Dwie kaczki pływające po jesiennym stawie w parku.

Zajączki

Kot zwany Promyczkiem wygrzewał się na schodach w plamie zimowego słońca, wyciągnięty tak, że zajmował cały stopień. Każdy, kto chciał wejść chociażby na parter kamienicy, musiał jakoś poradzić sobie z tą przeszkodą, bo Promyk zdecydowanie nigdzie się nie wybierał. Mitra najwyraźniej nie miał sił na takie wyzwania, bo kiedy Misia wróciła do mieszkania po egzaminie z dramatu angielskiego w nastroju zdecydowanie pokonanym, zastała chłopaka siedzącego z kotem na kolanach i drapiącego rozmruczanego Promyczka za uchem. Kot leniwie pacał łapą krążek tańczącego tuż pod jego nosem światła, Mitra zaś uśmiechał się pod nosem z wyraźną satysfakcją. Wargę miał rozciętą, bluzę poplamioną krwią, czapkę ewidentnie gdzieś zgubił, więc przydługie, ciemnoblond kosmyki opadały na czoło. Kieszeń kurtki była naderwana, podobnie jak kawałek rękawa. Misię na moment wryło w drewnianą podłogę. 

– A ty co? – spytała, przyglądając się chłopakowi uważniej, z troską. – Na panią Krystynę czekasz? 

Odpowiedziało jej wzruszenie ramionami. 

– A ona to aby nie siedzi na działkach? – dopytywała Misia. – Nie łatwiej byłoby zacząć tam? W sensie jakby… chyba wciąż bardziej mieszkasz tam niż u niej, co? 

Mitra posłał jej ponure spojrzenie. Na moment zaprzestał głaskania kota, który z kolei rzucił jeszcze bardziej ponure spojrzenie jemu i miauknął z pretensją. 

– Siedzę sobie. Nie wolno?

 – Nie no, wolno. Pewnie, że wolno. Promyk się ucieszył, dawno nikt mu nie puszczał zajączków – spostrzegła, zerkając na roztańczone plamki światła na ciemnej klatce schodowej i wyciągającą się leniwie ku nim rudą łapę. 

– Przynajmniej on – mruknął Mitra, wciąż zerkając na nią spode łba. Zaprzestał wyczarowywania świetlnych zajączków, wrócił natomiast do głaskania kota, co było zdaniem zwierzaka, zajęciem o wiele bardziej chwalebnym i godnym mruczenia. – Tak to wszyscy nic tylko ciągle mają pretensje. 

– O zajączki?

– Mhm

Misia po namyśle usiadła na wąskim stopniu, po drugiej stronie Promyczka. Kot zaczął mruczeć trochę głośniej i przewrócił się na plecy, mrużąc intensywnie zielone oczy. 

– Ty się biłeś? – spytała Misia, zerkając na chłopaka. – Czy co? 

Nie doczekała się odpowiedzi, a przynajmniej nie od razu. Westchnęła, sięgnęła do kieszeni kurtki po paczkę chusteczek i podała ją przyszywanemu wnuczkowi sąsiadki, bo taki był chyba w tym momencie Mitry status. 

– Kapiesz sobie na bluzę. 

Chłopak przyjął chusteczkę, przyłożył sobie do rozbitej wargi. 

– Oni wyglądają gorzej niż ja. 

– …Ale szkoła dalej stoi? – upewniła się Misia. Miała do czynienia z młodym magiem, który zdołał na dobry tydzień pogrążyć ogródki działkowe w całkowitej, zimnej ciemności. Na wszelki wypadek spodziewała się wszystkiego.

– Stoi – przyznał z ociąganiem Mitra, całkowicie skupiając się na kocie. 

– A nie no, to dobrze. 

– I tak do niej nie wrócę. 

– Co? – Misia zmarszczyła brwi. – Ile ty tam w sumie chodzisz? Drugi miesiąc? 

– I wystarczy. To nie dla mnie. Wujek zawsze mówił, że nie ma sensu sobie zawracać głowy sprawami zwyczajnych ludzi. Że mamy większe problemy i wyzwania.

Michalina westchnęła cicho i w zadumie pokiwała głową. Przełknęła uwagę o tym, że no najwyraźniej indywidualna nauka u wujka–maga też mu nie odpowiadała, skoro wylądował sam na działkach, prawie na drugim końcu kraju. 

– A będziesz łaskaw chociaż powiedzieć dlaczego? – zaproponowała zamiast tego. 

– Nie potrzebuję szkoły do szczęścia – odparł. – Spróbowałem, bo ciocie się upierały i zrobiły ten cały cyrk z zapisywaniem mnie i tak dalej. Ciasta dla dyrektora, papiery od cioci Jadzi, pielgrzymki z bombonierkami i inne takie. 

Ciocie–działkowiczki kolektywnie opiekowały się Mitrą od kiedy ujawnił swoją obecność w Rodzinnym Ogródku Działkowym Promyczek, prym nad jego wychowaniem zdecydowanie wiodła Malinowska, która przypisywała sobie zasługę odnalezienia młodego uciekiniera, nawet jeśli  dokonała tego rękami Misi. Wszystkie ciocie–działkowiczki po równo dbały jednak o to, by Mitra był najedzony, ciepło ubrany i zadbany, i żeby nabrał chociaż minimum ogłady. 

– I nie chcesz dać sobie jeszcze trochę czasu? Nie wiem, chociaż ten jeden semestr, do wakacji?

Chłopak szybko pokręcił głową. 

– To nie dla mnie – powtórzył z uporem. – Nie pasuję tam. I nie potrzebuję tego, jestem magiem, mogę robić rzeczy, o jakich im się nie śniło. 

– Jak na przykład zajączki na lekcji? – podchwyciła Misia. Po spuszczonym wzroku i drobnym drgnięciu w kąciku ust zorientowała się, że trafiła. – I za to się tak poszarpaliście, że poszedł rękaw i kieszeń? 

Mitra znów milczał przez długą chwilę, całkowicie skoncentrowany na głaskaniu kota. Zbierał myśli. 

– Pośrednio? 

– A bezpośrednio? 

– Pani profesor od angielskiego się na nas wkurzyła. Że się wygłupiamy na sprawdzianie i z niej kpimy i wszystkim nam wstawiła niedostateczne z miejsca.

– Czekaj mowa o tym sprawdzianie, do którego się ostatnio razem uczyliśmy? 

– Mhm 

Tym sprawdzianie, do którego cię przygotowywałam cały weekend kosztem mojego egzaminu, pomyślała Misia, patrząc na niego z pewną rezygnacją. 

– A wygłupialiście się?

 – Chciałem tylko odwrócić uwagę, żeby pozostali mieli czas spisać. 

– A,to bardzo szlachetnie. I czyj to był pomysł? 

– Mój. Wiem, co potrafię. Wiem, że są sposoby. Pomyślałem, że jak pomogę, to… 

– To będziecie przynajmniej grać w jednej drużynie, hm? – westchnęła cicho Misia. – No wnioskuję, że nie poszło za dobrze? 

Mitra tylko wzruszył ramionami. Wbił wzrok w drewniane stopnie schodów. W powietrzu wokół nich tańczyły drobinki kurzu. Kot prześlizgnął się z jednej słonecznej plamy w drugą. 

– Obiecałem, że to zrobię  – odezwał się wreszcie młody mag. – I zrobiłem tak, że się tylko bardziej wkurzyła. No i oni też się wkurzyli. Taka jedna Hania na mnie strasznie naskoczyła, że skąd ja się urwałem i co ja sobie wyobrażam? – zapatrzył się na swoje zaciśnięte dłonie. – I że miałem jedno zadanie ale widać nawet tego nie potrafię. I…. i no inne takie. Różne. I się trochę poszarpaliśmy.

– Z tą Hanią? 

– Nie no, z chłopakami. Ale ona ma ich owiniętych wokół palca, więc technicznie biorąc to jakby z nią. Z jej obstawą. 

– Ty zacząłeś, czy oni? 

Nie odpowiedział. Podparł tylko brodę na dłoniach i zapatrzył się w dal, pogrążony w ponurej zadumie. 

– Oni też widzą, że to nie dla mnie – mruknął. – Więc pewnie rzeczywiście nie ma co. Niepotrzebnie się dałem sprowokować, trzeba było… 

 – Ale przecież masz prawo być zły – przerwała mu Misia, lekko, od niechcenia obejmując go ramieniem. Nie odsunął się. – Masz prawo reagować na to, że dzieje ci się źle i że ktoś robi ci krzywdę, nawet tylko kłapiąc dziobem i mówiąc, że się do czegoś nie nadajesz. Nie daj sobie wmówić, że jak ukryjesz, że coś cię rusza i “nie dasz się sprowokować”, to wszystko będzie lepiej. 

Mitra oparł się głową o jej ramię, ewidentnie garnąc się do ciepła. Pod tym względem on i Promyczek mieli ze sobą dużo wspólnego. Kot zresztą najwyraźniej postanowił dzielić z nimi tę chwilę, bo władował się Misi na kolana. 

– Ty jesteś pewna, że cię szkolili magowie? – mruknął Mitra, przymykając oczy. – Bo w ogóle nie brzmisz jak mój wujek. 

– Nie każdy mag jest twoim wujkiem. Weź to pod uwagę. Oraz, co na to twoja wychowawczyni? Z tego, co mi opowiadałeś, brzmi jak bardzo sensowna kobieta. I raczej cię chyba lubi, nie? Może będzie miała jakiś pomysł, jak to wszystko rozplątać? 

Mitra tylko westchnął cicho. 

– Zniknęła.

– Jak to “zniknęła”? – zdumiała się Misia.

– Wróciliśmy wczoraj po feriach i jej nie ma. Najpierw myśleliśmy, że jest chora i dlatego jej nie ma, ale nie pojawiła się, nie przyniosła żadnego zwolnienia. Zniknęła i jej nie ma. Podobno była zresztą w szkole policja, ale nic nie chcą nam powiedzieć. Nikt nie wie, gdzie mogła się podziać i bez niej to już zupełnie bez sensu. 

– A.

Nagła niechęć do szkoły nabrała nagle nieco więcej sensu, nawet pomijając napięte relacje z klasą. Przez ostatni miesiąc cichy, raczej skryty Mitra opowiadał o swojej wychowawczyni, pani Karolinie, gdy tylko natrafiła się okazja, i z tego co Misia się zorientowała, darzył ją przywiązaniem porównywalnym do tego okazywanego kotu oraz pani Krystynie Malinowskiej. Misia potargała lekko jasne włosy chłopaka.  

– Jak chcesz, to mogę się jutro przejść z tobą do szkoły i wybadać co i jak. 

Mitra spiął się wyraźnie. 

– Już wystarczy, że wszyscy wiedzą, że ciocia Jadzia ma na mnie oko. Jak jeszcze ty się tam wtrącisz to mnie w ogóle uznają za ostatniego mięczaka co się chowa za starszą siostrą. Michalina uniosła nieco brwi na wzmiankę o siostrze, uśmiechnęła się lekko. 

– Nie no, tego bym ci przecież nie zrobiła – zapewniła. – Ale mogę nie wiem, iść, pokręcić się wśród nauczycieli pod pretekstem praktyk z uczelni. Może dowiemy się, co się stało z tą twoją wychowawczynią. Ludzie na ogół nie znikają z dnia na dzień, nawet nauczyciele. 

