeziora.

* * *

Zebraliśmy się w dalszą drogę późnym popołudniem. Właściwie ruszyliśmy się tylko dlatego, że Aleks nalegał. Bardzo chciał nam pokazać inne jezioro.

– Jest tak piękne, że pęka od niego serce – obiecywał. – Sami zresztą zobaczycie. Tylko koniecznie musimy dotrzeć tam przed zmrokiem.

Wymieniliśmy z Izą zdziwione spojrzenia, jednak ostatecznie to Aleks mieszkał tu tyle czasu beze mnie. To on był znawcą krainy jezior i nic dziwnego, że chciał mi pokazać wszystko, co uważał za godne zobaczenia.

Zasypaliśmy ognisko, zebraliśmy nasze skromne bagaże i ruszyliśmy lasem w ślad za Aleksem. Nie było żadnej ścieżki, nasz przewodnik najwyraźniej jednak doskonale wiedział, co robi i dokąd idzie. Bez trudu znajdował drogę między pniami sosen.

– Chodźcie, chodźcie – zachęcał nas. – Już niedaleko. Musimy zdążyć przed zmierzchem.

– Dlaczego? – zdumiała się Iza, rozglądając się niespokojnie po lesie.

– Musimy – upierał się Aleks. – Sami zobaczycie.

Szliśmy więc za nim, nieco zmęczeni, ale podekscytowani. Miodowy blask słońca oblewał las, tańcząc na źdźbłach traw. Powierzchnia jeziora lśniła. Na jakiś czas porzuciliśmy wodę i po prostu szliśmy wśród drzew.

Wreszcie, kiedy słońce stało już naprawdę nisko, znaleźliśmy się na brzegu nieba. W krystalicznie czystej tafli jeziora odbijało się i zachodzące właśnie słońce, i czerwone niebo, i wszystkie chmury świata. Zdawało się, że woda jest jednocześnie zimna i rozżarzona do czerwoności. Aleks oparł jedną dłoń na moim ramieniu, drugą na ramieniu równie przejętej Izy, której włosy też nie były złote, ale jakby szkarłatne.

– To jest właśnie, kochani przyjaciele, jezioro Czerwień.

* * *

Zdecydowaliśmy się zostać nad jeziorem jeszcze kilka dni. To znaczy ja i Iza zdecydowaliśmy, uznając, że jeden zachód słońca to zdecydowanie za mało, potrzebujemy jeszcze trochę nasycić oczy widokiem przetykanych czerwienią chmur w najczystszej wodzie świata. Złamać sobie serce do końca. Tak mówi Iza. Aleks chyba po prostu jest zadowolony, że my jesteśmy zadowoleni i że podoba nam się miejsce, w które nas zaprowadził. Przygląda nam się z uśmiechem błąkającym się na wąskich wargach.

Znaleźliśmy niewielką, piaszczystą zatoczkę, nad którą zbudowaliśmy szałas z sosnowych gałęzi. Chronimy się w nim, gdy pada, jak małe zwierzątka w jamie.

Kiedy nie pada, pływamy w jeziorze, wygrzewamy się na kamieniach, moczymy nogi w krystalicznie czystej wodzie. Jezioro jest tak głębokie, że po trzech krokach nie czuje się już dna pod stopami, ale to bez znaczenia. Nie trzeba czuć dna. Wystarczy pływać. To trochę tak, jakby się pływało w cieniu. Płynąc na plecach, widzi się niebo, chmury i kołujące nad wodą ptaki.

Jesteśmy zamieszkującymi brzegi jeziora małymi stworzonkami, tak samo jak wszystkie ryjówki i nornice. Najlepsze jest to, że zawsze jesteśmy w trójkę. Aleks czekał na mnie na jeziorach przez cały czas, kiedy byłem na wojnie. Iza nie odstępowała mnie na krok przez ostatnie cztery lata, chociaż nie potrafię sobie przypomnieć czemu. Oboje są moimi przyjaciółmi, dlatego dogadali się od razu. Nawet kiedy odejdę na chwilę na bok, nie przestają rozmawiać.

Opuściliśmy jezioro Czerwień o świcie. Z jakiegoś powodu Aleksowi nagle znowu zaczęło się śpieszyć. Narzekał na nas, powtarzał, że powinniśmy się zbierać. Poganiał. Chcieliśmy z Izą zostać na chociaż jeszcze jeden zachód słońca, przystał więc na to. Większość nocy siedział przy naszym małym ognisku w zatoczce, milczący i ponury. Tak samo odległy, jak przez te wszystkie lata, kiedy on był tu, a ja gdzieś daleko, tocząc wojnę, której szczegółów i tak nie ma sensu sobie przypominać.

W jakiś sposób wiem tyle, że to wojna o Aleksa i dlatego było mi przykro, że jest taki pochmurny i samotny. Noc wydawała się ciemniejsza niż wszystkie wcześniejsze noce. Usiedliśmy z Izą obok Aleksa, jedno po jednej jego stronie, drugie po drugiej, i próbowaliśmy go pocieszyć, ale bezskutecznie. Milczał, wpatrzony w bezgwiezdne niebo, tak ciemne, jakby było odbiciem tafli jeziora. Jakby niebo i jezioro nawzajem odbijały swoją ciemność, czyniąc ją jeszcze głębszą i bardziej nieprzeniknioną.

