##Understudy
Trigger warning: bullying
Koszmara przywitała wrzawa. Fani klaskali, krzyczeli, wrzeszczeli, skandowali, jakby był ich tam cały stadion, nie grupa szczęśliwców zaproszonych do studia, w którym nagrywano streaming. Jakby świat się nie zmienił, jakby rzeczywiście przyszło ich tyle, co niegdyś, co zawsze, kiedy grał z nimi Ren. Muzyk podszedł do mikrofonu, uśmiechnął się szeroko.
– Dobrze was znów widzieć – powiedział. Odpowiedziały mu jeszcze głośniejsze okrzyki i oklaski. Fani tęsknili nawet za tym obłąkańczym uśmiechem – uśmiechem dzikusa, bandziora z poznaczoną blizami twarzą – nie widzieli go przecież od siedmiu lat.
Koszmar zaśpiewał pierwszą frazę Weed Garden. Zebrany pod sceną tłum zamarł, wyczekując, próbując zrozumieć, co się właściwie dzieje i czego są świadkami. Co Koszmar próbuje zrobić, sam, bez Rena u boku? Co oznacza ten drugi, pusty mikrofon?
Nel przysłuchiwała się głosowi frontmana i reakcji tłumu. Palcami wystukiwała rytm na udach, pozwalała muzyce się kołysać, póki co bezpiecznie ukryta na backstage’u. Wyczekiwała właściwego momentu: zaraz po refrenie, tuż przed drugą zwrotką. To prawie już, zaraz nastąpi chwila, na którą pracowali ostatni rok. Mrowiały jej ręce, przez ciało przechodził prąd.
Refren był melodyjny, pełen tęsknoty, zadziwiająco bezbronny. Koszmar ani na moment nie przestał się uśmiechać. Proxy przyspieszył na bębnach, jednoznaczny sygnał, że już czas, trzeba zrobić krok, wyjść do ludzi. Dać im się pokochać albo pożreć żywcem. Pokonała dwa metalowe stopnie i weszła na scenę. Pitya wyszczerzyła się do niej znad keyboardu, po równi szczęśliwa i zestresowana. Fluorescencyjnie zielona grzywka opadała jej na oczy. Anu skinął jej głową, nieodmiennie pogrążony w swoim świecie. Proxy przyspieszył jeszcze bardziej, w szalonej galopadzie.
Tłum ryknął na widok podchodzącej do mikrofonu postaci. Twarze, ekrany telefonów, światła, perkusja. Pulsowanie zalało ją całą. Zatrzymała się obok Koszmara, oszołomiona, tonąca w krzyku i światłach, ociekająca nimi, przekonana, że nie wyda z siebie dźwięku. Opuszkami palców pogładziła mikrofon i usłyszała swój głos wyśpiewujący pierwsze frazy drugiej zwrotki.
Śpiewała o ziarenkach krzywdy, śpiących w czarnej ziemi. O tym jak je podlewa, jak wyrastają z oczu i uszu, i nikt tego nie widzi. Nawet teraz pamiętała, jak rozmawiali o tym razem z Koszmarem, jak próbowali znaleźć właściwe słowa, żeby złapać to, co się z nimi dzieje. Pamiętała kanapę w studiu i pokreślony zeszyt z notatkami. Tak bardzo chciała to jakoś przekazać zebranym pod sceną ludziom; opowiedzieć im, kim jest, skąd przychodzi, ile to dla niej znaczy. Podawała im siebie na tacy, a oni słuchali, oceniali. Przecież wiedzieli o niej już wszystko. Widzieli, że nie jest Renem i nigdy nie będzie w stanie zapełnić wyrwy, jaką zostawił. Koszmar dołączył do niej w ostatnich frazach, chociaż mało kiedy robił to na próbach .Łagodne, melodyjne wejście, pełne zadr frazy przechodzące w krzyk. Ostrzej, Nelcia, pokaż im, co masz w sobie, tyle razy to ćwiczyli.
Wzięła głębszy oddech, zamknęła oczy i wyśpiewała refren. Mogłabyś głosem ciąć szkło, powiedział jej kiedyś ojciec, i właśnie to próbowała teraz zrobić, pociąć całe szkło na swojej drodze, obsypać zebranych deszczem okruchów. Chyba działało, bo znów tonęła w krzykach, w wyciągających się do niej rękach, w bębnach i gitarowych riffach, w wąskich snopach oślepiającego światła. Zdołała zaczerpnąć tchu dopiero przy partiach Koszmara, po chwili jednak znów zanurzyła się w dźwięk, w tłum, pozwoliła by spijali jej z ust kolejne słowa; zmysłowo, jakby całowała się ze wszystkimi na raz, jakby każdemu pozwalała się smakować. Czy tak czuł się Ren, gdy wyszedł na scenę po raz pierwszy? Nie, on przecież nie potrzebował nic nikomu udowadniać, nikomu dorównywać, nikogo być godny. Wystarczało, że był Renem. Tylko czy na pewno wystarczało, skoro teraz go nie ma?