– Myślisz, że to może mieć coś wspólnego z wielką magią? – ożywił się Mitra. 

Misi nagłe zniknięcia ludzi kojarzyły się z zupełnie innym rodzajem magii, było jednak zdecydowanie zbyt wcześnie by wygłaszać takie teorie na głos. Zwłaszcza, że nie miała pewności ile o tych innych rodzajach magii Mitra tak naprawdę wie. 

– Może jest jakieś sensowne wyjaśnienie – powiedziała zamiast tego. – I może da się zrobić tak, żeby wróciła. A jak nie, to chociaż dowiemy się, co właściwie zaszło.

Mitra pokiwał głową, wyraźnie zadowolony z takiej sugestii. Oczy rozbłysły nową nadzieją. 

– Hej, to może skoro cioci Krysi jeszcze nie ma to posiedzę u ciebie i zamówimy pizzę? – zaproponował. – Też wyglądasz, jakby cię czołg przejechał. Albo ze dwa. 

– Możemy – westchnęła Misia, myślami sięgając już do sesji poprawkowej. 

***

– Dziecko, ty się aby za bardzo nie pospieszyłaś? – spytała anglistka, nazywana przez wszystkich Henriettą, kiedy już wyciągnęła z Michaliny wszystkie możliwe plotki z uczelni. – Przecież nawet jak wzięłaś specjalizację z metodyki, to praktyki w liceum są dopiero na trzecim roku. Nie mówili ci, czy nie słuchałaś? 

– Ja… – Misię zatkało na moment. Henrietta mierzyła ją spojrzeniem tak przeszywającym, że wtopienie się w oklejoną ciemną boazerią ścianę pokoju nauczycielskiego nagle wydało się atrakcyjną opcją.  – No bo się tak strasznie nakręciłam po tych pierwszych zajęciach ze specjalizacji – zełgała bez mrugnięcia okiem. Czego się nie robi dla przyszywanego młodszego brata. – I pomyślałam, że jestem trochę na straconej pozycji, bo mam na roku kilka osób z tego liceum, a ja jestem spoza miasta, przyjechałam tylko na studia. Dlatego wykombinowałam, że jak przyjdę wcześniej i wybadam i porozmawiam, to za dwa lata już jakoś będzie łatwiej wszystko pozałatwiać i już trochę chociaż będę wiedziała co i jak. 

– A tam – Henrietta zamieszała łyżeczką w szklance z kawą, podrywając z dna wszystkie fusy. – Dwa lata. Za dwa lata to już tutaj może wszystko stanąć na głowie jeszcze bardziej niż już stoi. Zresztą, jeśli mój brat–nieudacznik wciąż wykłada gramatykę praktyczną to mogą być równie dobrze trzy lata. Albo cztery. Ciasteczko? 

– Nie, dziękuję – Misia pokręciła głową. – A stoi? – zainteresowała się ostrożnie. – Znaczy się, na głowie? 

– Skoro wychodzi na to, że nauczyciel, wychowawca klasy pierwszej może sobie z dnia na dzień uznać, że nie przychodzi do szkoły, nie odpowiada na telefony i w ogóle nie zamierza przedstawić żadnego wytłumaczenia nieobecności, to równie dobrze za dwa lata szanowna dyrekcja może uznać podobnie – obruszyła się Henrietta. Wysoka, koścista i podzwaniająca bransoletami, wyglądała trochę jak egzotyczny ptak o bardzo ostrych, bezlitosnych rysach. Im dłużej Misia na nią patrzyła, tym bardziej dostrzegała rodzinne podobieństwo między nią a wykładowcą nieszczęsnej opisówki. Gramatyka opisowa nie była nawet w połowie takim problemem jak dramat angielski, ale o tym przecież Henrietta wiedzieć nie musiała. – Mam rację, panie Sokół? – rzuciła nauczycielka, spoglądając na przekraczającego właśnie próg szpakowatego mężczyznę z naręczem kserokopii w objęciach. 

Pan Sokół skulił się nieco pod jej spojrzeniem i wbił wzrok w swoje papiery. 

– Dzień dobry – mruknął, uśmiechając się słabo do Misi. – Praktykantka? 

– Może kiedyś – wyraziła przypuszczenie Henrietta. – Dziecko się pospieszyło. 

– A. Zdarza się – Sokół przemknął się jakoś wzdłuż ściany, ewidentnie unikając wzroku Henrietty i zaczął robić sobie kawę. 

– Panie Sokół, mam rację, czy nie mam? – domagała się odpowiedzi anglistka. 

– Zawsze ma pani rację, pani Ostrowska, ale zależy z czym tym razem? 

– No z naszą Karolinką przecież. Dalej żadnych wieści? Nie odzywała się do pana? 

Sokół szybko pokręcił głową. Łyżka, którą sypał kawę, drżała w jego dłoni. 

– No i nic dziwnego, też bym się nie odzywała, bo pan jesteś kanalia – wypaliła Henrietta, mierząc mężczyznę zimnym spojrzeniem jaszczurki. – Tak naszą Karolinkę potraktować, jeszcze na oczach całej szkoły. 

– Pani Ostrowska – odezwał się cichym, łagodnym głosem pan Sokół. – Ale ja proszę. Minimum profesjonalizmu. Wystraszy pani praktykantkę – rzucił, zerkając na Misię, która była już właściwie przy drzwiach, z ręką na klamce. 

Henrietta prychnęła, najwyraźniej nic sobie z wystraszenia praktykantki nie robiąc. Wzięła głęboki oddech. 

– No skoro rozmawiamy o profesjonalizmie – odezwała się przesłodzonym głosem. – To pewnie, możemy rozmawiać dalej. 

Pan Sokół został ocalony od rozmowy o profesjonalizmie przez dzwonek na przerwę. Henrietta porwała swój dziennik i swoją barwną narzutę, upiła łyk kawy. 

– Proszę wybaczyć, dyżur na korytarzu – uśmiechnęła się do nauczyciela, po czym stukając obcasami opuściła pokój nauczycielski, gestem dając do zrozumienia Misi, że audiencja skończona. Misia posłusznie wyszła za nią i właściwie jeszcze pod drzwiami pokoju wpadła na rudowłosą licealistkę w zielonym swetrze. Dziewczyna obrzuciła ją spłoszonym spojrzeniem, porwała swoją torbę i ruszyła w dół po schodach. Sięgające połowy pleców, rozpuszczone włosy powiewały za nią jak płaszcz. 

Misia przez chwilę spoglądała w ślad za nią, pochłonięta dziwnym przeczuciem, że coś w tym obrazku jest bardzo nie tak. Że właśnie zaistniało coś, co nie miało prawa zaistnieć. Ruszyła za dziewczyną, zastała ją jednak na ławce pod klasą, całkowicie pogrążoną w lekturze jakichś notatek. Dalej nie potrafiła się pozbyć uczucia niewłaściwości, postanowiła jednak skupić się na swojej misji. Potrzebowała zdobyć plotki o zaginionej nauczycielce, bo Mitra, mimo wielu swoich zalet, ani nie był plotkarzem, ani w ogóle, z tego co zdążyła zauważyć, nie był jakoś szczególnie obyty w interakcjach z rówieśnikami. Ze staruszkami szło mu z jakiegoś powodu znacznie lepiej. 

 Misia porzuciła na razie rudowłosą zagadkę i skierowała się ku łazience, po drodze sięgając po zalegające na zakurzonym, szkolnym korytarzu cienie. Nie potrzebowała być zupełnie niewidzialna. Wystarczyło jedynie, że przynajmniej przez jakiś czas zdoła wtopić się w tłum licealistek i nie zwracać na siebie uwagi. Tak naprawdę i tak nie różniła się jakoś drastycznie ani wzrostem ani ubiorem, za zasłoną z cieni czuła się jednak bezpieczniej. Mogła jakby nigdy nic stać przy lustrze myjąc ręce i słuchać. Strategia była kuloodporna i tym razem również nie zawiodła. 

– Ta Kaśka z mojej klasy cały czas opowiada, że chodzą na randki do jakichś drogich kawiarni i w ogóle – perorowała długowłosa brunetka, starannie poprawiając makijaż. 

– Ale że z Sokołem? – upewniła się jej niższa i drobniejsza koleżanka, bez zbytniego sukcesu próbując nadać chmurze jasnych, kręconych włosów jakiś sensowny kształt. – Przecież mógłby być jej ojcem. 

– No z Sokołem. A z kim?  Myślisz, że dlaczego typ się rozwiódł? Oczywiście, że o Kaśkę chodziło, moja mama mi potwierdziła, że Kaśka nie wymyśla, tylko to na serio o to poszło. Ale uważaj, w ogóle podobno powiedział Kaśce, jakiś czas temu, że ta cała Karolina też się z kimś spotyka. Spotykała. 

– Poważnie?! Nie wkręcasz mnie? 

– Mówię tylko, że Kaśka mówiła, że on mówił – Brunetka wzruszyła ramionami. – Nie wiem, ile w tym prawdy, skąd mam wiedzieć? Na jego miejscu też bym pewnie wolała, żeby w razie czego przykleili trupa jakiemuś kochankowi, nie jemu. 

– Trupa?! – pisnęła kompaktowa blondyneczka. – Serio myślisz, że…? 

Brunetka wzruszyła ramionami. Wyciągnęła z błyszczącej brokatem kosmetyczki pomadkę i pociągnęła usta stanowczą czerwienią, najwyraźniej za nic mając opinię nauczycieli.

– A nie wiem – rzuciła ze znudzeniem. – Może. Ostatnio oglądaliśmy ze starymi taki film, że ciało znaleźli dopiero po jakimś czasie i nie było wiadomo, czy mordercą jest mąż, czy kochanek. 

– Magmie pewnie byłoby smutno – zadumała się blondynka. Po namyśle pożyczyła pomadkę od towarzyszki. Przez długą chwilę porównywała w lustrze, której z nich pasuje bardziej. – W sensie, jeszcze bardziej, już teraz chodzi po korytarzach jak zombie. Mówiłam ci przecież, robiliśmy w klasie zakłady o to, czy się w niej zabujała, nie? 

–  A może wiesz, jak w tych wszystkich filmach, Karolinka rozwiodła się z mężem, poznała kogoś, wyjechali razem na prywatną wyspę, gdzie jedzą francuskie sery, piją włoskie wino i nie wychodzą z sypialni? Wszystko się układa, nowy sens życia i w ogóle. 

– Myślisz? W sumie, też bym tak chciała. Albo nie wiem, mógłby mnie porwać jakiś szef mafii. Albo chociaż zastępca szefa. 

– Podobno ci naprawdę wpływowi szefowie mafii to jakieś stare dziady. 

– Ale no weź, prywatna wyspa i zakupy. 

Rozmowa zeszła na turystykę, Misia więc wycofała się z łazienki. Chwilę później znów rozległ się dzwonek na lekcję. Uznała, że ma dostatecznie dużo wskazówek i niespiesznie ruszyła w stronę drzwi wyjściowych i opuściła mury szkoły. Od chwili, gdy pozbyła się osłony z cienia, nie mogła pozbyć się wrażenia, że ktoś się jej przygląda. Coś? Tego na razie nie potrafiła jeszcze stwierdzić. 