Gdy niebo na wschodzie zaczęło jaśnieć, ruszyliśmy przed siebie, zostawiając naszą zatoczkę i szałas daleko w tyle. Powietrze pachniało latem, polnymi kwiatami i rzeką. Aż do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, że jeziora pachną nieco inaczej niż rzeka. Może dlatego, że w rzece woda płynie, wciąż jest inna i wydaje się, że przez to wszystko wokół też wciąż się zmienia.

Kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, Aleks znów zrobił się bardziej rozgadany. Opowiadał nam o flisakach z rzeki Łagodnej, a ja nie potrafiłem przestać myśleć o tych wszystkich wieczorach na podwórzu, jeszcze przed długą wojną. Patrzyłem na niego i musiałem mrużyć oczy, bo to było jak patrzenie w słońce.

Iza pierwsza pocałowała Aleksa, najpierw w policzek, potem w usta. Odsunęła się, żeby zrobić mi miejsce. Wszystko pachniało słońcem, rzeką i leśnym poszyciem.

Przed zachodem słońca przypłynęli flisacy i zgodzili się zabrać nas ze sobą, przynajmniej do następnego przystanku.

* * *

W karczmie przywitali nas ciepło i przyjaźnie, jakbyśmy byli starymi znajomymi. Najwyraźniej Aleks był stałym bywalcem, bo gospodarz rozmawiał z nim długo, wymieniając plotki i wieści ze świata. Nie wiem, jak długo, bo i ja, i Iza poszliśmy spać do przydzielonej nam izby, zmęczeni głośnym śmiechem i przyśpiewkami flisaków. Po kilku dniach spędzonych w lesie nad brzegiem Czerwieni przebywanie wśród ludzi nie jest naturalne. Siedzenie obok nich przy długiej ławie nie jest naturalne, wydaje się obce i jakieś niewłaściwe. Odpowiadanie na ich pytania przychodzi z wysiłkiem, zwłaszcza że przecież nawet nie jestem pewien, co tu z Izą robimy. Wróciliśmy z wojny. Teraz podróżujemy z Aleksem. Jakiej wojny? Strasznej i trudnej. A dlaczego wracamy? Skończyła się? Zdezerterowaliśmy? Jesteśmy zesłanymi jeńcami? Tak naprawdę nie jestem pewien, to ostatnie brzmi chyba najbardziej prawdopodobnie.

Z rozmów w głównej izbie karczmy łatwo było wywnioskować, że Aleks wcale nie jest tylko i wyłącznie małym leśnym stworzonkiem łowiącym ryby i palącym ogniska w dziczy. Znają go, przynajmniej w okolicy, liczą się z jego zdaniem. Spoglądają na niego z pewną trwogą, jakby był księciem z bajki, a oni nie chcieli go niczym urazić.

Był sobie raz królewicz, który jeździł konno przy blasku księżyca. Jechał przez ciemny las.

Tej nocy jednak Aleks nigdzie nie jeździł. Kiedy ja i Iza już zasypialiśmy, wślizgnął się do izby i ułożył między nami na posłaniu ze skór. Przygarnęliśmy go w objęcia i ucałowaliśmy na dobranoc, bo to nasz nowy zwyczaj. Jesteśmy małymi zwierzątkami splątanymi ze sobą we śnie i wyczekującymi nieśmiało pierwszych promieni słońca, by wypełznąć z jamy i znów wygrzewać się na kamieniach. Wszystko jest dobrze.

– Wypłyniemy o świcie – zdążył nam jeszcze powiedzieć sennie Aleks. – Załatwiłem nam czółno. Pokażę wam Kwitnące Jeziora.

* * *

Tak jak zapowiadał, wypłynęliśmy o świcie. Kiedy odbijaliśmy czółnem od brzegu, niebo było szare, zamglone, słońce dopiero wstawało. Aleks sterował, prowadząc nas przez mgłę i ukryte w niej korzenie drzew, na sam środek szerokiej, meandrującej rzeki. Płynęliśmy z jej prądem spokojnie i niespiesznie cały ranek, od czasu do czasu zmieniając się przy wiosłach. Niebo przeświecało przez chmury, lekki wiatr targał włosy, poruszał trzcinami. Rozmawialiśmy niewiele, wszyscy tak samo jeszcze senni i rozleniwieni wspomnieniami nocy. Wciąż czułem ciepło ich ciał. Ich ręce na moim brzuchu i klatce piersiowej, muśnięcia warg na szyi i ramionach, lekkie ugryzienia. Nie wiem, czy ktokolwiek kiedykolwiek był bliżej i rozumiał się lepiej niż nasza trójka w tamtej małej izbie, w gospodzie na przesmyku między rzeką a jeziorem.

Aleks opowiadał nam o oceanie gwiazd daleko, daleko na północy, i o tym, jak próbował go kiedyś przepłynąć, ale stracił siły i fale wyrzuciły go na brzeg. 

– Jak daleko jest stąd do oceanu gwiazd? – spytała Iza, spoglądając na coraz bardziej złociste refleksy w wodzie. Jej włosy również były coraz bardziej złociste. Słońce wyrusza na włóczęgę, przypomniałem sobie słowa starej piosenki.

– Gdybyśmy nadal płynęli w dół rzeki, aż do Trzech Słońc, wylądowalibyśmy na brzegu za tydzień. Lądem? Trudno mi powiedzieć, trzeba by albo omijać jeziora i bagna, albo je pokonywać.