Kiedy wreszcie utwór dobiegł końca, i kiedy Koszmar oficjalnie przedstawił ją zebranym fanom, Nel uświadomiła sobie, że tak naprawdę najtrudniejsze już za nią. Teraz pozostaje tylko zagrać całą resztę zaplanowanego koncertu, zaśpiewać wszystkie te utwory, które Koszmar przez lata zagrał z Renem. Dobrze się bawić, nawet jeśli w tym momencie to wydawało się niewykonalne. Nie chciała przecież nigdzie iść. To było jej miejsce, jej scena, chciała tu grać i śpiewać, być z tymi ludźmi, pozwalać im się połykać i wypluwać w całości, karmić się ich energią. Należeć do nich, chociaż przez te zaplanowane półtorej godziny. Nie myśleć o tym, co będzie później, kiedy wieść o powrocie Sunny Square i jej udziale w tym przedsięwzięciu obiegnie świat muzyki.
***
Kiedy pierwszy raz usłyszała głos Rena, jechali z ojcem przez niekończące się labirynty blokowisk. Padał śnieg.
– Uważam, że powinnaś to gdzieś zgłosić – przekonywał ojciec, a ona uparcie milczała, bo przecież nie mogła zgłosić w szkole czegoś, co nie wydarzyło się w szkole. – Nelcia, no, tak przecież nie może być. Porozmawiaj z kimś o tym, co się u was dzieje. To nie może tak być, prywatna szkoła, języki, psycholog na miejscu… Moje dziecko powinno tam się czuć bezpiecznie. Takie historie jak ta z nagraniem nie powinny się zdarzać. Nie udawaj, że nic się nie dzieje. Ogoliłaś włosy na zero. To nie jest nic. Martwię się, dzieciaku.
Kolejne argumenty odbijały się o mur milczenia. Dobrze wiedziała, że nie może nikomu powiedzieć. Owszem, teraz nie była częścią grupy, ale wiedziała, że jeśli komuś powie, oddali się od nich o lata świetlne. Będzie żyć w równoległej rzeczywistości, na planecie Nelcia-Kabelcia.
– Słuchaj, Nelcia, jeśli jest jak jest, i wolisz milczeć, to może lepiej w ogóle dać sobie spokój? Przed tobą jeszcze dwa semestry. Może poszukamy innej szkoły, skoro…
– Nie.
To jest próba. To się kiedyś kończy, mówili jej znajomi z sieci; z tych kawałków sieci, gdzie jeszcze nie krążyły zdjęcia ani nagrania i nikt nie znał jej prawdziwego imienia. Jesteś nowa, doszłaś w środku roku. Burza się przetoczy, poradzisz sobie z tym, będzie lepiej. Tylko w poprzedniej szkole sobie nie poradziła i wcześniej też nie, i co? Te zdjęcia, te nagrania, to wszystko już zaistniało. Żyło własnym życiem, zatruwało kolejne rzeki, korodowało kolejne mosty. Pozostawało jej tylko wrócić z ojcem do domu, jak grzeczna dziewczynka, zamknąć się w pokoju z widokiem na blokowisko i skulić pod kocem, wykrzyczeć wszystko w poduszkę. Nie dotykać laptopa ani telefonu. Nie czekać na powrót matki z pracowego bankietu. Unikać zaproszeń ojca na obiad, herbatę, filml. Nie izoluj się, przekonywał ją. Wyjdźmy gdzieś razem, to nie jest dla ciebie dobre. Życie też nie jest dla mnie dobre, odpowiadała mu w myślach, świadoma, że nigdy nie odważy się powiedzieć tego na głos.
Pogoda zadziwiała. Jednocześnie padał śnieg i gdzieś tam, między drapaczami chmur przebłyskiwało intensywnie pomarańczowe niebo. Zapalały się pierwsze latarnie, drzewa tonęły w blasku wczesnego, zimowego zachodu słońca. Nawet śniegowe chmury miały różowawy odcień.
