Tło z czaszką w lesie i fazami księżyca – sekcja ocen na stronie Anny Karnickiej

W ogień – część I

– Może jednak ktoś chciałby dzisiaj odpowiadać? Nie? Na pewno? No dobrze.  

Nauczycielka historii, zwana pieszczotliwie Jadziunią, westchnęła, omiotła klasę ostatnim, zrezygnowanym spojrzeniem, po czym otworzyła dziennik. Wodziła palcem po liście uczniów, typując dzisiejszą ofiarę. 

– To może nasz Gabriel? 

Gabryś Heller, lat szesnaście, podniósł się niespiesznie z ławki i powlókł pod zawieszoną obok biurka mapę, doskonale świadom tego, że nic nie wie, nic nie rozumie i nie ma pojęcia, co się dzieje. Wbił chmurne, melancholijne oczy w tablicę i uśmiechnął się nerwowo. 

– No dobrze, chłopcze – Jadziunia odwzajemniła uśmiech, mięknąc nieco pod wpływem tego spojrzenia. Ale tylko nieco. – Po pierwsze nie miej takiej przestraszonej miny. Nikt cię tutaj nie rozstrzela. Bądź tak dobry i opowiedz mi o podbojach Aleksandra Wielkiego. 

Próbował więc. Naprawdę próbował coś tam dukać, wymyślać i meandrować, chociaż bez zbytniego przekonania, całkowicie świadom tego, że nic go nie uratuje. Brnął przez mielizny i wypływał na szerokie wody całkowitej ściemy, nieco zaskoczony tym, że nikt  się nie śmieje i że Jadziunia nawet nie próbuje mu przerwać. Odwrócił wzrok od mapy i zorientował się, że kobieta w sumie nawet na niego nie patrzy. Patrzyła w stronę ostatniej ławki pod oknem, zresztą podobnie jak reszta klasy. 

– Adasiu – odchrząknęła wreszcie. – Bluza ci się dymi. 

– Co?! – Chłopak zerwał się z ławki, kompletnie przerażony i zdezorientowany. Bluza rzeczywiście, nie tylko dymiła, ale też chyba płonęła, delikatnym, błękitnym płomieniem. – Dziecko, coś ty zrobił?! – wyszeptała Jadziunia, zrywając się ze swojego miejsca i biegnąc na obcasach w jego kierunku. – Zdejmuj to natychmiast, zanim się poparzysz. No już, już – poganiała. – Zostaw to, dziecko, nie teraz. Chodź – Ujęła potężnego chłopaka pod ramię. – Idziemy do higienistki! Coś ty w ogóle miał w głowie, co?! Ogniem się bawić?! Na mojej lekcji?!

– Nic… ja przecież nic… No pani profesor – Adam Miśkiewicz, nieco oszołomiony i nieco zbity z tropu rzucił wciąż tlącą się bluzę na podłogę, i wyszedł z klasy, eskortowany przez nauczycielkę i odprowadzany wzrokiem reszty uczniów. 

– Zróbcie proszę notatki z rozdziału czwartego – poleciła Jadziunia, odwracając się do nich w drzwiach, z miną na wpół groźną na wpół przerażoną. – Zaraz wrócę, tylko dopilnuję, żeby nasz Adaś nie podpalił się na korytarzu. Nie wiem jak w ogóle… 

Ostrożnie zamknęła za sobą drzwi klasy, 

Gabriel jeszcze przez dobrą chwilę stał pod tablicą, z miną jelonka uwięzionego na środku autostrady. Ostatecznie uznał, że w takim razie jego trud chyba skończon. Usiadł na swoim miejscu, blady, ale nieco bardziej spokojny o swój los. Zerknął na dzielącego z nim ławkę Aleksa. 

– No co za pech, stary – mruknął Aleks, rozsiadając się wygodniej na swoim miejscu. – Że też się debil musiał podpalić akurat jak odpowiadałeś. 

Gabryś zamrugał. 

– Widziałeś w ogóle co się stało? I jak w ogóle…? 

– Kupił se debil nową bluzę – Aleks wzruszył ramionami. – Chciał sprawdzić, czy oryginał, czy podróbka. Próba ognia wskazała na to, że jednak podróbka. 

– I nie miałeś z tym zupełnie nic wspólnego? 

– Nie no, czemu miałbym? – Aleks lekko szturchnął go łokciem w bok i uśmiechnął się, wyraźnie zadowolony z siebie. Gabriel również się uśmiechnął, chociaż bez przekonania. Obaj doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że niezależnie od faktycznej winy, koledzy Miśkiewicza z ostatnich ławek obserwowali ich i wiedzieli swoje. Landryn podnosił się już, by ruszyć w ich kierunku, kiedy w progu klasy stanął Rzeźnik. Wzbudzający powszechny lęk i respekt nauczyciel chemii najwyraźniej dał się jakoś przebłagać Jadziuni i zgodził się przypilnować klasy, podczas gdy historyczka ciągała Miśkiewicza po higienistkach, wychowawcach, pedagogach i dyrekcji.  Nauczyciel ignorował ich całkowicie, pochłonięty sprawdzaniem swoich klasówek i tylko chrząkał, kiedy rozmowy robiły się zbyt głośne i zbyt rozpraszające. Skrobały długopisy, trzecia klasa w czarno-białych strojach gimnastycznych grabiła liście na podwórzu, potupując i drżąc z zimna. Październikowe popołudnie, mimo grzejącego przez szyby słońca, było zaskakująco chłodne. 