Iza w zadumie pokiwała głową.

– Czemu właściwie tam wypłynąłeś?

Aleks tylko się uśmiechnął.

– Usiłowałem znaleźć Gabrysia.

Około południa dotarliśmy do rozgałęzienia. Aleks pokierował czółno w zarośniętą trzciną, nieco zabagnioną odnogę rzeki. Płynęliśmy nią przez jakiś czas, znów manewrując między płyciznami i przepływając nad widocznymi pod wodą korzeniami olch. Słońce, zniżające się już ku drzewom, wydawało się jakby bliższe. Niemal czuliśmy na plecach jego oddech.

– Już niedaleko – zapewniał Aleks, przeprawiając nas przez kolejne odcinki bagniska. W końcu, gdy na niebie pojawiła się blada tarcza księżyca, odnoga rzeki otworzyła się na jezioro. W przeciwieństwie do Czerwieni nie odbijało ono nieba, głównie dlatego, że większość powierzchni zasłaniały białe i żółte kwiaty. Całe mnóstwo kwiatów, zielonych liści i traw. Nawet nie wiedziałem, że na jednym jeziorze może rosnąć naraz tyle roślin. Byłem w stanie rozpoznać jedynie część z nich. Iza również rozglądała się oczarowana. Wyciągała dłonie do kwiatów, gotowa wpleść je we włosy.

– Są trujące – przypomniał jej Aleks.

– Nie szkodzi.

* * *

Okazało się, że kwitnące jeziora, które Aleks tak bardzo pragnął nam pokazać, to w znacznej części po prostu mokradła. Piękne, ale zdradliwe, zupełnie jak rosnące na nich kwiaty. Pachną błotem, zbutwiałymi liśćmi i czymś jeszcze, słodkawym i obcym. Niewłaściwym. Trującym. Gdzieniegdzie ponad powierzchnię wody wystają pożółkłe kości należące do jakichś ogromnych stworzeń. Niektóre są pokryte mchem, niektóre błękitnym kwieciem.

– To kości Wielkich Jeziornych – wytłumaczył nam Aleks. – Czasem któryś z nich wychodzi z najgłębszych głębin na powierzchnię, żeby tu umrzeć.

– Dlaczego?

– Woli utonąć w kwiatach niż w wodzie. Wyrastają na wszystkim, na czym tylko mogą, także na starych kościach.

Są miejsca, gdzie splątane korzenie drzew utworzyły coś w rodzaju wysepek, na których można się zatrzymać i spędzić noc, nie śpiąc po pas w błocie. Trzeba jednak stąpać ostrożnie i lekko. Kiedy wreszcie udawało nam się znaleźć miejsce na nocleg, zasypialiśmy skuleni i splątani ze sobą jak korzenie. Przed snem liczyliśmy ugryzienia komarów na swoich ciałach. Szeptaliśmy miękkie słowa w ciemności bagiennej nocy. Tuliliśmy się do siebie jak opętani.

Coraz częściej budziłem się smutny i nie potrafiłem tego wytłumaczyć ani im, ani sobie. Leżą obok mnie, myślałem wtedy, moi najlepsi przyjaciele, najbliższe mi osoby, mogę ich dotknąć, a jednak coś jest nie tak. Coś ciągnie mnie w dół, do bagna, i jeśli zaraz się nie podniosę i nie zacznę przygotowywać czółna do dalszej drogi, splątane gałęzie nie wytrzymają naszego ciężaru i wszyscy zapadniemy się w mokradle. Wstawałem więc i szykowałem łódź.

Poranki ma mokradłach były najgorsze, brnęliśmy jednak przez kolejne odcinki bagna i kolejne poranki, by ujrzeć następne jezioro kwitnące w ostatnich promieniach słońca. Starałem się nie myśleć o porankach.

Kiedy dotarliśmy na brzeg najdalej wysuniętego na północ jeziora, udało nam się znaleźć wysepkę suchego lądu, dość dużą, by zbudować na niej szałas i rozpalić ognisko, pierwsze od chyba tygodnia. Ja i Aleks udaliśmy się na połów ryb. Iza została pilnować ognia.

Dopłynęliśmy aż do sąsiedniej wysepki ze splątanych korzeni, tak małej, że mieściliśmy się na niej tylko my dwaj. Siedzieliśmy tam i w bladym świetle zmierzchu wypatrywaliśmy ryb. Niebo ciemniało coraz bardziej. Podświetlane ostatnimi promieniami słońca chmury układały się w inne jeziora, rzeki i góry, zaczynające się tam, gdzie kończyła się linia lasu. Gdzieś znacznie bliżej, na tle kępy drzew, płonęło nasze ognisko, w półmroku dało się rozpoznać siedzącą przy nim drobną postać w wianku, który splotła nie wiadomo jak i kiedy.

– Dlaczego przyszła tu z tobą? – Aleks zerknął szybko na Izę i znów wbił wzrok w ciemną, porośniętą grążelami wodę.

– Hmm? Nie rozumiem.

– Czemu przyszła z tobą na jeziora?

– Byliśmy razem na wojnie – odparłem, nieco zbity z tropu. – Więc razem przyszliśmy. Jest moją przyjaciółką, tak jak ty. Wy też się przecież przyjaźnicie. Jest dobrze jak jest, prawda?

Aleks wciąż milczał, obserwując ryby, czujny i gotowy do ataku.