***

Mitra dotarł na przystanek przy parku jak zwykle niemal w ostatniej chwili, z rozpiętą kurtką i wiszącym smętnie szalikiem od cioci Krysi. Nie zdołał wyhamować na oblodzonym chodniku i prawie podciął stojącą przy kiosku dziewczynę. Ofiara nieplanowanego ataku zdołała jakoś złapać równowagę i pochwycić go za kaptur, ratując przed upadkiem zarówno siebie jak i jego. 

– Szprszm – wymamrotał Mitra, odsuwając się i wciskając ręce do kieszeni. Dziewczyna wyciągnęła słuchawki z uszu i przyjrzała mu się uważniej. 

– Ej, ty jesteś tym dzieciakiem z działek, nie? – spytała, wyraźnie zaintrygowana. 

Mitra westchnął cicho. Poprawił ramiączka w plecaku i zmierzył dziewczynę bardzo długim i pełnym politowania spojrzeniem.. Biegł od strony ogródków działkowych. Skąd niby miał być. 

– Znaczy no – uśmiechnęła się nieco nerwowo, poprawiając kołnierz zielonego palta. – Babcia nam opowiadała, nie? – ściszyła nieco głos. Teraz dopiero Mitra zauważył wymykające się spod czapki rude włosy. – Że w Promyczku pojawił się jakiś mag, który sprawił, że mieli w Nostalgii niekończące się lato przez dwa tygodnie i że nie nadążała z robieniem przetworów. I że jakoś niedawno ci nowi magowie przyszli do nas do ogrodu węszyć, ale później zniknęły te okropne ślimaki, więc w sumie nich im będzie, że pomogli, nie są całkiem bezużyteczni. 

– Fajnie – mruknął Mitra, uparcie szukając w kieszeni biletu miesięcznego. 

– Ty chodzisz do naszej szkoły, prawda? – Oczy niemal ukryte pod grubą czapką były szarozielone, w delikatnej oprawie, buzia drobna. Teraz Mitra zorientował się, że rzeczywiście raz czy dwa musieli minąć się na korytarzu. 

– Mhm. 

Przez chwilę stali, spoglądając na siebie w dość niezręcznym milczeniu, niepewni, czy spełnili już normy grzecznościowej rozmowy po poślizgu na przystanku, czy muszą to ciągnąć jeszcze przez jakiś czas. 

Dylemat pozornie został rozstrzygnięty przez nadjeżdżający autobus, do którego zapakowali się w towarzystwie kilku staruszek, matki z dwójką bliźniąt oraz potężnego mężczyzny z bardzo małym psem. Pozornie dlatego, że gdy już znaleźli się w ciepłym, nagrzanym wnętrzu, los i tak pchnął ich na wolne siedzenia obok siebie. Dziewczyna ściągnęła czapkę, uwalniając burzę rudych włosów. Mitra zapatrzył się w okno, na wciąż jeszcze nisko zawieszone słońce i płynące po rozjaśniającym się stopniowo niebie chmury. Wschód podświetlał je na delikatny róż, w niektórych oknach wciąż jeszcze paliło się światło. Mitra zatęsknił do swoich działek, na których wciąż w najlepsze trwał sierpień. 

Przez dłuższą chwilę jechali milcząc i spoglądając a to w okno a to na pasażerów. 

– Która klasa? – spytała w końcu dziewczyna, chyba bardziej z poczucia obowiązku niż uczciwego zainteresowania. Wciąż bawiła się słuchawkami. 

– Pierwsza C. To jest ta z rozszerzoną historią – wyjaśnił Mitra, widząc zmarszczone brwi rozmówczyni. Szare oczy momentalnie rozbłysły. 

– Ty jesteś z klasy pani Karoliny!

 Energicznie pokiwał głową. 

– Znasz… znałaś ją? 

– Uczyła nas historii zanim… – Dziewczyna wzdrygnęła się lekko. – Zanim przestała. 

– Strasznie szkoda, prawda? By… – zająknął się Mitra. – Jest bardzo w porządku. Myślisz, że wróci? 

Dziewczyna wzruszyła ramionami, szare oczy pociemniały, targane jakąś kompletnie niezrozumiałą dla nastolatka emocją. 

– Dostaliście chociaż kogoś na zastępstwo? 

– Historię mamy teraz z ciocią Jadzią. To znaczy moją ciocią, z działek, tą, którą wszyscy nazywają Jadziunią – sprostowął, bo dziewczyna wydawała się zaskoczona. – Na wychowawstwo na razie jeszcze nie. Chyba myślą, co zrobić. Nie wiem, może czekają aż pani Karolina wróci – Mitra przypomniał sobie plotki, jakie poprzedniego dnia zdołała przekazać mu Michalina. – Słyszałem, że miała jakiegoś kochanka, z którym uciekła? – rzucił półgłosem, rozglądając się wokół. 

Póki co poza nimi w autobusie nie było żadnych uczniów, dosiadali się najczęściej dopiero dwa przystanki dalej, przy rynku. Za szybą zawirowały płatki śniegu. Dzień zdecydowanie należał do tych bardziej zimowych, niebo przypominało nieco odcieniem oczy współpasażerki. 

– Ty… ty to chyba raczej musisz wierzyć… wiedzieć o tym, że czasem wokół dzieją się niebywałe rzeczy, prawda?  – brnęła dziewczyna, nerwowo nawijając kabel słuchawek na palce. – Skoro mieszkasz w tym ogródku i ten numer przed świętami to była twoja robota, nie? I jesteś…. szczególnie utalentowany.

Mitra ostrożnie pokiwał głową, wytężył słuch.

– I tak sobie pomyślałam, co jeśli w tym przypadku też chodzi o coś niebywałego? 

Zastanawiał się nad tym przez chwilę. 

– Masz jakieś powody, żeby tak sądzić? – spytał. 

– To prawda, co słyszałeś. Spotykała się z kimś – odparła po kolejnej chwili wahania dziewczyna. – Nawet do szkoły przychodziły jakieś czekoladki, róże, inne takie. Tylko, że  – Zawahała się, ściszyła głos. – Dziewczyny z klasy go z ciekawości próbowały znaleźć w sieci, bo ktoś słyszał imię, ktoś go gdzieś niby widział, ktoś się dowiedział, że jest jakimś wykładowcą. Okazało się, że ten ukochany pani Karoliny nie używa żadnych mediów społecznościowych, nie ma go na żadnym większym portalu randkowym, ani na stronie uczelni ani nigdzie. Musiał się z nią jakoś kontaktować, musiał ją gdzieś spotkać, zostawić jakiś ślad. A nie zostawił. 

Mitra milczał, obejmując ramionami swój plecak. Jego współpasażerka również zdaje się uciekła myślami gdzieś daleko. Na przystanku przy rynku autobus wypełnił się ludźmi, głównie licealistami w kolorowych kurtkach i z plecakami. Zrobiło się tłoczno. 

– Ja też nie mam

– Hm? – Dziewczyna uniosła jasne brwi i popatrzyła na niego z pewnym roztargnieniem. 

– Tych wszystkich rzeczy o których mówiłaś. Tylko tyle, że siostra mi pomogła założyć e–maila żebym miał dostęp do materiałów ze szkoły. 

– I wiem o tobie tyle, że jesteś magiem, który mieszka na działkach i że próbowałeś zasłonić słońce – przypomniała mu dziewczyna. Pokiwał głową, oparł brodę na dłoniach.  

– Fakt. Mówią na mnie Mitra – przedstawił się, wyciągając dłoń do dziewczyny. Uścisnęła ją, nawet dość mocno i pewnie. 

– Magma – przedstawiła się. – W sumie to Gośka, ale i tak wszyscy mówią Magma.

– Przez włosy? 

Uśmiechnęła się lekko. 

– To prawdopodobne – przyznała z roztargnieniem. – Chociaż nigdy się nad tym szczególnie nie zastanawiałam. Chyba nasz przystanek – spostrzegła, podnosząc się i przepychając ku wyjściu. 

Mitra tylko skinął głową i ruszył jej śladem. 

– Hej, Magma – odezwał się, kiedy byli już w sumie przed szkolną bramą. 

– Tak? 

– Jak będziesz u cioci w Nostalgii to może daj jakoś znać? Pokażę ci, jak to wszystko wygląda u nas, po drugiej stronie? 

Dziewczyna uśmiechnęła się do niego nieco drapieżnie. 

– Panie z Promyczka nie będą złe, że wpuściłeś szpiega na ich teren? 

– Niech tylko spróbują, a znowu zawieszę urok na płocie – odparł Mitra, bez mrugnięcia okiem. 

Magma pokiwała głową. 

– W takim razie chętnie – odparła. – Bądźmy w kontakcie, co?

Wymienili się numerami telefonów i Mitra po raz pierwszy od ponad tygodnia przekroczył próg szkoły z przekonaniem że może świat poza murami Promyczka nie jest aż tak straszny. 

***

Sobotni poranek zastał Misię na klatce schodowej, z wyjątkowo okazałą, czerwoną różą w dłoni. Krystyna Malinowska zatrzymała się na półpiętrze i zmierzyła sąsiadkę spojrzeniem tyleż zaciekawionym, co podejrzliwym. 

– A co to? – spytała. – Kawaler był w odwiedziny?

– A właśnie nie wiem – odparła z roztargnieniem Misia, obracając kwiat między palcami. Syknęła cicho, czując jak kolec zahacza o skórę i poluzowała chwyt. 

Malinowska zamrugała, chyba nieco zaskoczona kierunkiem, w jakim zmierza rozmowa. Postawiła siatki z zakupami na drewnianym stopniu schodów. 

– Co ty mówisz, moja droga? 

– No nie wiem, czy był. Jak chciałam wyjść do sklepu, to róża już tak wisiała, przyczepiona do klamki. 

– O. Ale była jakaś karteczka, coś? Bilecik?

Misia pokręciła głową. 

– Wtedy bym raczej przeszła z tym do porządku dziennego – westchnęła, znów zerkając na kwiat – A tak siedzę tutaj, proszę pani, z dziwnym przeczuciem, że tracę kontrolę nad własnym życiem i nie pamiętam czegoś bardzo istotnego. 

– A tam – Malinowska machnęła ręką, jakby oganiała się od muchy. – Młodzi teraz to tacy przewrażliwieni. Ktoś pomylił drzwi może po prostu. Albo w ogóle, bramę, nie ma z czego robić tragedii. 

– Myśli pani? – rzuciła z nadzieją Misia. Od kiedy tylko zobaczyła różę, ogarnęło ją wrażenie, że coś jest nie w porządku. Coś czaiło się w cieniach. Wyczuwała to po sposobie, w jaki się układały. Jak sypki piasek, częściowo tylko zakrywający ślady stóp. 

– No a nawet jeśli nie, to co? Masz, moja droga, cichego wielbiciela, świat się nie kończy. Połazi, naznosi kwiatków i albo się ujawni albo się znudzi. Jak to w życiu. 