Gabriel i Aleks nie musieli nawet na siebie patrzeć by wiedzieć, że szybka ewakuacja jest kluczem do przetrwania. Przezornie spakowali więc książki i długopisy, zapięli plecaki i czekali.  

Dzwonek zawibrował w powietrzu i trzydzieści pięć młodych dusz zerwało się z krzeseł.  Niemal w tym samym momencie otworzyły się drzwi kilku innych klas, wyrzygując kolejne fale nastolatków. Na ciasnym korytarzu niemal natychmiast zrobił się korek i Gabryś stracił Aleksa z oczu. Zdołał dotrzeć do połowy klatki schodowej, gdy dotarły do niego odgłosy awantury. 

– Taki jesteś cwany, co? – warczał ktoś, chyba tuż przy schodach. Uczniowie przepychali się w tamtą stronę, najwyraźniej próbując za wszelką cenę dowiedzieć się, co się dzieje. – Wariatów próbujesz z nas wszystkich zrobić?! Przecież wiem, że to ty. To zawsze jesteś ty. 

Coś trzasnęło. Coś chrupnęło. Ktoś zawył. A później rozległ się cichy, spokojny głos Aleksa. 

– Może będzie lepiej, jak też pójdziesz  do pielęgniarki? Ten nadgarstek wygląda na zwichnięty. 

Gabryś westchnął. To by było na tyle, jeśli chodzi o wychodzenie ze szkoły niepostrzeżenie.

***

W pobliżu willi zwolnili kroku i zaczęli się uważniej rozglądać. Nasłuchiwali. Wypatrywali samochodów o znajomych rejestracjach. Ławkę przed sąsiadującym z willą sklepem monopolowym jak zwykle okupowała grupka pijaczków. Aleks zbliżył się do nich i skinął głową na powitanie. 

– Wujek był? – spytał, zerkając znacząco na sklep. 

– Ano był – odparł najprzytomniejszy ze stałych bywalców. 

– Kupował? 

– Całą kratę. Nawet się dorzucił kilka złoty do flaszki. 

– Dziadki przyjechały? 

– Chyba tak – odparł mężczyzna, czkając lekko.  – Nazjeżdżało się samochodów. Ale raczej jest spokojnie. Siedzą, piją. Tośka ich pilnuje, żeby nie robili cyrków. 

Mężczyzna podrapał się po porośniętym szczeciną policzku i przesunął wzrokiem po stojących przed nim nastolatkach. W jego oczach Gabryś dostrzegł współczucie, którego wcale nie chciał tam widzieć. 

– Marzenka robi ciasto. Może chcecie zajrzeć? Szarlotka chyba, bo jabłka wcześniej zrywała. 

– Fajkę odstąpicie? – zaryzykował Aleks, najwyraźniej w przeciwieństwie do Gabriela nie mając nic przeciwko współczuciu i żerowaniu na nim. 

Towarzystwo spod sklepu zaśmiało się, cicho i raczej posępnie. 

– Za młody jesteś i za mały – spostrzegł wreszcie rzecznik całej bandy. 

– Małe są walizki, a ja jestem niski – odgryzł się Aleks. 

Odpowiedział mu kolejny wybuch śmiechu, w tym śmiechu czaiło się jednak uznanie. 

– No to tym bardziej – zadecydował rzecznik. – Nie urośniesz. Ale tym ciastem to ja bym się na waszym miejscu zainteresował. 

– Chodź – mruknął Gabryś, łapiąc Aleksa pod ramię. 

Marzenka owszem, upiekła szarlotkę. Kiedy przyszli, właśnie wystawiała ją z piekarnika na kuchenny parapet. Nie spytała nawet, czy chcą herbaty. Po prostu zgarnęła ze stołu rozłożonego pasjansa. Postawiła przed gośćmi dwie laboratoryjne zlewki, nalała esencji z dzbanka i uzupełniła wrzątkiem. Ukroiła kilka kawałków ciepłego jeszcze ciasta i przełożyła na talerz. Krzątała się po kuchni w poszukiwaniu łyżeczek i miodu, z wałkami we włosach, w kwiatowej podomce i z papierosem w pomalowanych szminką ustach. 

– To z fabryki? – zaciekawił się Aleks, obracając zlewkę w dłoni. 

– Mhm. Brat wczoraj wyniósł z laboratorium, po tym jak ktoś – Kobieta zmierzyła kota nienawistnym spojrzeniem. – Spanikował i wytłukł całe szkło. 

– A dałoby się takich więcej? – drążył Aleks. – W sensie, wynieść? Albo probówek? 