– Gdzie się poznaliście?

– Na wojnie.

– Dawno?

– Nie wiem. Nie pamiętam. To była długa wojna, Aleks. Bardzo długa. Zaczęła się, kiedy odszedłeś na jeziora.

– Przepraszam. – Ciemne oczy Aleksa były smutne i łagodne jak tafla wody. . Dłoń z prowizorycznym harpunem znieruchomiała, kijek wylądował w wodzie z cichym pluskiem. – Przepraszam, że cię zostawiłem.

– Nie szkodzi. Jesteśmy tutaj. Jesteśmy razem.

– Tęskniłem za tobą.

– Ja za tobą też.

– Cały czas za tobą tęsknię.

– Nie musisz. Przecież jestem tutaj. Spotkaliśmy się na jeziorach, tak jak mówiłeś.

W odpowiedzi Aleks przechylił się w moją stronę. Pocałunek smakował ciemną wodą i nocą. Mój harpun również wpadł do wody. Wyglądało na to, że tego wieczora raczej nie nałapiemy zbyt wielu ryb.

* * *

Wspólne łowienie ryb stało się naszym małym sekretem. Jedynymi momentami, kiedy nie byliśmy w trójkę, kiedy Iza pozostawała gdzieś tam, na brzegu. Coraz częściej sam się zastanawiałem, czemu Iza właściwie tutaj jest. Kim jest? Czemu tu ze mną przyszła?

W ciągu dnia, podczas podróży czółnem, często przyglądała mi się bez słowa. W lodowatych oczach odbijało się jezioro, głowę wieńczył wianek z trujących bagiennych kwiatów. Na ustach błąkał się lekki uśmiech, jednocześnie gorzki i rozbawiony.

Pierwszą osadą, jaką napotkaliśmy po wielu, wielu nocach, była Darń.

– To osada budników – wyjaśnił nam Aleks, kiedy wciągaliśmy czółno do płytkiej zatoczki. – Karczują lasy, usuwają korzenie, wypalają węgiel drzewny i smołę. To specyficzna banda. Można z nimi siedzieć przy ognisku, tańczyć i śpiewać, ale kiedy mówią dość, to znaczy, że trzeba się zbierać.

Ustaliliśmy, że to Aleks będzie z nimi rozmawiał. Znał te lasy, jeziora i ludzi najlepiej. My byliśmy uciekinierami z wojny, która nawet nie miała swojej nazwy.

Kilka drewnianych, byle jak skleconych chatek stało u podnóża niewielkiego wzniesienia, najwyraźniej nie do końca potrafiąc zdecydować, czy stanowią jedno gospodarstwo, czy małą wioskę. Pomiędzy domkami rosły kolczaste krzaki róż i bezlistne jeszcze bzy. Gdzieś nieopodal szemrał strumyk.

Tak jak się umówiliśmy, Aleks ruszył przodem i podszedł do kobiety krzątającej się przy żeliwnym kociołku. Rozmawiali przez chwilę, kobieta kręciła głową i cały czas spoglądała lękliwie w niebo. Aleks pokazał gestem na nas. Wreszcie jednak wycofał się, chyba nieco zrezygnowany.

– Niestety nie możemy się tutaj zatrzymać.

Iza obrzuciła go nieufnym spojrzeniem.

– Dlaczego?

– Mają swoje święto, coś związanego z wypalaniem drewna – wytłumaczył Aleks. – Nie chcą mieć na noc nikogo z zewnątrz, żeby nie podpatrzył ich sekretu. Pozwolili nam się przysiąść i zjeść z nimi kolację, ale później mamy ruszać dalej.

Zjedliśmy więc, świadomi tego, że mamy przed sobą jeszcze długą wędrówkę i że to pierwszy od dawna moment, kiedy możemy usiąść i odpocząć przy ciepłym posiłku.

Kobieta, która zaprosiła nas do ogniska, namówiła Aleksa, żeby opowiedział kilka historii. Opowiadał więc o górach i o rzece Łagodnej, o oceanie gwiazd i magicznych ziemiach, które się za nim znajdują. O ogrodzie, nad którym nigdy nie zachodzi słońce i zawsze jest sierpień, i o jeziorze bez dna. Pamiętałem te historie. Żyłem w nich razem z Aleksem, jeszcze dawno przed wojną. Uświadomiłem sobie po raz kolejny, że uwielbiam go słuchać. Lubię siedzieć przy ognisku z kubkiem ciepłej kawy w dłoniach i słuchać opowieści o dziwnych przygodach i poszukiwaniach czegoś, czego nie dało się znaleźć. Kiedy Aleks opowiadał, jego głos cichł, z całej postaci znikało napięcie, a w ciemnych oczach odbijał się blask ognia.

Kiedy wreszcie umilkł, kobieta podjęła własną opowieść.