Ojciec chyba wreszcie zorientował się, że nie wygra tej walki, bo włączył radio. Spokojne, melodyjne intro przeszło w krzyk Rena, przenikający na wskroś, sięgający ku Nel, wczepiający się w nią szponami, ściskający za gardło. Siedziała, nie potrafiąc wydusić z siebie słowa. Wrzask Rena łączył się z łagodniejszym wokalem Koszmara, cichą modlitwą, miękką jak opadający śnieg, wkomponowaną w doomową ścieżkę gitarową. Ojca też złapało i trzymało mocno w garści, widziała to, potrafiła poznać. Słuchali razem, a za oknami przesuwały się wieżowce, małe, pomarańczowe kwadraciki okien. Minęli zjazd do podziemnego garażu. Krążyli po osiedlu, dopóki piosenka nie dobiegła końca.
– A to, drodzy słuchacze był utwór Dark soil zespołu Sunny Square, kolejny singiel zapowiadający nową płytę. Premiera Overgrowth już za miesiąc, pewnie tak jak ja nie możecie się doczekać co też Koszmar i Ren dla nas przygotowali…
Chciałabym tak, uśwadomiła sobie, kiedy błądzili autem bo blokowisku. Chciałabym złapać cały swój smutek i całą złość, wykrzyczeć je, wyśpiewać w cichej modlitwie, wykołysać, pokazać światu. Nie chcę już robić niczego innego.
Oni rozumieli, że wcale nie musi być dobrze, nie ma żadnych gwarancji. Nowe mieszkanie, dobra szkoła i opieka psychologa nic nie obiecują. Nie ma żadnego pięcia się w górę, nie ma kolejnych pięter, kolejnych sukcesów i pięknych widoków. To pułapka. Jest tylko schodzenie w dół i w dół, w głąb tej czarnej ziemi. Tamci dwaj zdawali się to wiedzieć, i podobnie jak ona, nie umieli się na to zgodzić. Na świat naprawiający własne błędy i bezlitośnie wykluczający niepasujące elementy.
Zerknęła szybko na ojca, cichego, pełnego zadumy.
– Tato, możemy…?
– Myślałaś może o tym, żeby zacząć się uczyć grać na gitarze? – odezwał się ojciec. – Masz dobry słuch, Nelcia. i dobry głos. Jestem pewien, że też byś tak mogła.
– Tak…?
– Tak myślę.
– Pojedziemy na ich koncert? – poprosiła.
– Pewnie, że tak, Nelcia. To świetny pomysł.
***
Przez dobrze ponad tydzień cały świat tętnił wielkim powrotem Sunny Square. Grali kolejne koncerty, występowali w programach muzycznych oraz popularnych talk-shows. Gościli u twórców internetowego contentu, udzielali wywiadów pozowali do zdjęć, nagrywali rolki. Wracali do swoich apartamentów na osiedlu gwiazd, kładli się spać, by następnego ranka zacząć od nowa. Gdziekolwiek Nel się nie odwróciła, widziała swoje zdjęcia, nagrania z powitalnego koncertu, fragmenty teledysków, wywiady, mniej lub bardziej profesjonalne analizy: samego koncertu, jej głosu, jej dotychczasowej kariery. Tysiące migawek: Ona sama krzyczy do mikrofonu, skacze, przewala się po scenie, wyciąga ręce ku widowni. Koszmar obejmuje ją ramieniem, gdy śpiewają razem, Pitya szczerzy się w uśmiechu znad klawiszy, spocony Proxy uderza w bębny i talerze, Anu patrzy w przestrzeń nieobecnym wzrokiem, jego palce przeskakują na strunach. Tłumy wyśpiewują stare przeboje, światła pulsują.
Kiedy sięgała po telefon, powiadomienia grzmiały caps lockiem o niespodziewanym powrocie i genialnej decyzji Koszmara. Nie nadążała za tym wszystkim, nawet nie próbowała. Ich managerka, Sylv, stanowczo doradzała jej zresztą, by dała spokój. Koszmar całkowicie się z tym zgadzał.
– Pozwól się temu wszystkiemu przetoczyć – mówił, kiedy jeszcze siedzieli zamknięci w studiu. Kiedy nagrywali, eksperymentowali z nowymi i starymi utworami, sprawdzali, jak brzmią w jej ustach. – Będzie się działo tak czy inaczej, więc niech się dzieje. Będą gadać, my będziemy robić swoje, tak? Tak?
Pozwól się przetoczyć. Nic prostszego, Nel była specjalistką od burz przetaczających się jej nad głową.
– Nie boisz się? – spytała go wtedy.
– Czego?
– Że zawiodę. Że mnie nie kupią. Że nic z tego nie wyjdzie.