– Jeszcze czego – burknęła Marzenka. – Załatwię ci te zlewki, a ty nas pewnego dnia tutaj wszystkich wysadzisz w powietrze. 

– Wszystkich to nie – odparł z ociąganiem chłopak. Zerknął znacząco w stronę okna, na drugą stronę ulicy. Wpakował do ust potężny kawałek ciasta. Gabryś również zaczął jeść, z pierwszym kęsem uświadamiając sobie, jak bardzo tak naprawdę był głodny. Marzenka przyglądała im się, z dłońmi opartymi o wąskie biodra. 

– Ale obiad to zjecie, co? – zaproponowała. – Skoro już jesteście? 

Energicznie pokiwali głowami. Zjedli w milczeniu, od czasu do czasu zerkając tylko przez okno na ulicę. Zjedli też ciasto, pewnie. Gospodyni towarzyszyła im, od niechcenia głaszcząc ogromnego, czarnego kota – winowajcę niedawnego pogromu szklanek. Kot od niechcenia szturchał łapą kłębek wełny, wystający z kosza. Obok leżała zaczęta już robótka. 

Kiedy z talerza zniknął już ostatni kawałek ciasta, za oknem gęstniała już ciemność. Na tle gasnącego błękitu nieba i ciemniejszych kleksów chmur straszyły kontury willi. Budynek tonął w ciemności, tylko na parterze paliły się światła. 

– W chińczyka chcecie zagrać? – zaproponowała Marzenka, również wyglądając przez okno. Chcieli. Czy też może raczej nie tyle chcieli, co chińczyk był elementem ciągnącej się od lat gry w udawanie, że u nich wszystko jest w porządku. Grali, od czasu do czasu zerkając przez okno. Ulicę co jakiś czas rozświetlały światła samochodów. 

Tak naprawdę nie byli do końca pewni, czym Marzenka się zajmuje. Zdawała się mieć jakoś nieskończenie dużo czasu, jak na kogoś, kto skończył szkołę kiedy Gabryś i Aleks dopiero chodzili do podstawówki.Trochę wróżyła z kart. Trochę dorabiała, opiekując się dziećmi. Czasem kręciła włosy i wychodziła do miasta, nic nikomu nie tłumacząc. Czasem nie wracała przez kilka dni. Tak naprawdę wiedzieli o niej tyle, że mieszka po sąsiedzku, nie przepada za Tośką, posiada bardzo znerwicowanego kota. Zazwyczaj starała się mieć dla młodszych sąsiadów coś ciepłego do zjedzenia, albo chociaż dobre słowo. Zupełnie tak, jakby ich rozumiała.

– Szalik zgubiłeś – zwróciła się do Gabriela, gdy chłopcy zaczęli już zbierać się do wyjścia. Wzruszył ramionami. 

– Nie szkodzi – mruknął. – Jeszcze nie jest tak zimno, a pewnie gdzieś leży w szatni, czy coś… 

– Wpadnij za tydzień – rzuciła Marzenka, odganiając kota od kosza z robótką. – Będziesz miał szalik. 

– Nie trzeba, naprawdę. 

– Wpadnij. 

Uśmiechnął się do niej z wdzięcznością i skinął głową.

***

Kiedy wrócili do willi, samochodów już nie było, pozostała jedynie porozjeżdżana trawa. Najciszej jak się dało, otworzyli drzwi wejściowe. Aleks niemal natychmiast zniknął w swoim pokoju, Gabryś ruszył ku prowadzącym na górę schodom. Po drodze  trzeba było minąć salon. Drzwi były uchylone i w środku, w jednym z foteli Gabryś dostrzegł starego. Giewont siedział w ciemności, z pochyloną głową, obok niego leżała pusta krata po wódce, kilka butelek stało jeszcze na stole. 

– Te, młody! – zawołał, podnosząc głowę. Wydawał się zupełnie standardowo nietrzeźwy, i z jakiegokolwiek powodu, wyraźnie przybity. Może po prostu alkohol go rozmiękczył. – Już uciekasz? Nie pogadasz ze staruszkiem? 

Gabryś wymamrotał coś o lekcjach i sprawdzianach, ale niespecjalnie przekonująco. Dla Giewonta to nigdy nawet nie leżało w sąsiedztwie argumentów. 

– Weź sobie tym nie zawracaj teraz głowy – poradził, dźwigając się od stołu. – Mamy większe problemy. Cho no ze mną na moment. 

Przetoczył się przez korytarz i ruszył ku drzwiom wyjściowym. Zatrzymał się w progu i odwrócił się do Gabrysia. Potężna sylwetka wypełniała cały ciemny kwadrat drzwi. 

– Idziesz? – ponaglił. 

Gabryś ruszył w jego stronę, przekonany, że nie wyniknie z tego raczej nic dobrego. 

Usiedli na ławce na ganku. Przez dłuższą chwilę mężczyzna po prostu wpatrywał się w niebo, usiane pierwszymi, jesiennymi gwiazdami.  Przypominało ciemne wody jeziora, z wyspami chmur.  Wokół, na ulicy, panował całkowity spokój. Wreszcie Giewont westchnął cicho i zerknął na siedzącego obok podopiecznego. 