– Dawno, dawno temu – mówiła, wpatrując się w pożerające drewno płomienie – żył sobie bardzo smutny młodzieniec. Mieszkał nad samym brzegiem oceanu gwiazd. Codziennie o świcie wychodził na brzeg, siadał w jednym miejscu i patrzył. Wypatrywał łodzi, a kogo ta łódź miała przywieźć, tego nikt nie wiedział. Mijały dni i miesiące, a łódź nie przypływała. Wreszcie młodzieniec nie mógł już dłużej wytrzymać. Sam zaczął budować czółno, mimo że alchemicy z Tygla i Alembiku surowo tego zabraniali. Mówili, że nikomu nie wolno budować łodzi i wypływać na ocean. Słyszano, jak przekonywał sam siebie, że budowa zajmie tyle czasu, że ten, na którego czekał, zdąży przypłynąć. Nikt jednak nie przypłynął. Wreszcie młodzieniec wsiadł w swoje czółno i odepchnął się od brzegu. Płynął tak długo, że pęcherze na jego dłoniach zdążyły popękać, a później płynął jeszcze trochę. Wraz ze zmrokiem w oceanie rzeczywiście pojawiły się gwiazdy. Nie na niebie, jak to się zwyczajnie dzieje, tylko w samej tafli wody, bo niebo nad nią było czarne i ciężkie. Młodzieniec płynął i płynął, ale zaczęło brakować mu sił, bo nawet siły tęsknoty nie są niespożyte. Zapomniał wreszcie, za czym tęsknił i na kogo czekał. Wtedy pozwolił, by nagła fala zmyła jego czółno. Kiedy się ocknął, leżał na plaży. Bardzo szybko zrozumiał, czemu alchemicy z Tygla i Alembiku nie pozwalali budować łodzi i wypływać na ocean gwiazd. Jedna z gwiazd, które połknął, topiąc się razem z czółnem i walcząc o oddech, została w nim. Zagnieździła się w jego sercu i odtąd już zawsze był głodny.

Po tej opowieści zapadło milczenie, w jakiś sposób znaczące i pełne napięcia.

– To nasz sygnał – poinformował półgłosem Aleks, dopijając swoją kawę. – Czas ruszać w dalszą drogę.

Las między Darnią i Agrestem był naprawdę czarny. Kontury drzew na tle zachmurzonego nieba przypominały dekoracje wycięte z kartonu, puchaty mrok czaił się w jamach między korzeniami, gałęzie i drobne kolce jeżyn czepiały się naszych ubrań. Odgłosy też były zupełnie inne niż na bagnach. Coś szeleściło i szurało. Coś klekotało. Coś skrzypiało na wietrze.

Brnęliśmy przez ponurą bajkę, raz po raz gubiąc drogę między starymi pniami lub zawracając, by obejść jakieś niemożliwe do przebycia gąszcze krzaków. Aleks szedł przed nami z użyczoną przez smolarzy latarnią. Obserwowałem jego postać, proste plecy odcinające się od jaśniejszego kręgu światła. Nawet teraz wyglądał jak książę z bajki, dzielnie przeprawiający się nocą przez głuszę, nie zważając na wszelkie możliwe niebezpieczeństwa. Jak ilustracja z książek, które czytywaliśmy jakoś strasznie dawno temu, jeszcze przed wojną.

– W poprzedniej wiosce było tak samo – powiedziała półgłosem Iza, zrównując ze mną krok.

Popatrzyłem na nią ze zdziwieniem.

– Nie pozwolili nam dłużej zostać.

– Mieli jakieś swoje święto – przypomniałem jej. Obejrzałem się za siebie. Już od dawna nie było widać ogniska z osady. Za nami rysowało się tylko więcej czarnych pni drzew. – Aleks tak mówił.

– Aleks może nam mówić cokolwiek – parsknęła Iza. – Nie wiemy nawet, jak długo tutaj jest. I jak dobrze zna tych ludzi. Oni wydają się go znać. I chyba raczej się go boją.

Zamyśliłem się.

– Czas na jeziorach płynie inaczej – przypomniałem sobie. – Nasze lata są jak tygodnie, miesiące może. Zdążył przemierzyć krainę, zorientować się, jak się tutaj żyje, ale to wszystko.

– On tak mówił?

Potwierdziłem skinieniem głowy. Wciąż nie spuszczałem oczu z jego szczupłych pleców, z kręgu światła wokół latarni. Nie chciałem, żeby słyszał, że w niego wątpię. Potrzebowałem w niego wierzyć. Potrzebowałem, żeby on widział, że w niego wierzę.

– Teraz czy przed wojną? – nie ustępowała Iza.

– Przed wojną – odparłem bez namysłu, bo cały czas miałem przed oczami nas dwóch siedzących na podwórzu, przyglądających się kałużom na podjeździe i snujących opowieści. Im bardziej jednak o tym myślałem, tym bardziej byłem pewien, że nie padło wtedy między nami ani jedno słowo o jeziorach. To było coś, o czym Aleks próbował mnie przekonać, kiedy tu przybyłem. Że zawsze były prawdziwe i że to właśnie tutaj mieliśmy się spotkać.

– Powinniśmy wracać – powiedziała Iza. – Jeśli jest, jak mówisz, kto wie, ile czasu minęło tam.

– Wracać? – spytałem półgłosem. Cały czas obserwowałem Aleksa, nie odwrócił się jednak. Może nie usłyszał. Może pomyślał, że to tylko zwodnicza pieśń wiatru mająca wybić go z równowagi i zepchnąć na manowce, jak w baśni.

– Spędziliśmy tutaj zdecydowanie za dużo czasu. Masz rzeczy do zrobienia. Tak mi mówiłeś. Tak się umówiliśmy. Mam z tobą iść i ściągnąć cię z powrotem, bo mamy rzeczy do zrobienia. Nie pamiętasz?

– Nie.