Misia przez dobrą chwilę zastanawiała się nad tym, jakie decyzje doprowadziły ją do miejsca, w którym w sobotni poranek obwarowana pełnymi warzyw siatkami Krystyna Malinowska udziela jej porad sercowych. Ostatecznie uznała, że to nie były bardzo dobre decyzje. 

– A nie widziała pani, żeby ktoś się tu kręcił? – spytała. – Nie wiem, wchodził do klatki, stał pod moimi drzwiami?

– A co to, ja monitoring osiedlowy jestem? – obruszyła się Malinowska. – Teraz, jak mam swoją działeczkę i swoje owoce i jak Mitreńka tam siedzi głodny, to nie mam głowy do tego, kto się tu kręci i ilu masz, moja droga, kawalerów. 

– Nie no, jasne – mruknęła Misia, wciąż pamiętając ile pani Malinowskiej zajęło odkrycie obecności kota. – Ale jakby pani kogoś widziała, da mi pani znać? 

– Jeśli akurat przypadkiem będę w domu i coś mi się rzuci w oczy, to pewnie powiem. Nawet z dobrego serca, Mitreńka cię przecież jak starszą siostrę traktuje. Mówi, że mu w angielskim pomagasz. 

Misia uśmiechnęła się słabo. 

– Tak wyszło. Ale to bystry dzieciak, poradziłby sobie i bez mojej pomocy. 

– Pewnie tak. Tylko żeby w złe towarzystwo jakie nie wpadł – nastroszyła się nieco Malinowska. – Chwalił mi się wczoraj, że się zakolegował z wnuczką Małgorzaty z Nostalgii. Ze wszystkich tamtejszych babsk, akurat Małgorzaty – dodała takim tonem, jakby owa Małgorzata była jej  wieloletnim nemezis. – Nasze działki jej chce pokazywać, nawet się pytał czy wolno. Wyobrażasz sobie, moja droga?!

– Nie no, dobrze, że spytał – mruknęła Misia. – Mógł bez pytania. 

Malinowska aż wzdrygnęła się, oburzona całym konceptem.

– Pewnie tak, masz rację. I dobrze, że wreszcie ma jakichś znajomych w swoim wieku, prawda? Nie można tak, tylko ze starymi babami. Martwiłam się, że z nikim się nie zakoleguje w tej szkole. Ale jakbyś mogła tam później zajrzeć jeśli nie masz innych planów? Nie wiem, może pod pretekstem, że jakieś przekąski ode mnie? Wiesz, tak w ramach sąsiedzkiego wsparcia? 

– Mogę się przejść – zgodziła się Misia, uznając, że to mimo wszystko lepsze rozwiązanie, niż siedzieć i zastanawiać się, skąd się wzięła róża. – Tylko najpierw może pewnie skoczę do tego sklepu? 

Ostatecznie umówiły się na popołudnie i Michalina, wciąż z różą dłoni, ruszyła do sklepu znajdującego się po drugiej stronie ulicy. Różę wyrzuciła do pierwszego kosza na śmieci jaki znalazła. 

***

Środek lutego pachniał śniegiem i przenikał wiatrem na wskroś, kiedy jednak Misia przekroczyła próg Rodzinnych Ogródków Działkowych Promyczek, weszła w sam środek złotego, sierpniowego popołudnia. Wokół kwitnących nagietków i nasturcji jak zwykle uwijały się pszczoły, emeryci pracowali przy rabatkach, kosili trawę, strzygli żywopłoty. Misia zdjęła kurtkę, przerzuciła ją beztrosko przez ramię i wciągnęła w nozdrza zapach lata. Niebo nad ogrodem było bladoniebieskie, upstrzone drobnymi, jakby namalowanymi akwarelą chmurami. 

Misia ruszyła w głąb kompleksu, chłonąc leniwą, spokojną atmosferę. Lubiła to, jak bardzo działki wydawały się oderwane od parku, kanału i w ogóle całej dzielnicy. Na pewno nie miała szans trafić tutaj na żadnego szaleńca z różami. Róże owszem, były, różnokolorowe i w różnym stadium rozkwitu, udomowione i te bardziej dzikie. Najbardziej okazały krzew dzikich, białych róż rósł w altance zamieszkiwanej przez Mitrę. Chłopak kompletnie nie miał do nich głowy i chyba nawet nie za bardzo dostrzegał ich istnienie, mimo to – a może w sumie dzięki temu – rosły całkiem nieźle. 

Z ukrytego za krzakiem niewielkiego, na wpół zrujnowanego domku dobiegały podekscytowane głosy Mitry i jego towarzyszki. Misia bardzo nie chciała w tym momencie czuć dławiącego w gardle niepokoju. Nic jednak nie potrafiła na to poradzić. To było dokładnie to samo wrażenie, co na widok róży na klatce. Przełknęła to uczucie i podeszła bliżej, ku uchylonym drzwiom altanki. Stanęła w progu, pochłonięci dyskusją o zasadach gry, nie zauważyli jednak jej obecności. Obserwowała ich w milczeniu. Torba z przekąskami nieco ciążyła jej w ręku. 

Mitra siedział w starym fotelu, ubrany w swoje ulubione, poszarpane jeansy i podkoszulek. Jego towarzyszką był nikt inny jak rudowłosa dziewczyna spotkana pod pokojem nauczycielskim. Teraz rozsiadła się na materacu, na którym Mitra zwykł sypiać, w dłoniach trzymała obdrapany, emaliowany kubek. Z włosami związanymi w warkocz, w czarnej koszulce z nazwą zespołu, której Misia nie potrafiła dostrzec i w materiałowych spodniach w kratę, wydawała się o wiele mniej spięta niż wtedy, na korytarzu. Było w niej nawet coś sympatycznego, chociaż pewnie letnia atmosfera ogródka też zrobiła swoje. 

 Mitra rzeczywiście rzucił kostką i przez chwilę oboje pochylali się nad przyniesionym przez rudowłosą dziewczynę zeszytem. 

– No dobra – mruknął wreszcie chłopak. Usadowił się wygodniej w fotelu, podkurczając jedną bosą stopę pod siebie i przymknął oczy. – Moje poszukiwania zawiodły mnie do miasta pod ziemią. Nie jest zakopane bardzo głęboko, przypomina trochę system króliczych nor. Jeśli uważniej się rozejrzysz, gdzieniegdzie, tam, gdzie prowadzą korzenie, przenikają promienie słoneczne, pozostawiając na ziemi drobne kręgi. Ludzie mieszkają w swoich norkach, urządzonych jak mieszkania. Nie ma tu żadnego wiatru, jest ciemno, ciepło i cicho jakby ziemia nad miastem otulona była śniegiem. Nie widać nieba, ale to nie jest nic nowego, mieszkańcy tego miasta tak wybrali, by żyć pod ziemią, bezpieczni jak króliki. Ja jednak jestem tylko przybyszem, dzieckiem światła i słońca. Szybko zaczynam czuć się nieswojo, przemierzając więc samotnie kolejne korytarze sięgam po lusterko i odbijam w nim przenikające do podziemi światło, tak, że na ścianach tuneli pojawiają się odbłyski, takie małe, słoneczne zajączki. W sumie pasuje. 

Misia przysłuchiwała się opowieści w milczeniu. Znała Mitrę od dobrych dwóch miesięcy i to był tak naprawdę pierwszy raz kiedy usłyszała z jego ust aż tak długą wypowiedź. Owszem, czasem zdarzało mu się powiedzieć kilka słów więcej, zwłaszcza jeśli chodziło o panią Karolinę, ale nawet te wypowiedzi były raczej zwięzłe i bardzo konkretne. Wyglądało na to, że dobrze się bawił.

Zanim Mitra sięgnął dłonią do talii, która zdecydowanie wyglądała na tarota, Misia zapukała we framugę. 

– Przesyłka od cioci Krysi – poinformowała, znacząco podnosząc reklamówkę do góry. – Kanapki, ciastka i w sumie sama nie wiem co jeszcze. Podobno chciała dobrze ugościć szpiega z Nostalgii. Nie ufałabym. 

Rudowłosa dziewczyna podniosła na nią wzrok, po czym niemal natychmiast zapatrzyła się w swój kubek, wyraźnie speszona. Cienie wokół Misi zadrżały i zafalowały. Ktokolwiek się w nich czaił, przysunął się o krok. 

– Dzięki – mruknęła dziewczyna. – Miło. 

Mitra przez chwilę przyglądał się im, nieco zdezorientowany, najwyraźniej próbując dopasować do sytuacji odpowiednią procedurę. 

– To jest Magma – przedstawił towarzyszkę. – Chodzi do nas do szkoły, do maturalnej. Magma, to jest moja starsza siostra, Michalina. 

– Cześć. My się już chyba widziałyśmy – Misia postawiła reklamówkę na składanym, ogrodowym stoliku. Magma zamrugała. 

– T–tak? 

– W szkole. Pod pokojem nauczycielskim. 

– A – Dziewczyna nawinęła na palce końcówkę ogniście rudego warkocza. – To ty gadałaś z Henriettą? 

– Taak, trochę za bardzo podekscytowałam się praktykami z uczelni. Myślałam, że im wcześniej przyjdę sobie zaklepać miejsce w docelowej szkole, tym lepiej, ale Henrietta uświadomiła mi, że to błędna strategia. 

Magma wywróciła oczami. 

– Jest najgorsza – przyznała. – Jest też na swój sposób najlepsza. Ale najgorsza. 

– Jest – zgodził się Mitra, chyba wciąż mając w pamięci niedostateczny za słoneczne zajączki. 

– Dziewczyny z roku, które kończyły to liceum opowiadały o jakimś mdleniu przed lekcją i płakaniu w łazience – stwierdziła w zadumie Misia. – I no, wygląda na milutką. Na moich oczach prawie doprowadziła do łez innego nauczyciela, jestem skłonna uwierzyć, że opowieści są prawdziwe. No dobra – uśmiechnęła się lekko. – Widzę, że w coś gracie, i wygląda to na raczej dwuosobowe, nie chcę przeszkadzać. 

Magma przygryzła wargę, najwyraźniej nieco zmieszana. Rzuciła Misi szybkie, przepraszające spojrzenie.

– Nie opracowałyśmy tego jeszcze na trzy osoby. Ale pewnie no… możemy spróbować, nie? Zobaczymy co wyjdzie. 

– Następnym razem, co? – zaproponowała Misia, czując, że to ukryte w cieniach coś z każdą chwilą jest coraz bardziej wyraźne. I coraz bliższe. – Bo dzisiaj w sumie tylko obiecałam, że zrobię sobie spacer na działki, wrócę i będę się uczyć do poprawki egzaminu. I muszę nakarmić kota. I upewnić się, że żaden świr mi nie zostawił znowu róży na klamce. 

– A jakiś zostawił? – zaciekawiła się Magma, po czym natychmiast wbiła wzrok w swój zeszyt, wyraźnie zmieszana. 

– Tak. Znalazłam rano. Wyrzuciłam do kosza. 

– Możemy później zagrać razem – podsunął chłopak. – Jak już Magma mi pokaże co i jak. 

– Pewnie. Możemy. Spróbujemy po angielsku, to będziesz miał okazję trochę się rozgadać. 

Mitra otworzył usta. Zamknął usta i pokręcił głową. Mina nieco mu zrzedła. 

– Jesteś najgorsza.