– Fajne z was dzieciaki – orzekł. – Jak mnie namawiali, żebym was dwóch wziął do siebie, to z początku nie chciałem, miałem już przecież Tośkę, a ona jest… Tośką. Niezła z niej cholera, po co mi było więcej. Ale chyba nie jest wam tutaj tak źle, co? Macie co jeść, macie się w co ubrać, zaprzyjaźniliście się z naszą Marzenką. Tylko nie możesz ty coś znaleźć swojego miejsca, co, chłopaku? 

Gabryś rzucił mu pytające spojrzenie, nic jednak nie powiedział. 

– Mieliśmy dzisiaj małą pogadankę – przyznał mężczyzna. – Na twój temat. 

– Och? 

– Tośka już w sumie odchowana, nawet już jej wolno słuchać naszych rozmów. Aleksa jakoś udało nam się rozgryźć, zresztą głównie dzięki niej. Tylko ty się ociągasz i dalej nie wiemy, co w tobie siedzi. Znasz mnie przecież, ja jestem po twojej stronie. I ja wiem, że masz coś, co jest twoje i tylko twoje, tylko jeszcze tego żeś nie znalazł. I że może to wcale nie jest takie łatwe do znalezienia i skoro żeś nie znalazł przypadkiem ani do ciebie nie przyszło, to pewnie potrzebujesz trochę więcej czasu. I tutaj się, chłopaku, pojawia problem.

Przez chwilę obaj siedzieli w milczeniu. Giewont wyciągnął z kieszeni bojówek paczkę papierosów. Zapalił, zaciągnął się i wydmuchał chmurę dymu prawie w twarz Gabrysia. 

– Jest tak – podjął, z wyraźnym wysiłkiem. Starał się ostrożnie dobierać słowa, co wcale nie było łatwe, biorąc pod uwagę ilość spożytego alkoholu. Dziw, że w ogóle udało mu się dość składnie mówić. – Że ja cię nie mogę tak cały czas tłumaczyć przed nimi. Chcą widzieć rezultaty. I nie chcą, żeby się tu plątał ktoś, kto nie ma nic, co by można było… doskonalić. Uważają, że trzymając cię tutaj, marnuję czas nas wszystkich. Jest tyle dzieciaków, które zaczęły już przejawiać dość duży potencjał, ale u nikogo z nas nie ma dla nich miejsca, bo… Bo jesteś. Zajmujesz przestrzeń. Rozumiesz mnie, prawda? Rozumiesz, w jakiej sytuacji jestem?  

Gabryś bardzo powoli pokiwał głową, chociaż tak naprawdę rozumiał z tego wywodu coraz mniej. 

– I dlatego – Giewont lekko poklepał go po ramieniu. – Następne zebranie jest za miesiąc. Uzgodniliśmy, że jeśli do tego czasu nic się nie wydarzy, to… – Nerwowo potarł ogromną dłonią materiał wysłużonych, wojskowych bojówek. – To przykro mi, chłopaku. Życie jest życie. Ale może ugadasz się z Marzenką. Ona też kiedyś… – zawahał się. – Też się co do niej pomyliliśmy. Szkoda – zadumał się. – Chociaż też cholera, jak i Tośka. 

Gabriel odchrząknął. Zebranie myśli wydawało się nagle jakoś strasznie trudne. 

– Ale może dałoby się… może mógłbyś mi chociaż wytłumaczyć, o co chodzi? – spytał. – Ja przecież też bym chciał. Coś zrobić. Tylko przecież muszę wiedzieć co. To nie jest fair, jeśli nie wiem, czego ode mnie oczekujecie.

Giewont zaśmiał się cicho i był to śmiech zdecydowanie ponury. Podniósł się z ławki. Odgasił papierosa o drewniane oparcie.

– Żeby to było takie proste, chłopaku. – Lekko pokręcił głową. – No to przecież bym ci powiedział. Po prostu…. – zawahał się. Obrzucił podpiecznego spojrzeniem lekko przekrwionych oczu. – Postaraj się to w sobie znaleźć. Udowodnij nam, że się co do ciebie nie omyliliśmy, chłopaku. To przecież nie jest aż tak dużo, po prostu chcę, żebyś się trochę wysilił. 

Jakby nigdy nic wstał i wszedł do środka, zostawiając oszołomionego Gabrysia na ganku. 

Mógłbyś też na przykład, pomyślał chłopak, nawet się za nim nie obracając, powiedzieć im, że się nie zgadzasz i mam zostać, skoro niby takie fajne z nas dzieciaki. 

Nie był pewien, ile tak siedział, wpatrując się w ciemne niebo. Noc przyniosła ze sobą zimno i każdy wypuszczany z płuc oddech zmieniał się w parę. Zajęło mu dobrą chwilę by dostrzec, że ktoś podtyka mu pod nos otwartą puszkę z piwem. 

– Chcesz? – spytał Aleks, jakby nigdy nic siadając obok. 