To był pierwszy raz, kiedy temat powrotu w ogóle wypłynął w naszej rozmowie. W jakiś sposób wiedziałem, że zaklęcie zostało wypowiedziane i teraz niezależnie od tego, jak sprawy się potoczą, nie będę umiał już o tym zapomnieć.

* * *

Dotarliśmy do Agrestu tuż przed burzą. Uzbrojeni strażnicy wpuścili nas do ogrodzonej wysoką palisadą osady. Nikt z nami nie rozmawiał i nikt nas o nic nie pytał, bo nie było o co – zabłąkaliśmy się w dziczy, a ze względu na burzę potrzebowaliśmy schronienia. Ludzie z Agrestu to rozumieją, wytłumaczył nam Aleks, przemykając wąskimi uliczkami. To w większości myśliwi i traperzy, żyją niedaleko Wydrowiska. Potrafią sobie poradzić z naturą, ale wiedzą też, kiedy nie ma sensu z nią zadzierać.

– Czym jest Wydrowisko? – spytała Iza, nie odpowiedział jej jednak. Po prostu popatrzył na przyginane wiatrem pnie sosen.

Kiedy siedzieliśmy już w niewielkiej izdebce, nad osadą przetaczały się gromy, za oknem widać zaś było tylko kontury drzew za zasłoną deszczu.

Iza zrzuciła z siebie brudne ubranie. Całkiem naga stanęła przy oknie, patrząc w rozświetlane błyskawicami niebo. Chłonęła uderzające w okna podmuchy wiatru, jakby to było coś, czego pragnęła, co ją napędzało i dawało jej energię.

Ja siedziałem na posłaniu obok Aleksa. Patrzyłem na burzę w oszołomieniu. Nigdy nie widziałem tak ulewnego deszczu i tak jasnych piorunów. Świat za oknem rozmazał się za kurtyną wody. Kiedy kolejna błyskawica przeszyła niebo, nie byłem już tak naprawdę pewien, gdzie jestem. W nagłych momentach jasności widziałem inne rzeczy. Inne miejsca.

Widziałem siebie i Aleksa na podwórzu.

Widziałem Izę stojącą na moście i wpatrującą się w odległe błyski gdzieś nad rzeką, widziałem jej pozbawione życia ciało na polanie.

Widziałem nasz pokoik, duszny i pogrążony w mroku, smukłe ramiona Aleksa i jego ciemne oczy, błękitną skórę Izy, jak najbardziej żywej i bliskiej. Kilka sosen widocznych w oddali za oknami.

Widziałem ciemność i jasność, nagły rozbłysk eksplozji, płonącą fabrykę. Twarze tych, których poznałem i zdradziłem podczas długiej wojny, szukających mnie, czekających na mnie. Niepokojących się i bezradnych.

Tak, zdecydowanie była już pora wracać. Wciąż nie miałem jednak pojęcia, jak powiedzieć o tym Aleksowi. Po prostu siedziałem, patrząc w rozbłyski światła, i przeczesywałem jego włosy, gdy zasnął z głową na moich kolanach.

Dopiero rankiem okazało się, jak duże zniszczenia poczyniła burza. Wiele łodzi, czółen i tratw zostało uszkodzonych, zatopionych, w wielu innych zerwały się cumy i wiatr pogonił je na sam środek jeziora. Oznaczało to problemy dla mieszkańców Agrestu, a także, w znacznym stopniu, komplikacje dla nas. Wódz osady – wysoki, wyprostowany jak struna mężczyzna o oczach koloru stali – stanowczo odmówił nam sprzedaży czółna.

– Możesz sobie być, kim chcesz – zwrócił się do Aleksa – ale to my tu mieszkamy na co dzień. Nie odstąpię tobie i twoim szemranym znajomym tego, czego moi ludzie mogą potrzebować, by przetrwać.

– Moglibyśmy tu zostać – zasugerował Aleks, spoglądając na niego prosząco. W całej jego postaci, w sposobie, w jaki stał, rozluźniał i zaciskał dłonie, czaiło się napięcie. – Dopóki nie naprawicie części łodzi. Albo my zdołamy sobie zbudować własną.

– Jest jak jest – odparł wódz. – Aż za dobrze wiesz, że nie możecie. Byliśmy już w tym miejscu. Wiemy, co się dzieje, gdy zostajesz gdzieś zbyt długo.

Aleks spuścił wzrok.

– To dokąd mamy iść?

Wódz przez chwilę spoglądał na niego wzrokiem pobawionym cienia jakiejkolwiek emocji.

– Zawsze jest Wydrowisko – spostrzegł.

Ostatecznie wylądowaliśmy właśnie na Wydrowisku, głównie dlatego, że najzwyczajniej w świecie zgubiliśmy się na tym wąskim pasemku lądu między jeziorami, czując się przy tym jak ostatni idioci. Zorientowaliśmy się, gdy było już za późno.

– Tutaj zaczyna się Wydrowisko – poinformował Aleks, chociaż wcale nie musiał nam o tym mówić. W jakiś sposób wiedzieliśmy. Wydawało mi się, że spomiędzy drzew spogląda na nas wiele oczu. Że przyczajona między korzeniami ciemność ma pyszczki i ogony i tylko czeka, aż zdecydujemy się przekroczyć rzekę i wejść na jej terytorium.

Iza mocno złapała mnie za rękę.