– Wiem. Mam autorytet, do którego zamierzam aspirować. 

– Henrietta? – spytał bez specjalnej nadziei chłopak. 

Misia tylko pokiwała głową, po czym pomachała im ręką na pożegnanie i wycofała się z altanki. Dużo wysiłku włożyła w to, żeby nie rzucić się do ucieczki.

Wracając specjalnie wybrała drogę na około, przez park, obserwując pływające wzdłuż kanału kaczki i starając się nie myśleć o stosie książek i kserówek czekającym na nią w mieszkaniu. Po powrocie posprzątała, zrobiła absolutnie wszystko, co mogła zrobić, żeby odwlec moment otworzenia pliku z notatkami, ostatecznie jednak rzeczywistość nie pozostawiła jej wyboru. Czytała, powtarzała, próbowała ułożyć wszystko w logiczną całość i dziwiła się światu i własnym zapiskom. Odczuła niemal fizyczną ulgę, kiedy w rogu ekranu zobaczyła powiadomienie o nowej wiadomości na skrzynce mailowej.  

– “Znów widziałem, jak przechodzisz pod moim oknem – zaczęła czytać na głos, od niechcenia głaszcząc rozwalonego na kuchennym blacie kota. – Wyrzuciłaś moją różę do kosza i to złamało mi serce, i bynajmniej nie dlatego, że to symboliczne odrzucenie prezentu ode mnie. Bardziej dlatego, że w ten sposób odrzucasz też możliwość, że jesteś dla kogoś wyjątkowa. Że mogłabyś być jedyna i ukochana. Dlaczego nie chcesz wziąć pod uwagę możliwości, że poruszyłaś mnie po prostu idąc ulicą, czy gryząc końcówkę długopisu siedząc na egzaminie? Nie odrzucaj szans tak łatwo, Misiu, nie łam mi serca. Twoje istnienie jest jedynym powodem, dla którego chce mi się wstawać z łóżka i wychodzić na ten zimny świat. Podpisano, F.W. wysłane z maila MasterOfTheWind – cyferki – małpa onet.

Westchnęła. Zamknęła laptopa, po czym przeniosła wzrok na kota, wyraźnie zachwyconego tym, że ktoś głaszcze go za uszami. 

– Niezły agent, co? – mruknęła. Promyczek zeskoczył z blatu i wpakował się jej na kolana, łasząc się zapamiętale. Przytuliła twarz do miękkiego, rudego futra. – Jak to było? Nie odrzucaj szansy na miłość od całkowicie anonimowej osoby, która podgląda cię przez okno, sugeruje że wie, gdzie studiujesz, zakrada się ciemną nocą, by zostawić kwiatek na klamce i ukrywa się za inicjałami. To może być najbardziej romantyczna historia twojego życia. 

– Miau! – zgodził się kot. Złociste oczy zerkały na czarny prostokąt laptopa z jawnym politowaniem. 

Misia wyciągnęła się na krześle i wbiła wzrok w gałęzie drzewa za oknem.  

– W sumie… jakbym była w innym miejscu w życiu…– zadumała się. – Jakbym na przykład… Czekaj! 

Otworzyła laptopa i przeczytała e–mail jeszcze raz. Z wrażenia aż zrobiła sobie herbatę. Promyczek grubą kitą miarowo uderzał w blat, dając do zrozumienia co sądzi o nagłym podnoszeniu się i zrzucaniu go z kolan. 

– No wiem, wiem – mruknęła Michalina. – Ale pomyśl tylko. Jesteś nauczycielką świeżo po rozwodzie… 

– Miau!

– No dobra, ja jestem nauczycielką świeżo po rozwodzie z mężem, który chyba nawet nie kryje się z tym, że spotykał się za moimi plecami ze swoją uczennicą. I nagle ktoś mi zaczyna zostawiać kwiaty i pisać nie wiadomo skąd jakieś głodne kawałki o patrzeniu przez okno i zasługiwaniu na miłość. No leciałabym jak dzika, nawet bym kapci nie założyła. A przynajmniej bym coś typowi odpisała, nie?

Promyczek przytulił się pyszczkiem do jej dłoni. 

– No wiem, wiem, jak akurat nie chodzi o dziwne średniowieczne przedstawienia to jestem trochę genialna. Pytanie, dlaczego ten typ napisał do mnie. Skąd o mnie wiedział? Co? – spytała, spoglądając z namysłem na kota. 

Przypomniała sobie, jak bawił się świetlnymi zajączkami stworzonymi przez Mitrę. Widział je, sięgał do nich. Ciekawe, czy zareagowałby też na zabawkę stworzoną z cienia. Zupełnie bezwiednie sięgnęła do gromadzącej się pod stołem ciemności wczesnego, zimowego zmierzchu. Uformowała mrok w miękką, aksamitną kulkę i cisnęła ją niczym kauczukową piłkę na środek kuchni. Kot zeskoczył z blatu i, drapiąc pazurami po panelach, rzucił się w pogoń za piłką. Gdy zabawka była już prawie w zasięgu jego łapy, Misia niedbałym ruchem dłoni przyciągnęła ją do siebie. Promyczek miauknął oburzony. Cienie zafalowały i Michalina przypomniała sobie o tym dziwnym wrażeniu obecności gdy zobaczyła różę i wtedy, kiedy szła ku działkowej altance. Podniosła się, gotowa już sięgać po kurtkę, gdy rozległo się pukanie do drzwi. W progu stał Mitra, w niedbale narzuconej na plecy kurtce, wciąż jeszcze rozgrzany po szybkim marszu w zimnie. Za nim czaiła się szczelnie otulona płaszczem rudowłosa Magma, wyraźnie roztrzęsiona i blada jak śmierć. 

– Magma powiedziała mi pewną rzecz – odezwał się chłopak, lekko trącając towarzyszkę łokciem. – Uznaliśmy, że też powinnaś wiedzieć. 

***

– No dobrze – odezwała się Misia, kiedy wszyscy mieli już miejsce do siedzenia i kubek ciepłej herbaty przed sobą. – To powiedzcie mi może, czemu zawdzięczam wybawienie od nauki. 

Mitra przycupnął na kuchennym blacie, od niechcenia machając bosymi stopami kilka centymetrów nad podłogą. Wyglądało na to, że wylecieli z działek jak stali, tylko połowicznie pamiętając o tym, że wszędzie poza murem wciąż panuje zima. Magma siedziała na krześle, skubiąc materiał koszulki. 

– To prawdopodobnie zabrzmi zupełnie zwariowanie – mruknęła, nie patrząc ani na Misię ani na Mitrę. Większość uwagi skupiła na kocie, który ocierał się właśnie o jej kolana, ewidentnie proponując bliższą znajomość. – Ale możliwe, że wyhodowałam kolejnego Ponuraka. 

Michalina uniosła brwi, Rozsiadła się wygodniej na swoim krześle.

– …przepraszam, ale co wyhodowałaś?

– Tak ich nazywamy z siostrą.  Osoby, które się biorą z… – zacięła się w poszukiwaniu właściwych słów. – To ja może zacznę od początku – zaproponowała, spoglądając na rozmówców z rezygnacją. Misia i Mitra bezgłośnie zgodzili się, że to dobry pomysł. 

– Jakoś na początku roku wyszła sprawa z tym całym Sokołem – podjęła więc Magma. – Znaczy o tym, że romansuje z Kaśką to chodziły plotki już wcześniej, ale najwyraźniej przez święta zrobił się z tego prawdziwy dramat, poszły papiery o rozwód, pani Karolina chodziła strasznie przybita. Widać było, że źle to znosi i jakoś tak pomyślałam, że nie wiem… Że jej się poprawi nastrój jak zobaczy, że na Sokole świat się nie kończy? I że podoba się też innym ludziom i wciąż ma w sobie ten blask? I może nawet ma cichego wielbiciela? 

Misia jęknęła cicho, przeczuwając, dokąd zmierza ta opowieść. 

– Więc zaczęłaś jej anonimowo zostawiać prezenty i pisać e–maile? – upewniła się. Magma tylko przygryzła wargi i pokiwała głową, nagle już nie blada, ale bardzo czerwona na twarzy.

– No dobra – Michalina nie mogła usiedzieć na krześle, zaczęła więc przemierzać niewielkie mieszkanko miarowymi krokami. Dłonie wcisnęła w kieszenie spranych, typowo domowych jeansów. – To był twój pomysł, tak? 

Magma skinęła głową. 

– I ktoś poza tobą brał w tym udział? Ktoś ci pomagał? Ktoś ze szkoły albo z rodziny? 

– N–nie. Ja tak sama. 

– O ile pamiętam, powiedziałaś Mitrze, że zniknięcie tej nauczycielki było w jakiś sposób nienaturalne. Dlaczego? 

Magma wbiła wzrok w towarzysza, który zachęcająco skinął głową. Przez chwilę dawali sobie znaki trochę za plecami Misi, trochę tak, że była doskonale świadoma tej bezgłośnej, ale bardzo burzliwej wymiany. 

– Ja… – Dziewczyna przełknęła ślinę. – Chciałam się w pewnym momencie przyznać. Wymieniałam z nią e–maile jako ten cały Franciszek i zrobiło się trochę… zbyt poważnie. Zaprosiła mnie do teatru, tak żeby świętować swój koniec ferii i powrót do normalnych zajęć. I no, nie dało się tego dłużej ciągnąć. Postanowiłam, że przyjmę zaproszenie i przyjdę i wszystko jej wytłumaczę. Kupiłam bilet za własne oszczędności – opowiadała, głaszcząc Promyka, który z właściwym sobie wyczuciem wskoczył na jedyne dostępne wolne kolana. – i tam poszłam, do tego teatru, jako ja. Widziałam, jak czeka przed wejściem, w takim prześlicznym czerwonym płaszczu i w ogóle, ubrana tak jak nigdy jej nie widziałam w szkole, i że pali papierosa, i zrobiło mi się bardzo głupio, że aż tak się postarała, a to wszystko tylko wiadomości ode mnie. Powiedziałam jej dzień dobry, ale nawet mnie nie zauważyła, bo no stała i wyglądała za ukochanym, który nie istnieje. W czasie antraktu zobaczyłam, że gada z jakimś mężczyzną w kawiarni. I to był on. Franciszek. 

Misia zatrzymała się w pół kroku. 

– Skąd wiedziałaś? 

Odpowiedziało jej wzruszenie ramionami.

– Nigdy nie wysłałam żadnego jej zdjęcia, ani chyba nawet żadnego nie wybierałam, ale… Wiedziałam. Jak kogoś wymyślisz, od początku do końca, to wiesz, że to on. Wiesz, jak się rusza, jak się uśmiecha, jak patrzy. Masz to gdzieś z tyłu głowy. 

– Tak…? – zdziwiła się Michalina.

– No tak. Rozmawiali, i później wyszli razem i to był ostatni raz, kiedy ją widziano. Wiadomo, że w teatrze spotkała się z mężczyzną, ale nie dało się ustalić jego tożsamości. A teraz jej nie ma, bo po prostu chciałam… Chciałam dobrze, no!

Misia przesunęła dłońmi po twarzy. Miała dziwne przeczucie, że to może nie być dobry moment na cytowanie wszystkich znanych powiedzonek o dobrych chęciach. Wzięła głębszy oddech i napiła się trochę herbaty ze swojego kubka. 