– Skąd masz? – Gabryś przejął z jego dłoni puszkę. 

– No przecie nie ze sklepu – uśmiechnął się chłopak. – Już zamknięte, nie jestem taką szują, żeby się sąsiadom włamywać, to dobre chłopaki są. Staremu zwinąłem. 

– Dzięki – Gabryś przysunął puszkę do ust i przechylił. Piwo intensywnie smakowało chmielem, do tego stopnia, że właściwie nie bardzo dało się poczuć jakikolwiek inny smak. Takie chyba Giewont lubił pijać najbardziej. 

Aleks przyglądał mu się przez chwilę z troską. 

– Wszystko ok? 

– Ta. 

– Słyszałem, o czym gadaliście.

Gabryś  upił jeszcze kilka gorzkich, w gruncie rzeczy obrzydliwych łyków i oddał puszkę towarzyszowi. Alkohol wyprawiał dziwne rzeczy w ściśniętym żołądku. Jednocześnie mroził i rozgrzewał. Rozluźniał i ściskał wszystko w środku jakoś bardziej. 

– O co mu właściwie chodzi? – spytał, wciąż spoglądając w niebo. – Mówił, że cię już rozgryźli. I że Tośka im pomogła.

– Pojęcia nie mam – odparł gładko Aleks. – Ale ej, weź no. Nie becz mi tu teraz. Nie ma sensu. 

– Nie beczę – obruszył się Gabryś. – Wkruwił mnie, tyle. 

– Świętego by wkurwił – zgodził się Aleks. – Znasz go przecież. Pochla się z tymi swoimi dziadkami, pokłóci się z nimi i musi o tym potruć, i mało go obchodzi, czy chcemy go słuchać, czy nie. 

– Powiedział, że cię rozgryźli – powtórzył Gabryś. – A mnie dali miesiąc, chociaż nie mam pojęcia na co.

– Głupie gadanie. 

– Aleks, no. Nie leć ze mną w ściemę. 

– Nie lecę. 

– A ta akcja z Miśkiewiczem dzisiaj? – dopytywał Gabriel. 

– No przecież powiedziałem ci, że nic mu nie zrobiłem. Serio, nic. Dobrze mu tak, życzyłem mu z całej siły, ale no przecież nie miałem jak go sięgnąć. Nawet na niego nie spojrzałem. Nie miałbym jak się do niego dobrać, no. Ktoś by przecież zauważył. Co żeś się tak tego uczepił? 

– Bo to dziwne. To debil, ale nie na tyle, żeby się bawić zapalniczką na lekcji.

Aleks skwitował to cichym prychnięciem, bardzo stanowczo dając do zrozumienia, co sądzi o ogólnych kompetencjach Miśkiewicza. 

Siedzieli w milczeniu, patrząc na księżyc. Niby piwo było dopite mogli wracać do środka, zamiast marznąć, żaden jednak nie chciał zebrać się pierwszy. 

– A ty jak się w ogóle czujesz? – zainteresował się Gabriel. – No wiesz, po tej bójce? 

– Weź, daj spokój, już prawie zapomniałem. Może i masz rację. 

– Hmm? 

– Może i rzeczywiście coś jest na rzeczy z tym całym Miśkiewiczem. 

– Myślisz? 

Od strony lasu ciągnął lodowaty, listopadowy powiew, liżąc ręce i odsłonięte karki. Księżyc schował się za chmurami.

– Zwykle to Landryn jest bardziej wyrywny – Aleks zgniótł pustą puszkę w dłoni. – Miśkiewicz się go trzyma bo sobie przekalkulował, że lepiej się trzymać z nim, niż mieć z nim kosę. Wcześniej jak coś się działo, to Landryn był pierwszy do bitki i jak on wymiękał, to Miśkiewicza już tam dawno nie było, bo dał w długą. A dzisiaj cisnął jak szatan. Nie spodziewałem się, że ma takiego kopa

– No wiesz. Nowa, ukochana bluza. 

– Którą sam sobie pewnie próbował podpalić, kretyn jeden. Z oczu go nie spuszczę, dopóki się nie dowiem, skąd mu się wziął taki agresor. Obserwujemy go razem? – zaproponował, zerkając na Gabriela. – Wiesz, na zmianę, czy coś? Hej – Zorientował się, że towarzysz zupełnie go nie słucha, zaryzykował więc szturchnięcie w ramię, by jakoś przywrócić go rzeczywistości – Jesteś tutaj? Słuchasz mnie w ogóle? 

Gabriel wzdrygnął się. Oderwał wzrok od coraz bardziej zasnutego chmurami nieba. 

– Zawsze mógłbym po prostu uciec – wypalił, niespodziewanie chyba również dla siebie. -Ty też byś mógł. Razem byśmy mogli. 

Aleks przez dłuższą chwilę rozważał ten pomysł, i to chyba nawet zupełnie poważnie. 

– Nie no – Ostatecznie tylko wzruszył ramionami. – Marzenka by mnie raczej nie przygarnęła. Ona się mnie chyba boi, czy coś. 