– Nie idźmy tą drogą – poprosiła. – Zawróćmy.

– Musielibyśmy iść cały dzień, aż do Agrestu – zaprotestował Aleks. – A tam nas nie chcą.

– Nigdzie indziej też nie – przypomniała mu Iza. – Przez ciebie. To ciebie się boją.

Zmierzył ją ponurym spojrzeniem.

– W takim razie zawracajcie sami.

Patrzyli na mnie oboje, tak samo błagalnie, z takim samym lękiem. Byłem na długiej wojnie. Potrafię podejmować trudne decyzje jak nikt inny.

– Idziemy – powiedziałem, bo przecież w trójkę byliśmy nierozłączni.

Wydry zaatakowały nas, gdy tylko przekroczyliśmy rzekę, w tym miejscu płytką, sięgającą co najwyżej kolan. Były rozmiaru dużych psów i wyglądały zupełnie absurdalnie, jak coś, co nie powinno istnieć, a jednak zaistniało i patrzyło na nas z mordem w oczach. W pierwszym momencie nawet zachichotałem nerwowo, szybko jednak przestałem się śmiać, kiedy trzy  potwory rzuciły mi się do gardła.

Wydaje mi się, że kiedy walczyłem na długiej wojnie, miałem do dyspozycji magię. Wystarczyło tylko spleść odpowiednie nitki i skinąć dłonią, by wszystkie usiłujące mnie skrzywdzić stworzenia padły martwe. Kiedy jednak przybyłem na jeziora, moja magia nie istniała, zniknęła też świadomość, że gdzieś wokół mnie są nici nadające się do splatania z nich zaklęć. Iza krzyknęła, kiedy ostre zęby zaczęły szarpać skórę na twarzy i szyi. Rzuciłem się jej na ratunek, chociaż sam krwawiłem już z wielu ran i wiedziałem, że nie mamy szans z potworami.

Nagle wokół nas zrobiło się całkiem jasno. Zmrużyłem oczy w srebrzystym świetle. Jego kula rozbłysła wokół nas, rosnąc coraz bardziej, przysłaniając wszystko, sprawiając, że przerażone wydry-mordercy rozbiegły się, szukając schronienia przed blaskiem.

Patrzyłem na Aleksa, z którego wychodziło całe to światło, jakby wyślizgiwało się na zewnątrz ze wszystkich drobnych blizn i ran na jego ciele.

Patrzyłem i nie rozumiałem, czemu płaczę (pewnie to od światła, pewnie jest za jasne) i czemu całym ciałem czuję, że gdzieś coś się kończy.

Gdzieś zamknęły się jakieś drzwi.

Szansa na nowy świat, nie zniszczony jeszcze magią, pozbawiony wszystkich tych rzeczy, o które można się kłócić i prowadzić wojny, właśnie przestała istnieć. Bo Aleks był magią, Aleks był białym światłem w mroku, a wokół niego rzeczywistość pękała i kruszyła się, niezauważalnie, ale nieuchronnie.

Nagle przestałem się dziwić, czemu wszyscy tutaj się go boją i nie chcą mu się sprzeciwiać.

* * *

Podróż do Tygla zajęła nam około tygodnia. Większość tego czasu ja i Iza gorączkowaliśmy od ran. Aleks opiekował się nami, jak mógł. Momentami, w półśnie, wydawało mi się, że znów widzę ten srebrzysty blask i że dotykają mnie dłonie, ciepłe i przyjemnie chłodne zarazem. Kiedy zostawiliśmy Wydrowisko za sobą, nie mieliśmy już do pokonania żadnych jezior, szliśmy przez pola i lasy, ale ze względu na nasze rany nie byliśmy w stanie podróżować szybko. Nie rozmawialiśmy o tym, co się wydarzyło, o magii Aleksa ani o tym, że musimy wracać. W ogóle byliśmy raczej oszczędni w słowach. Próbowaliśmy być blisko, w trójkę, jeszcze przez ten krótki czas, zanim dotrzemy na wybrzeże.

Tygiel, jak wytłumaczył nam Aleks, to największy ośrodek mędrców. Pełno w nim alchemików i zielarzy, kupcy przypływają tu z innych nadmorskich osad, by handlować oliwą, ziołami, kruszcem i wszystkim, co może być mędrcom potrzebne.

Kiedy weszliśmy na plac targowy, szeptano o świetle na jeziorze i powrocie Pożeracza Gwiazd. Aleks nic nie mówił ani nie reagował na nasze pytające spojrzenia, nasunął tylko kaptur mocniej na głowę i owinął się szalem. Wybrał na nocleg ostatnią gospodę w miasteczku, tuż przy trakcie prowadzącym na Ujście. Byłem rozczarowany, że z Tygla do morza jest jeszcze kawałek. We wszystkich opowieściach Aleks zawsze przedstawiał go jako miasto na wybrzeżu.

W gospodzie również huczało od plotek o Pożeraczu Gwiazd i tym, że znów, po wielu latach wygnania i ukrywania się, postanowił się pokazać i ujawnić pełnię swojej mocy. Zastanawiano się, czy i tym razem postanowi rozpocząć rebelię przeciw Słońcu i czy ktokolwiek za nim pójdzie.