– Franciszek jak? – spytała ostatecznie, uznając, że chyba najlepiej skoncentrować się na kwestiach najbardziej naglących. – Jak typ ma na nazwisko? – drążyła, widząc, że Magma spogląda na nią wzrokiem jelonka znieruchomiałego na środku drogi ekspresowej. – Jakie nazwisko mu wymyśliłaś? 

– Wichura. Franciszek Wichura. 

Tym razem dla odmiany to Michalina zbladła, czując, jak wyciągają się po nią pajęcze nitki paniki. Potrząsnęła głową, próbując się ich pozbyć, bo przecież nie czas to i nie miejsce. Dopadła laptopa i otworzyła go, po czym przysunęła tak, by Magma mogła przeczytać wiadomość. 

– To on – potwierdziła dziewczyna. Cienie w kawalerce, nawet mimo zapalonego światła, wydawały się dziwnie długie i rozedrgane. 

– Adres e–mail też się zgadza? 

– Tak. Ale to nie ja to pisałam – zapewniła szybko Magma. – Przecież nawet nie miałabym jak. E–mail pani Karoliny znamy wszyscy w klasie, bo czasem przesyła nam dodatkowe materiały, ale przecież no nie wiedziałabym nawet jak cię znaleźć. 

– Nie – zgodziła się Misia. – Ty nie. To nie jest pierwszy raz kiedy się z czymś takim spotykasz, prawda? – przypomniała sobie. – Masz dla tego nazwę i w ogóle. Ponuraki, tak? 

Magma z ociąganiem pokiwała głową. Nerwowo nawijała koniuszek warkocza na palec, najwyraźniej nie wiedząc co robić z rękami. Kot nie był zachwycony taką podzielnością uwagi. Po blacie przeszedł do jak zwykle cichego, wycofanego Mitry i usadził się z łebkiem na jego kolanach. 

– Moja starsza siostra ich kiedyś przyprowadziła do domu – wyjaśniła Magma. – Do tej pory nikt z nas nie wie, skąd się tak naprawdę wzięli, po prostu któregoś dnia przyszła z nimi do domu mówiąc, że to nasza zagubiona gałąź rodziny. Ponuraki, tak ich przedstawiła. Tak mieli na nazwisko. Ja miałam wtedy może z cztery albo pięć lat, pamiętam tylko, że nagle się okazało, że mieszkają niedaleko i że w sumie to ciocia Ponurak często gada z moją mamą przez telefon i że bardzo się zakolegowały i plotkują sobie o wszystkim. Przychodzili do nas na obiad na Wielkanoc i Boże Narodzenie, na nasze urodziny też zawsze byli zapraszani, Chyba jakoś jak już byłam w gimnazjum, zerwaliśmy z nimi kontakt. Po prostu przestaliśmy się odzywać i przeprowadziliśmy się na sąsiednie osiedle. 

– Dlaczego? – spytała Michalina, chociaż całą sobą czuła, że to pytanie jest absolutnie zbłędne. 

– Okazało się że Ponuraki porywają ludzi i wypijają ich oczy. Tym się żywiły.

Misia wzdrygnęła się mimo woli. 

– I posiadając taką wiedzę, uznałaś, że to doskonały pomysł, żeby stworzyć wymyślonego kochanka dla nauczycielki? – nie wytrzymała. 

Magma wbiła wzrok w podłogę, zdecydowanie bliska płaczu. Zwinęła się w kulkę na krześle, obejmując ramiona dłońmi. 

– Nie wiedziałam, że ja też… – mruknęła. Nieco drżała jej broda. – Sądziłam, że tylko Baśka tak umie No przecież bym tego nie zrobiła, jakbym wiedziała, że mogę jej zrobić krzywdę, nigdy bym przecież… Chciałam tylko, żeby nie była taka strasznie smutna! 

– No to teraz nie jest smutna, tylko prawdopodobnie pożarta – rzuciła z przekąsem Misia. Promyczek syknął na nią, wyginając grzbiet w łuk i kładąc uszy po sobie. Mitra również wydawał się pełen dezaprobaty. Przysiadł się na krzesło obok Magmy i oparł dłoń na jej ramieniu, próbując dodać otuchy. 

Michalina wzięła głębszy oddech. Odkręciła kran i zwilżyła dłonie, żeby przetrzeć twarz. 

– Dobra – mruknęła. – Przepraszam. Nie chciałam być jędzą, po prostu no… Nie podoba mi się ta historia. Nie brzmi dobrze. I… – Aż podskoczyła na dźwięk przychodzącej wiadomości. Magma też podskoczyła. – Wygląda na to, że twój Ponurak, już cię nie potrzebuje i radzi sobie zupełnie nieźle. 

– Mój… To znaczy że co, że on tak zupełnie sam z siebie…? 

– No na to wygląda. Chociaż pewnie fakt, że na siebie w tym tygodniu wpadłyśmy nie pozostaje bez znaczenia. 

Magma poruszyła się niespokojnie na swoim krześle. Objęła ramiona dłońmi i zapatrzyła się w zimową ciemność za oknem.

– Kim… co to tak właściwie  jest? – odważyła się wreszcie spytać. – Tak naprawdę? Mitra mówił, że też jesteś magiem. I że znasz innych magów. Musisz coś wiedzieć, no! Ja przecież nie chciałam, nie wiedziałam, że potrafię coś takiego, boję się! Czy jak potrafię, to też jestem magiem? 

– Nie wiem, skąd mam wiedzieć – Misia otrząsnęła głową. – Nie wiem, czy jesteś magiem – powiedziała, już spokojniej. – Nie jesteś takim… oczywistym przypadkiem jak Mitra. To, co wiem, to że twoja babcia chodzi do Nostalgii, więc przynajmniej jest w jakiś sposób świadoma tego, jak szczególne są te działki i czerpie z tego korzyści, podobnie jak moja sąsiadka. I że twoja siostra sprowadziła wam do domu bandę dziwnych, drapieżnych istot i wychodzi na to, że podzielasz jej talenty w tym kierunku. Na ten moment mogę stwierdzić że owszem, posiadasz pewną wrażliwość na magię i jej efekty, i no z pewnością sprowadziłaś nam tutaj… Franciszka, natomiast nie mam pojęcia, czy to skutek zbiegu okoliczności, czy talentu. Ale no – uśmiechnęła się nieco bardziej pocieszająco. – Nie masz się aż tak bardzo czego bać. Po prostu spróbuj nie pocieszać ludzi wymyślając im tajemniczych wielbicieli, co? Tak na wszelki wypadek? Powinno być spoko. 

– Przepraszam – Magma przełknęła ślinę. – I nie powiedziałaś, co to tak naprawdę jest. Skąd to jest. 

– Z daleka – odezwał się zupełnie niespodziewanie Mitra. Michalina podniosła na niego wzrok. Jedna wymiana spojrzeć wystarczyła by potwierdzić wszystkie najgorsze przypuszczenia. –  To wędrowiec.

– Wędrowiec…? 

– Przychodzą tutaj. Z innego miejsca. Tak naprawdę chyba z różnych miejsc. Ze światów, które się roztrzaskały. 

– Po co? – spytała Magma, spoglądając na niego oczami wielkimi jak spodki. 

Mitra tylko uśmiechnął się smutno i pokręcił głową. 

– Po coś, co wydaje im się, że zgubiły albo straciły. Najczęściej po nas – westchnął. – Mylą tęsknotę z głodem, więc ciągle potrzebują jeść. Niektórzy zabijają na miejscu, inni zabierają ze sobą, zależy kto się trafi. Mają swoje obyczaje, jak te twoje Ponuraki. 

– Czyli ten… Franciszek – Magma przełknęła ślinę. – On ją prawdopodobnie… on jej coś zrobił, prawda? Tak, że już nie wróci?

Tym razem ani Misia ani Mitra nie zdobyli się na odpowiedź. Kot kręcił się wokół nóg dziewczyny, niezbyt skutecznie próbując ją pocieszyć. 

– I… I skoro teraz pisze wiadomości do ciebie – brnęła Magma, ryzykując szybkie spojrzenie w kierunku gospodyni. – To znaczy, że może próbować ci coś… Że jesteś następna? 

– Tak – Misia posłała jej uśmiech który, miała nadzieję, był chociaż trochę dodający otuchy. – Jestem następna. Ale jestem magiem, Mitra też. Mieliśmy już do czynienia z takimi, jak on. Poradzimy sobie, jak co do czego przyjdzie. 

– M–muszę iść – Magma sięgnęła po swoje palto, pospiesznie założyła zamszowe botki. – Jeszcze raz przepraszam. Nie chciałam narobić kłopotu – Otworzyła drzwi i w progu rzuciła Misi jeszcze jedno, wyjątkowo rozpaczliwe spojrzenie. – Uważaj na siebie, dobrze? Proszę!

Nie czekając na reakcję, ruszyła biegiem w dół drewnianych schodów. Misia i Mitra przez chwilę spoglądali to na otwarte na oścież drzwi to na siebie nawzajem. 

 – To które z nas za nią idzie? – westchnęła wreszcie Michalina.

– Miau! – Kot wlepił w nią oskarżycielskie spojrzenie żółtych ślepi. 

– No dobra – westchnęła, zapinając ekspres kurtki. – Ale jak mnie napadnie jakiś cichy adorator z różą, będziecie mnie mieć na sumieniu. 

***

Misia krążyła po uczelnianym korytarzu, czekając na swoją kolej. Usiłowała przypomnieć sobie szczegóły intrygi w “Księżnej Malfii”, coraz bardziej pogodzona z tym, że im bardziej nie może sobie czegoś przypomnieć, tym bardziej zostanie o to zapytana. Jedyne, co kojarzyło jej się z tym konkretnym dramatem to fakt, że wykładowca uciął sobie drzemkę na zajęciach. Świadoma, że to może jej nie uratować, rzuciła się ku notatkom i zaczęła gorączkowo szukać właściwej strony. Byłoby o wiele łatwiej, gdyby nie spędziła weekendu poprzedzającego poprawkę na kasowaniu wiadomości e–mail bez czytania ich i sprzątania uschniętych płatków róż z klatki schodowej. Tajemniczy wielbiciel nie wykonał na razie kolejnego kroku, co z jednej strony ją nieco pocieszało, z drugiej niepokoiło. 

Cienie zalegające w szerokim korytarzu budynku z początku wieku również były niespokojne. Szeptały do siebie po kątach, pierzchały przed jej wzrokiem. Zwykle przyjazne, tym razem jakoś nie chciały być sprzymierzeńcami. Przez okno wkradało się ponure, wciąż jeszcze zimowe popołudnie. Po szybach spływał deszcz zmieszany ze śniegiem. Resztki słońca próbowały przebić się przez chmury, ale z marnym skutkiem, na korytarzach zapalono więc światło. Jedna z żarówek migotała raz za razem, o krok od śmierci. Kiedy Misia na nią zerknęła, zgasła całkowicie, z cichym pyknięciem. Cienie jeszcze bardziej się pogłębiły, obce i wyczekujące. 

Mina opuszczającej gabinet studentki tylko pogłębiła niepokój Michaliny.