– Moglibyśmy wyjechać gdzieś dalej. Nie wiem, złapać stopa w góry. Albo nad morze. To nie jest tak, że ktoś by nas jakoś szczególnie szukał. 

Aleks uśmiechnął się i z tym zmęczonym uśmiechem było mu zadziwiająco do twarzy. Pokręcił głową, najwyraźniej nie do końca przekonany co do kwestii ewentualnych poszukiwań, lub ich braku. Może wciąż chciał myśleć, że są cenniejsi i bardziej potrzebni niż w rzeczywistości. Że kogokolwiek obchodzą. 

– Znasz mnie przecież, Gabryś – powiedział tonem, który można by uznać za żartobliwy. – Za tobą to nawet i w ogień. 

Owszem, zabrali się za obserwowanie Miśkiewicza, początkowo nawet z wielkim entuzjazmem. Aleks większość przerw spędził ukryty za wyłomem korytarza, z mieszaniną grozy i podziwu patrząc, jak rzeczony Miśkiewicz bez szczególnego entuzjazmu podjada chipsy cebulowe, maczając je w przywleczonym z domu słoiku z kremem orzechowym.

– Starych nie ma – tłumaczył Miśkiewicz, ilekroć napotkał zdumione spojrzenia kolegów z klasy, plując przy tym okruchami na lewo i prawo. – Jem co zostawili.

Nikt jakoś nie komentował, tylko Aleks nie spuszczał z niego czujnego spojrzenia. 

Następnego dnia Miśkiewicz podczas przerwy wyciągnął z plecaka puszkę mokrej karmy dla kotów i zaczął pochłaniać zawartość z taką samą obojętnością, z jaką wcześniej jadł chipsy.  Gabryś po prostu siedział, z pół-otwartymi ustami, raz po raz trącając Aleksa łokciem, tego dnia jednak Aleks zdawał się nie zwracać na to kuriozum większej uwagi. Od samego rana był milczący i niespokojny. Prawie się nie odzywał, i zupełnie nie koncentrował się na lekcjach, nawet na ukochanej chemii, nie mówiąc już o obserwacji Miśkiewicza i jego menu. Głównie siedział, spoglądając nieobecnym wzrokiem w okno, a usta zaciskał w wąską kreskę. Gabriel kilka razy pytał go, czy nie jest chory, odpowiedzi były jednak bardzo lakoniczne i wymijające.

Dopiero wracając ze szkoły Gabriel przypomniał sobie odgłosy awantury dochodzące z kuchni, gdy był już na granicy snu. Nie był wtedy pewien, kto się kłócił, na pewno słyszał Giewonta – głównie dlatego, że zawsze najbardziej było słychać Giewonta – nie miał jednak pewności, kto padł ofiarą jego paskudnego nastroju.

– Stary ci jednak coś nagadał? – upewnił się, gdy brnęli do willi przez deszcz, słotę i po-fabryczne nieużytki. – Jadzia coś mówiła, że miała dzwonić do starych w sprawie tamtej bójki. Pojęcia nie miałem, że się dodzwoniła, on przecież ciągle na telefonie ze swoimi. Dziwne, że ode mnie nic nie chciał, ale może uznał, że już dostałem na zapas, czy coś. 

Aleks tylko wzruszył ramionami. Ewidentnie nie miał ochoty rozwijać tematu. 

– Aleks, no – nalegał Gabriel. – Stary to stary. On tak ma przecież, że to jest loteria, i na kogo padnie na tego opierdol. Ostatnio jak mi nagadał, to siedziałeś ze mną, nie? I próbowałeś pocieszyć.

Odpowiedział mu blady, dość roztargniony uśmiech. W oczach czaił się gorączkowy ognik. Aleks przyspieszył kroku, wcisnął dłonie w kieszenie zdecydowanie zbyt cienkiej jak na tę porę roku kurtki.

– Chciałbym ci pomóc – powtórzył nieco ciszej Gabryś.

– Pomagasz.

– Ej – Gabriel również zaczął iść nieco energiczniej, by nadrobić dzielącą ich odległość. – A może nie wiem, chciałbyś u mnie dzisiaj posiedzieć i posłuchać muzyki? Ten typ z równoległej klasy zgrał mi kilka nowych rzeczy na płytę. Powinno dać się odtworzyć na tym rzęchu co stoi u mnie w pokoju.

Aleks uśmiechnął się smutno i może trochę przepraszająco.

– Dzisiaj to ja chyba raczej pójdę spać.  Chyba rzeczywiście po prostu coś mnie łapie.

– Pewnie – Gabryś uśmiechnął się, jak miał nadzieję, pocieszająco i dodająco otuchy. Weź zajrzyj na strych, do Tośki, ona zwykle ma jakieś rzeczy na katar.

Towarzysz popatrzył na niego, całym sobą i każdym jednym spiętym mięśniem dając do zrozumienia, że ta myśl jest mu wyjątkowo wstrętna.