– Słońce jest jedną z gwiazd – argumentował gospodarz karczmy, a sądząc po długiej szacie i fartuchu, również miejscowy mędrzec. – Więc skoro już raz się ujawnił, to kwestia czasu, aż Pożeracz Gwiazd znów nabierze na nie apetytu. Nie potrafi inaczej, taka jest jego natura. Do schwytania Słońca będzie zaś potrzebował pomocy. Ludzie szybko zapominają, opowieści stają się tylko legendami, a to niebezpieczne, tak wam powiadam. Pójdą za nim, bo zawsze idą.

Wzdrygnąłem się, upiłem łyk ze swojego kufla. Iza nie próbowała już o nic pytać, po prostu uśmiechała się sennie i nieco pogardliwie, jakby próbowała powiedzieć „a nie mówiłam”.

Nie mogłem dłużej patrzeć na ten uśmiech, więc wyszedłem. Aleks czekał na mnie na skraju traktu. Ramię w ramię ruszyliśmy w stronę łagodnego wzniesienia. Chcieliśmy zobaczyć chociaż kawałek morza.

– Zostań ze mną – poprosił Aleks, kiedy siedzieliśmy na szczycie pagórka. Nie byłem pewien, czy rzeczywiście widzimy morze i wodę mieniącą się w blasku zachodu, czy też to kolejna iluzja zbudowana z chmur i światła.

Kto to właściwie wie na pewno?

– Zostań – powtórzył Aleks.

– Okłamałeś mnie –  wypomniałem mu. – Jesteś tutaj znacznie dłużej, niż mówiłeś.

– Dużo dłużej – zgodził się, wbijając wzrok w rozlewający się przed naszymi oczami krajobraz. Niebo płonęło czerwienią, nad nami wirowały mewy. W dole, między łagodnymi, zalesionymi pagórkami, ktoś zapalił światło, pewnie w jakiejś ukrytej wśród drzew chatce.

– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – spytałem. – O tym, jak długo tu jesteś i co zdążyłeś zrobić?

Aleks wzruszył ramionami.

– Bo wtedy byś nie został. A tyle na ciebie czekałem. Zrobiłem to, żebyś po przybyciu miał wszystko, czego potrzebujesz, żebyś był przyjacielem potężnego człowieka, maga i króla tej krainy. Żebyś został przyjęty ze wszystkimi honorami i szacunkiem. Żebyśmy mogli żyć tu razem, władać tą krainą. Wciąż jeszcze możemy – zapewnił. – Jeśli tylko pomożesz mi zabić Słońce i posiąść jego moc.

Milczałem przez długą chwilę. Siedziałem tak, że stykaliśmy się ramionami, czułem bijące od Aleksa ciepło.

– Zacząłem sobie przypominać rzeczy – powiedziałem. – Kiedy wędrowaliśmy do Tygla.

– Rzeczy?

– O tym, kim byliśmy i gdzie byliśmy, dlaczego nas rozdzielono. I o wojnie. O tym, jaką pełniłem w niej rolę i… – Podniosłem z ziemi mały, owalny kamyk. Zacząłem obracać go w dłoni, był chłodny w dotyku i gładki. Cisnąłem go daleko przed siebie. – I ja podpaliłem świat, Aleks, dla ciebie, żeby cię pomścić. I nie cofnąłem się przed niczym. Kłamałem, szpiegowałem, zabijałem tych, którzy doprowadzili do tego, że… że trafiłeś tutaj. Bo myślałem, że inaczej nie będę w stanie spojrzeć ci w oczy, a tak strasznie chciałem.

Aleks uśmiechnął się, ciepło, ale z lękiem.

– I jesteś. Udało ci się. Wróciłeś z wojny i mnie znalazłeś. Możemy być razem.

Lekko pokręciłem głową.

– Wiem już, do czego jestem zdolny – odparłem. – I do czego ty jesteś zdolny. I nie chciałbym. Dla nikogo. Dla żadnej krainy i jej mieszkańców, żebyśmy kiedykolwiek rządzili nią jako władcy. Przecież my byśmy podpalili świat i zrównali go z gołą ziemią, Tylko dlatego, że obaj to w sobie mamy i że byłaby taka możliwość.

– Albo wreszcie znaleźlibyśmy spokój.

– Nie sądzę, Aleks – odparłem. – Muszę tam wracać.

– Wiem.

Podniosłem się z ziemi i po prostu ruszyłem w stronę naszej karczmy. Nie wiem, jak długo Aleks siedział na wzgórzu i czy w ogóle z niego wrócił.

Wyruszyliśmy równo o świcie, ja i Iza. Pieszo pokonaliśmy trakt, nie niepokojeni przez nikogo. Dotarliśmy do portu przed zmierzchem i zeszliśmy na nabrzeże. Wybraliśmy najmniejszą i najbiedniej wyglądającą łódkę. Nikt raczej nie zauważy jej braku. Nikomu nie będzie szkoda.

– Trzeba wracać – powiedziała Iza.

– Trzeba wracać – zgodziłem się z nią.

Weszliśmy do łódki, a później odciąłem cumę ukradzionym wcześniej nożem. Wiedziałem doskonale, że będziemy najpierw długo płynąć rzeką, aż do miejsca, gdzie słodka woda miesza się ze słoną, a później jeszcze przez wiele, wiele godzin, aż pęcherze na naszych dłoniach zdążą popękać, a w ciemnej wodzie zaroi się od gwiazd. Wtedy będziemy wiedzieć, że jesteśmy na początku drogi.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Content is protected !!
Przewijanie do góry