– No lepiej, żeby mi uznali tę piątkę – mruknęła  dziewczyna, zagadnięta o to jak poszło. Z wyraźną irytacją zapięła płaszcz. – Wyobraź sobie, że wziął sobie zastępstwo! Bo podobno wczoraj zabalował i nie chciało mu się przyjść. Na egzamin poprawkowy, rozumiesz?! – zazgrzytała zębami. – Zgarnął jakiegoś typa, który dopiero od tego semestru ma mieć u nas zajęcia, gość niby miły ale jestem pewna, że mnie nie słuchał ani przez moment. Odczytał te pytania z kartki, a później olewka, tylko się gapił gdzieś za okno. To po co ja nad tym siedziałam jak idiotka przez cały weekend, do kina sobie mogłam iść, a nie. Walentynki były!

– Tak? – spytała z pewnym roztargnieniem Misia. – Może. 

Przemknęło jej przez myśl, że ona weekend miała aż nadto romantyczny. 

– No nic, jest to prawdopodobnie najłatwiej zarobiona piątka w moim życiu – westchnęła jej rozmówczyni. – Lecę na jakąś kawę, mam jeszcze później praktyczną, wyobraź sobie. Wasza grupa też już zaczyna od dzisiaj? 

– Od jutra – odparła Michalina, widząc, że drzwi gabinetu się otwierają. Ktoś w środku odchrząknął ze zniecierpliwieniem. – Dobra, łyknę to i pewnie wracam do siebie odespać. 

– Szczęściara. 

Misia, przekraczając próg gabinetu, zdecydowanie nie czuła się jak szczęściara, zwłaszcza, że już przeczuwała, kogo w tym gabinecie zastanie. 

– Już myślałem, że się nie doczekam – rzuciła istota znana jako Franciszek Wichura, wbijając w nią czarne jak u ptaka oczy. Czaiła się w nich niewysłowiona w żadnym ludzkim języku tęsknota. 

Drzwi zamknęły się za nią, zanim choćby zdążyła zablokować je jakoś za pomocą cienia. Coś zgrzytnęło w zamku. Na miękkich nogach usiadła na wskazanym przez mężczyznę krześle. Starała się nie patrzeć na jego twarz. Wydawał się znajomy w przykry, przyprawiający o dreszcze sposób. 

– Indeksik poproszę – rzucił Franciszek, chyba nawet nieźle się bawiąc w roli wykładowcy. – Co to, nie uważało się na zajęciach, co? 

– Nie twoja rzecz – odparła Misia. Owszem, wyciągnęła z torby indeks, głównie po to, żeby zająć czymś ręce. Wiedziała, że sięganie po cienie tak blisko istoty, która też z nich czerpie nie było rozsądne. – Czego tu szukasz? 

Franciszek zaśmiał się cicho. Splótł szczupłe, kościste palce. 

– Nie czytałaś żadnej mojej wiadomości? – spytał, przechylając się nieco nad biurkiem, żeby zajrzeć jej w oczy; czarne topiele niewysłowionego smutku. – Ani jednej? Nawet tego poematu, który napisałem o twojej chłodnej samotności i tragicznym pięknie? 

– Nie powinno cię tu być – powiedziała Misia, co pewnie zrobiłoby większe wrażenie, gdyby jednocześnie nie tuliła rozpaczliwie swojego indeksu do piersi. 

– Tęskniłem za tobą, Misiu – Wąskie wargi mężczyzny rozciągnęły się w uśmiechu. – Przecież tylko dla ciebie tu przyszedłem. Tylko dla ciebie tu jestem. 

– A ona? Ta poprzednia? Nie zostałeś aby przywołany, żeby to ją uszczęśliwić? 

– I uszczęśliwiłem – zapewnił Franciszek, omiatając ją kolejnym łamiącym serce, pełnym melancholii spojrzeniem. – Nawet nie wiesz, jak bardzo ją uszczęśliwiłem. W moich ramionach była najszczęśliwszą kobietą na świecie, zresztą zgodnie z życzeniem młodej panienki. 

– Młodej panienki? 

Franciszek z powagą pokiwał głową. 

– Tej, której miłość i desperacja otworzyły mi drzwi – wyjaśnił. – A następnie wskazały mi drogę do ciebie.  

– Ach – Misia pokiwała głową, zupełnie bez zdziwienia. – W ten sposób. Co z nią zrobiłeś? – wróciła do poprzedniego wątku. – Z tamtą kobietą? 

– Uczyniłem najszczęśliwszą i najbardziej kochaną kobietą na świecie, a później wypiłem jej oczy i to co zostało zabrałem sobie na później – Mężczyzna oblizał się na samo wspomnienie. – Nigdy nie wiadomo, co się przyda. Kto się przyda. Kiedy się przyda. Wy, ludzie nie potraficie się pogodzić ze stratą. Jesteście tacy pełni determinacji, pełni wiary w to, że da się odnaleźć to, co zagubione, wystarczy tylko przekroczyć określoną ilość granic. I młoda panienka też spróbuje je przekroczyć, kiedy pojawi się choćby cień sugestii, że zdoła odzyskać swoją utraconą miłość. 

Misia zdołała na moment podnieść wzrok i spojrzeć mu w twarz. Czuła, że jej serce bije gdzieś w okolicach gardła. 

– Nie spróbuje – powiedziała, uśmiechając się nieco drwiąco. – Nie jest głupia. I nie masz nad nią aż takiej władzy. Nade mną też nie. 

– No nie wiem, poczucie winy to potężna broń. Pójdzie za mną. A nawet jeśli nie za mną, to za tobą, prawda? Przecież chcesz, żeby za tobą poszła. Chcesz, żeby ktokolwiek za tobą poszedł. Chcesz wierzyć, że zasługujesz na to, żeby za tobą iść i cię szukać, nawet mimo tego, że porzuciłaś na pastwę losu innych. Tylu innych, Misiu, pamiętasz to jeszcze? 

– Nikogo nie porzuciłam na pastwę losu – prychnęła Misia, podnosząc się nieco na krześle. – Ciebie też nie. Po prostu nie jestem głupia. 

– Jeśli chodzi o mnie, to… – Mężczyzna zerknął szybko na coś za jej plecami. Odchrząknął i zbierał się już, żeby podjąć myśl, kiedy znów coś go rozproszyło. – Jeśli chodzi o mnie, sprawa była dość prosta, mianowicie – Znów uciekł gdzieś wzrokiem i tym razem Misia zdołała dostrzec, co tak odwraca jego uwagę. Niby nic. Ot, plamka słonecznego blasku odcinająca się od ciemnego gabinetu i szarego nieba za oknem, tańcząca cały czas w zasięgu wzroku, nie pozwalająca zebrać myśli. Słoneczny zajączek Mitry! 

Poczuła, że znów może sięgnąć cieni. Że wędrowiec wcale ich teraz nie kontroluje, nie widzi, co Misia próbuje z nimi zrobić. Wiedziała, że sama też nie może dać się rozproszyć skaczącym po ścianach zajączkom. Musiała wziąć się w garść, zebrać myśli. 

Lewą dłoń wciąż przyciskała indeks do piersi. Prawa opadła swobodnie wzdłuż tułowia. Sięgnęła po smużkę cienia. Misia wiedziała, że będzie obca i przesycona obecnością wędrowca, przygotowała się na uderzenie irracjonalnego, obezwładniającego lęku. Zdołała jakoś uspokoić oddech i nie cofnąć dłoni. Ostrożnie nawinęła cień na palce i skierowała je w stronę drzwi. Uszy chłonęły każde słowo z coraz bardziej chaotycznej wypowiedzi – mimo największych starań, Franciszek jakoś nie mógł dokończyć wątku. Pot spływał strumyczkiem po kręgosłupie Michaliny. Jeszcze chwila nieuwagi, jeszcze moment, kiedy nie może się skupić, proszę, proszę, proszę. 

Coś kliknęło w zamku. Pchnięte smugą cienia drzwi otworzyły się na oścież. Wędrowiec przeskoczył biurko i rzucił się na Michalinę. Nie zdążyła się odsunąć, runęła do tyłu razem z krzesłem. Twarz mężczyzny znalazła się tuż przed nią. Już nawet nie próbował mówić, po prostu zaskrzeczał. Oczy zrobiły się jeszcze bardziej czarne, jak sadzawka ze smoły, jak topiel bez dna. Wąskie usta zmienił się w ptasi dziób, zbliżając się niebezpiecznie do oczu Michalony. Zacisnęła powieki, czuła jednak sugestię czegoś ostrego na skórze. Wstrzymała oddech. Coś syknęło wściekle, mężczyzna–ptak znów zaskrzeczał, tym razem jednak nie bezpośrednio nad jej uchem. Nieco dalej. 

– Wstawaj – Głos Magmy rozległ się tuż przy jej uchu. 

Misi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Otworzyła oczy, tylko po to, by zobaczyć, jak Promyczek – ruda kula nienawiści – rozdrapuje twarz domniemanego wykładowcy. Mitra stał w progu, jego dłonie jaśniały w półmroku korytarza. 

– Zabierz go stąd – Popatrzył na kota. – Nie chcę mu nic zrobić. Za bardzo się miotają. 

Misia skinęła głową. Podniosła się na miękkich nogach, opierając się o ramię Magmy, żeby odzyskać równowagę. Znów zaczerpnęła z cienia i zacisnęła ciemną masę w dłoni. Policzyła do trzech, po czym rzuciła się ku walczącym. złapała szarpiącego się kota za kark i pochwyciła w objęcia, nie dbając o ostre pazury i wściekłe prychnięcia.

– Nie waż się nawet tknąć mojego kota! – ryknęła, dostrzegając, że uwolniony wędrowiec czai się już na wtulonego w nią Promyka. Cisnęła w niego smugą lepkiej czerni. – Nie ma! Łapy z daleka! Mitra, teraz!

Mitra posłuchał, po prostu uwalniając z dłoni strugę świetlistej energii. Huknęło. Błysnęło. Zasyczało. Kot wystrzelił z ramion Misi i pomknął gdzieś w kąt korytarza. Gabinet wypełnił się duszącym dymem, a tam, gdzie przed chwilą czaił się wędrowiec, pozostał jedynie smętny krąg popiołu. Zawyły wykrywacze dymu. 

– Chodźmy – mruknęła Magma, ciągnąc i Misię i Mitrę za sobą. – Wiejemy. Henrietta zawsze opowiadała, że pan profesor od poezji to lubi sobie czasem po cichu zapalić fajkę w gabinecie, będzie na niego. 

Zdążyli pokonać prawie pół piętra, gdy Magma zawróciła, złapała wciąż przyczajonego w kącie kota i posadziła sobie na ramieniu 

– Dobra robota – mruknęła. 

– Miau – odparł Promyk, ocierając się łebkiem o jej policzek. 

– Sfajczyliśmy wykładowcę w gabinecie – wymamrotała Misia, opierając się o ścianę klatki schodowej i osuwając po niej na wyłożoną kafelkami posadzkę. – Ja przecież nigdy nie zdam tego egzaminu – stwierdziła, może nieco płaczliwie. W dłoni wciąż ściskała swój cudem ocalony indeks. 