– Odeśpię – rzucił po prostu, spoglądając na zaciągnięte chmurami niebo. Lało w najlepsze, naciągnął więc kaptur bluzy głębiej na głowę. – Śniło mi się, że jestem gruzem – wyznał niespodziewanie.

Gabryś aż zamrugał.

– Co?

– Już nic. Nieważne.

Resztę drogi do willi pokonali w ponurym, zrezygnowanym milczeniu. 

***

Dni robiły się coraz krótsze i coraz bardziej listopadowo zamglone. Za oknem wirowały ostatnie, opadające z wiekowych drzew liście, rozczapierzone gałęzie zdawały się drapać powierzchnię chmur. Krople deszczu spływały po szybie, zlewając się w wąskie strugi, Aleks wciąż milczał, blady i rozgorączkowany, a Gabryś wciąż nie był w stanie wymyślić żadnego sposobu, żeby go pocieszyć lub chociażby dowiedzieć się co go gryzie. Dzielił swój czas na próby podniesienia towarzysza na duchu a obserwowanie Miśkiewicza, który do końca tygodnia zdążył przetestować chyba wszystkie smaki kociej karmy, poczynając od kurczaka, przez wołowinę, na tuńczyku kończąc, w piątek zaś przerzucil się na karmę suchą. Zawartość każdej puszki i saszetki konsumował z tym samym, obojętnym wyrazem twarzy. Podobnie reagował też na szkolne obiady oraz kanapki i owoce przynoszone przez wyraźnie przejęte jego sytuacją żywieniowo-rodzinną koleżanki z klasy.  Na lekcji biologii Gabryś był niemal pewien, że chłopak próbuje zjeść wydłubaną cyrklem z doniczki ziemię z kwiatków. Wydawało się, że po prostu pochłania wszystko, co znajdzie się na jego drodze z tą samą metodyczną obojętnością. Oddawał się tym obserwacjom trochę dlatego, że rzeczywiście zgadywanie, co jeszcze Miśkiewicz postanowi zjeść było fascynującą grą, trochę po to, by oderwać się od nudnych lekcji, jesieni i troski o Aleksa. I może trochę dlatego, że po prostu bardzo chciał owemu Aleksowi pokazać, że traktuje plan obserwacji poważnie i dba o ich wspólny projekt, jak dziwny by nie był.

Sobotę i niedzielę Aleks przesiedział w swoim pokoju, strategicznie chroniąc się przed światem pod kocem i tłumacząc się, że musi odchorować. Gabryś siedział z nim trochę, nawet przyniósł ze swojego pokoju działający siłą rozpędu radiomagnetofon, spotkało się to jednak z umiarkowanym entuzjazmem, po jakimś czasie więc skapitulował. Aleks zamknął się w sobie na dobre, siedział pod kocem, coś pisał. Wieczorami, zasypiając, Gabriel słyszał podniesiony głos Giewonta, nie miał jednak pewności, czy ten gniew jest kierowany do słuchawki, czy któregoś z domowników, a Aleks zdecydowanie nie zamierzał się tym dzielić, był po prostu coraz bledszy i coraz bardziej nerwowy.

W poniedziałek plan dalszej obserwacji Miśkiewicza rozbił się o skały rzeczywistości, gdyż Miśkiewicz w szkole się nie pojawił. Brakowało też Łysego i Gnoma – dwóch najlepszych kumpli jego i Landryna. Landryn również się nie pojawiał, ale krążyły ostrożne plotki, że wróci w połowie tygodnia, jak tylko skończy mu się zwolnienie lekarskie. Pozostali nieobecni – jak zdołała prześledzić Jadziunia – żadnych zwolnień jednak nie mieli i w ogóle nie dało się skontaktować z ich rodzicami.

– Zabalowali pewnie – spostrzegł nieco melancholijnie Aleks, spoglądając na puste ławki na tyłach klasy. – Jeden problem mniej, czy coś.

– Ta – Gabryś pokiwał głową z pozorną obojętnością i wyciągnął podręcznik, szykując się na dwie godziny polskiego. Zerknął na nabazgraną na pierwszej stronie karykaturę polonisty, nic jednak nie mogło odegnać ciężaru w sercu i poczucia, że ten ciężar z każdą chwilą ciągnie go w dół, ku pokrytej zakurzonym linoleum podłodze

Na drugiej przerwie, pod salą od matematyki dopadła go Kosa, przyjaciółka Landryna i Miśkiewicza. Ewidentnie dokładnie to sobie obliczyła i wyczekała moment, kiedy Gabryś był pod klasą sam, zajęty panicznym odpisywaniem pracy domowej. Aleks rozmawiał kawałek dalej z Rzeźnikiem, nauczycielem chemii, większość klasy zaś, spragniona cukru udała się do szkolnej kantyny.

– Heller, mamy do pogadania – obwieściła Kosa, rzucając na kartki zeszytów złowrogi cień. Gabryś oderwał się od równań i dostrzegł najpierw zielone glany z namazanymi korektorem białymi kwiatkami, a później całą resztę Kosy: sięgającą kostek czarną spódnicę, czarną bluzkę, skórzaną kurtkę, plecak-kostkę z absurdalną ilością naszywek i półdługie, włosy, z grzywką częściowo przysłaniającą twarz. Szare oczy Kosa podkreśliła czarną kredką, na pohybel światu i nauczycielom.