– Ja cię kupiłem – odparł. – I Pitya, i Anu. Proxy też kupiliśmy. I to tak naprawdę wystarczy. Jesteście częścią zespołu, tak jak Ren. Złapaliśmy drugi wiatr w żagle, próbujemy gdzieś dopłynąć, i tak czy inaczej to będzie piękny rejs. Wspaniale będzie wrócić na tę łajbę, nawet jeśli na chwilę, nawet jeśli inaczej.
Powtarzała to sobie, przewijając wszystkie powiadomienia, ignorując kolejne analizy i filmy komentujące jej dorobek artystyczny. Przyzwyczaiła się do wychodzenia na zakupy w ciemnych okularach, starała się omijać wzrokiem bilboardy i grafiki zapowiadające premierę nowej płyty. Piękny rejs. Wspaniale brać w nim udział.
Szło jej nieźle, do wieczora, kiedy odebrała wiadomość od Pityi.
“Lepiej chyba, żebyś dowiedziała się ode mnie” napisała tylko keyboardzistka, po czym wkleiła link do jednego z serwisów internetowych. Palec Nel zatrzymał się na moment nad linkiem, bo przecież można było jeszcze odpuścić. Przypomniała sobie zastraszoną nastolatkę, która dawno temu też zdążyła już zgasić światło i wtulić się w poduszkę. Nawet niebo za oknem było podobnie ciemne, naznaczone brunatną łuną miasta. Coś ścisnęło ją w żołądku, ostatecznie załadowała jednak stronę.
Sunny Square “Weed Garden” – Ren vocal.
W pierwszym momencie nie zrozumiała, na co patrzy.
Jak to wokal Rena? Przecież Ren nie żyje od siedmiu lat. Zapatrzył się w księżyc i wjechał w budynek, tak mówili, tak opowiadał Koszmar. W jaki sposób…?
Odpaliła filmik, rozległo się dobrze jej znane, przećwiczone aż do bólu intro i pełen tęsknoty wokal Koszmara. Gdy miała rozpocząć się jej partia, gdy już odruchowo otwierała usta, by zaśpiewać; byłaby to w stanie zrobić nawet wyrwana ze snu (owszem, sprawdzali); rozległ się głos Rena.
Głos tak boleśnie znany z radia, z dawnych płyt. Głos, który nadawał rytm jej młodości, który dawał jej cel i motywację do ćwiczenia, bo może kiedyś będzie miała szansę sprawdzić jak brzmią w duecie. I ten głos, wyciągnięty ze starych nagrań i przetworzony przez modele językowe, teraz wepchnął się brutalnie na jej miejsce, na te dwie minuty nagrania zupełnie ją wymazał.
Nie, poprawiła się, nie on, nie Ren przecież. Ktoś inny to zrobił. Pod opisem komentarze chwaliły, że brzmi doskonale, że nie da się oderwać, że Koszmar tak naprawdę chyba nigdy nie przestawił się z komponowania pod Rena, i to wyraźnie słychać.
Polecane filmy również były coverami AI, zastępującymi jej głos głosem Rena, i w Weed Garden i w drugim singlu, Swifts. Zalała ją cała lawina podobnych utworów, użytkowników, którzy woleli, by to Ren śpiewał dla nich nadal, nawet zza grobu. Nie potrafiących zostawić go w spokoju, kochających go i tęskniących.
Chciała wyłączyć telefon, zapomnieć o tym i iść spać, ale nie potrafiła się oderwać. Bardzo szybko przekonała się, że covery to tylko wierzchołek góry lodowej. Były rolki z Renem, wywiady z Renem krytykującym swoją następczynię, Jednym z polecanych filmów okazało się przerobione wideo z koncertu otwierającego nową trasę. Zamiast Nel na scenę wchodził Ren, wysoki, ciemnowłosy i melancholijny, wyrwany ze swojej pożegnalnej trasy koncertowej.
Cisnęła telefonem w kąt pokoju i wbiła twarz w poduszkę, gryząc materiał, wyjąc w nią i kopiąc nogami w materac. Bo gówno wiedzieli i gówno rozumieli, nie mieli pojęcia, jak bardzo Ren by nimi gardził, jak bardzo czegoś takiego nie chciał. Bo w sumie tak naprawdę nadal nie miała pojęcia, czy chciałby jej, czy by jej nie wyśmiał, gdyby odważyła się zaproponować wspólne śpiewanie. Bo przez te wszystkie lata nic się nie zmieniło. Świat naprawiał pomyłki i wymazywał ją, za nic mając bezsilne wrzaski w poduszkę.