***

Potrzeba było dwóch koców, dużej ilości herbaty z sokiem i chyba pięciu rund dziwnej, wymyślonej przez Magmę i jej siostrę gry, by Misia jakoś doszła do siebie po wydarzeniach na uczelni. Najszybciej doszedł do siebie kot, który już na etapie robienia herbaty wyszedł spod łóżka i zaczął ocierać się o nogi wszystkich zebranych i domagać się głaskania. Mitra rozgadał się nieco, opowiadając o odwiedzanych krainach i wraz z Magmą odgrywając spotkania z niesamowitymi postaciami z wielkich arkanów tarota. Misia z początkowo milczała, głównie się przysłuchując. W swojej kolejce ograniczyła się do bardzo konkretnego opisu miasta nad brzegiem morza. Rozkręciła się trochę dopiero wypytując zawieszony nad morskimi falami księżyc o miejsce pobytu pozostałych graczy. Wdała się nawet w dyskusję mocno inspirowaną dziełami wybranymi Szekspira, a Magma dzielnie dotrzymywała jej kroku, wykazując się wiedzą na poziomie zdecydowanie bardziej akademickim niż licealnym.

– Mama jest tłumaczką – wyjawiła po zakończeniu sceny, widząc nieco zaskoczone, pełne uznania spojrzenia współgraczy. – Przyjęłam uderzeniowe dawki literatury angielskiej zanim jeszcze miałam jakikolwiek wybór. 

– Dawaj mi korepetycje, proszę – mruknęła Misia. –  Może wtedy będę miała jakieś szanse. 

– Moim zdaniem zupełnie nie ma potrzeby – zapewniła Magma.

Misia westchnęła cicho. 

– No wiem. Najgorsze, że jak siebie słucham, to bym nawet zdała na egzamin – mruknęła Misia, gdy scenka dobiegła końca. – Gdyby nie tamten król imprezy. Ja mam nadzieję, że on serio zabalował i nie przyszedł – Wzdrygnęła się mimo woli i mocniej otuliła się kocem. – A nie że go dorwał tamten. Nie chcę zawalić roku bo mój niby–adorator zjadł wykładowcę, żeby zaaranżować spotkanie

Magma zerknęła na nią ze współczuciem.

– Na pewno zabalował – pocieszyła ją. – Henrietta mówi, że oni wszyscy tam są specyficzni. I że to by się zgadzało i mieściło się w jego zakresie. 

Nie ciągnęli tematu, grali dalej. Dopiero kiedy cała drużyna zdołała się odnaleźć w mieście opisywanym przez Mitrę jako Królikarnia, Magma odważyła się zadać pytanie; 

– Ale to w sumie oznacza, że się udało, tak? Z tym wędrowcem–ponurakiem? Już nie będzie problemem? 

– Nie – Misia uśmiechnęła się słabo. – Raczej nie. Tak mi się wydaje. Mitra…? 

– No tego akurat wujek zdążył mnie nauczyć – Młody mag wzruszył ramionami. – Żeby się z nimi nie cackać tylko od razu z grubej rury. Jak to nie zadziałało, to już nie wiem. 

Magma milczała przez chwilę, najwyraźniej przymierzając się do kolejnego trudnego pytania. 

– A wiadomo co no… – Przełknęła ślinę. – Co z..

– Nie – Misia potrząsnęła głową. – To znaczy nie no, wiadomo tyle, że nie wróci i nie ma sensu jej szukać. Przykro mi. Jakby, wiem, że ją lubiliście. I że była dobrą nauczycielką. 

Milczeli przez dłuższą chwilę, próbując jakoś przyzwyczaić się do tej myśli. Magma po prostu wbijała wzrok w szybę, jakby spodziewała się tam kogoś dostrzec.

– Wychodzi na to, że stanowicie zupełnie zgrany zespół – spostrzegła ostrożnie i trochę drżącym głosem. – Pokonaliście mojego ponuraka. I nawet ładnie wam poszło. 

– Nam – poprawiła Misia. – Też tam byłaś. I… to ty wpuścilaś kota do gabinetu, prawda? Nie widziałam, bo… – Wzdrygnęła się na wspomnienie ptasiego dzioba tak blisko swojej twarzy. 

– Nie chciałam mu zrobić krzywdy! Wzięliśmy go, bo pani Krystyna mówiła, że strasznie się awanturował i słychać go było na całej klatce. Coś mnie tknęło jak wracaliśmy ze szkoły, że skoro jest wykładowcą, a tym masz mieć dzisiaj ten egzamin… Polecieliśmy cię ostrzec, ale już zdążyłaś wyjść z domu, więc wzięliśmy kota i biegiem na uczelnię.

– Dobrze, że zostawiłaś u cioci zapasowe klucze – mruknął Mitra. 

– Dzięki – odparła po prostu Misia. – Serio, dzięki. Zeżarłby mnie tam, gdyby nie te słoneczne zajączki i kot. 

– Nie ma sprawy – Mitra posłał jej dodający otuchy uśmiech. – Jesteśmy zespołem. Trzymamy się razem.  

– Ktoś mi tu niedawno mówił, że nie chce pod żadnym pozorem współpracować z innymi magami – zakpiła Misia. 

Chłopak speszył się nieco i wzruszył ramionami. 

– Nie jesteście innymi magami. Jesteście rodziną. 

Na dowód tego kot postanowił wpakować się między nich i rozpłaszczyć na podłodze między talią kart i kostkami. 

Zaczęli zbierać się od Misi dopiero późnym wieczorem. Po drodze przeżyli jeszcze nalot Krystyny Malinowskiej i tłumaczenie jej, że wszystko jest w porządku. Nie, nowa znajoma z Rodzinnych Ogródków Działkowych Nostalgia nie zamierza ściągać go na złą drogę. Tak, jak najbardziej, Misia zamierzała go pilnować. Tak, być może była trochę blada, musiała odespać cały weekend nauki. Nie, chyba tym razem też nie udało jej się zdać, może w sesji letniej. 

– Poczekaj – poprosiła Miśka, gdy Magma zakładała już buty. Piętro niżej Mitra żegnał się ze swoją opiekunką, odbierając wałówkę z jedzeniem i życząc dobrej nocy. – Jedna sprawa. 

Magma zamrugała, nieco zaskoczona, nieco onieśmielona. 

– Tak? 

– Nie powiedziałam całej prawdy wcześniej – wyznała Misia, opierając się o framugę drzwi. – Odnośnie twojej nauczycielki. Została zabrana w jedno z tych miejsc, z których przychodzą wędrowcy. Jedno z miejsc, o których wspomniał Mitra. I jest tak, że nie ma sensu jej szukać albo starać się, żeby wróciła. Bo nie wróci – wzdrygnęła się lekko na wspomnienie twarzy Franciszka i tych bezdennych oczu. – A przynajmniej nie wróci żeby być sobą w taki sam sposób, w jaki była. Nie ma co na to liczyć i mówię ci to teraz, od razu, żebyś nie dała się temu zwieść. Mogą próbować, inni wędrowcy, później, bo masz najwyraźniej talent do otwierania im drzwi do tego świata. Mogą próbować i mogą cię przekonywać, że jest szansa odzyskać ją, albo kogokolwiek, kogo jeszcze możesz stracić, ale nigdy im w to nie wierz, jasne? Nie daj sobie tego wmówić, nie… nie rób nic głupiego, dobrze?

Dziewczyna przez chwilę spoglądała na nią w milczeniu, na wpół wystraszona, na wpół zatroskana. 

– Z tobą wszystko w porządku? – upewniła się. 

– Tak. Raczej tak. 

– Dobrze. Martwiłam się. 

Mitra wspiął się na półpiętro i zadarł głowę do góry, przyglądając się im w wyczekującym milczeniu. 

– Muszę iść – mruknęła wreszcie Magma, machając do niego na znak, że się zbiera. 

– Pewnie, leć. I no, dzięki za dzisiaj – uśmiechnęła się blado Misia. – Za pomoc. I za później. 

– To ja dziękuję – zapewniła Magma, ruszając w dół schodów. – Za… wszystko. 

Misia oprowadziła ją i Mitrę wzrokiem, po czym – zanim pani Malinowska wymyśliła, że zajrzy do niej na plotki – zamknęła drzwi na wszystkie zamki. Kręciła się przez dłuższą chwilę po mieszkaniu, składając koce i sprzątając to, czego nie zdążyli posprzątać goście. Wreszcie jednak sięgnęła po telefon, usiadła w fotelu i zaczęła przedzierać się przez książkę adresową w poszukiwaniu właściwego numeru. 

– Misia? – Sądząc po intonacji, Jeżyk był raczej zaskoczony jej telefonem. – Co tam w wielkim świecie? 

Westchnęła cicho i trochę drżąco. Nie wiedziała nawet od czego zacząć.

– Misia…? – dopytywał nieco zaalarmowany Jeżyk. – Co jest? 

– Miałam wędrowca na uczelni – powiedziała cicho. 

– Ale wędrowca–wędrowca? 

– Ta. 

– Ale chyba nie próbowałaś brać go sama, co? Wiesz, przecież że… 

– Tak, wiem – Przymknęła oczy i mocniej ścisnęła słuchawkę. – Nie… nie byłam sama. Na szczęście, bo, Jeżyk, on przyszedł po mnie. Musiałabym z nim walczyć tak czy inaczej. 

– Dlaczego? 

– Bo to był Franuś, Jeżyk. To był Franuś. 

Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza tak długa, że przez chwilę myślała, że rozmówca się rozłączył. 

– O cholera – powiedział wreszcie, może niezbyt elokwentnie, ale za to dosadnie. – Mówiłaś już chłopakom? 

– No nie, przecież właśnie mówię tobie. Nie wiedziałam… No obiecałam im, że nie będę się wplątywać w takie historie, ale przecież przyszedł do mnie. Co niby miałam zrobić?

– Wiadomo. Pewnie zrozumieją. Mówiłaś, że nie byłaś sama i ktoś ci pomógł.  Wiesz, co za jedni?

– To… – Misia zawahała się. – To chyba mój nowy krąg. Przepraszam, Jeżyk. Tak to wygląda. 

Jeżyk westchnął cicho. 

– Dzwonisz, bo chcesz, żebym pogadał z chłopakami?

– ….mógłbyś? 

Przez dłuższą chwilę po drugiej stronie słuchawki panowała cisza. Misia musiała aż upewnić się, czy rozmówca się nie rozłączył 

– Jeżyk…? 

– Spróbuję jakoś przygotować grunt. Ale to raczej twoja rzecz, żeby im powiedzieć, że znalazłaś sobie inny krąg, prawda? 

– Pewnie masz rację – westchnęła cicho. – To dziecinne, prawda? Że dzwonię do ciebie? 

– Trochę. 

– Wiesz, jak to jest teraz z chłopakami, no… 

– Wiem. Wciąż dziecinne. 

– Będę kończyć, Jeżyk. Jestem zmęczona. 

– Pewnie, Miśka. Dobranoc. I… miło cię było usłyszeć. 

– Dobranoc, Jeżyk – powiedziała po prostu, przerywając połączenie.

Na swój sposób czuła ulgę. Może i ta historia zaczęła się dziwnie, ale chyba naprawdę miała nowy krąg.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Content is protected !!
Przewijanie do góry