– Mamy? – upewnił się, przełykając ślinę. Zamknął zeszyty i wstał. Kosa prawie dorównywała mu wzrostem, głównie dlatego była taka przerażająca..

 – Chodź – rozkazała po prostu i pomaszerowała korytarzem w stronę klatki schodowej. Gabryś pogodził się z myślą, że nie zdoła odpisać tej pracy domowej i ruszył w ślad za nią.

Kosa usiadła na szerokim, kamiennym parapecie na półpiętrze, gestem zachęcając Gabrysia, by klapnął sobie obok. Klapnął więc, pełen jak najgorszych przeczuć. 

– Obserwowaliście Adama – spostrzegła dziewczyna, przyglądając mu się z natężeniem. – Ty i Jasny. 

Przez chwilę zastanawiał się, czy powinien jej zwrócić uwagę na to, że Miśkiewicza pochłaniającego kocią karmę potajemnie obserwowała ze zgrozą większość szkoły, robiąc zakłady o to, czy przypadkiem sam nie przegrał jakiegoś zakładu, ostatecznie dał jednak spokój oczywistościom. Pokiwał głową. 

– I wypatrzyliście coś godnego uwagi? – dopytywała Kosa, wciąż mierząc go nieufnym, przenikliwym spojrzeniem. 

– Poza puszkami z kocią karmą? – upewnił się mimo wszystko. – I chipsami z Nutellą i co tam jeszcze się zadziało w zeszłym tygodniu? 

Dziewczyna popatrzyła na niego z rezygnacją. 

– Woda z kwiatków w biologicznej. 

– A, bo myślałem, że tylko ziemia. Dobrze wiedzieć. 

– No ale coś poza tym? – dopytywała Kosa. – Coś wam się rzuciło w oczy? 

Gabriel zastanawiał się nad tym przez długą chwilę. 

– No jakoś tak zupełnie bez przekonania to żre – Odważył się wreszcie podzielić swoją teorią. – W sensie, jakbym ja żarł ziemię do kwiatków albo żarcie dla kotów, bo się z kimś założyłem, to pewnie byłoby po mnie widać, że nie chcę ale muszę, albo że właśnie smakuje doskonale, delicje i w ogóle nie widzę problemu. A on tak no… po prostu je. I w ogóle cały jest taki bardziej… mechaniczny i bezmyślny. Jak się z nami pobił w zeszłym tygodniu do parł do przodu jak mały czołg, nie dało się go zatrzymać. I w ogóle, chodzi cały tydzień jak nabuzowany, jak dostałem od niego piłką na WF-ie w piątek, to aż mnie na moment zamroczyło. Dlatego w sumie zwróciliśmy w ogóle uwagę – przyznał. – Wy się kumplujecie, nie?

Kosa otoczyła kolana ramionami i wbiła wzrok w mżawkę za oknem, nagle mniej groźna, za to wyraźnie skrępowana. 

 – Poniekąd. 

Gabriel zmarszczył brwi.

– Pomyślałem, że skoro tak, to może wiesz, czy on nie ma jakichś… problemów? W sensie wiesz, to jest dość duża zmiana w zachowaniu. Mówił coś, że jego rodzice wyjechali, może tam się odkręciło coś grubszego, Może potrzebuje jakiejś pomocy, tylko nie wie, jak się przyznać? – zasugerował, rozglądając się po korytarzu i klatce schodowej w poszukiwaniu chociażby cienia Aleksa. – Może jakoś próbuje zwrócić na siebie uwagę? Że coś się z nim dzieje niedobrego? 

Kosa przełknęła ślinę, wciąż zmieszana, teraz zaś dodatkowo wyraźnie wystraszona i spięta. Nerwowo zaczęła skubać zawiązany wokół nadgarstka rzemyk.

– Myślisz? 

– Nie wiem, tak kombinuję. Coś się musiało stać, ludzie raczej nie przestawiają się na kocią karmę bez powodu. Nie myśleliście w sumie, żeby iść i sprawdzić? 

Dziewczyna bardzo gwałtownie pokręciła głową. W jej oczach błysnął lęk. 

– Hm? – Gabriel popatrzył na nią, szczerze zdziwiony. – Coś się stało? Czegoś się boisz? 

Odpowiedziało mu pełne ociągania skinienie głową. 

– Tak jakby. W sumie do końca nie wiem. Może. 

– Aha…? 

Dziewczyna przez dobrą chwilę po prostu siedziała, wciąż bawiąc się oplecionymi wokół nadgarstka rzemykiem. Wyglądało na to, że przeżywa jeszcze cięższe chwile niż siedzący naprzeciwko niej na parapecie Gabriel. 

– No bo zapraszał mnie do siebie, nie? – wyznała ostatecznie. – W weekend. 

Podniosła wzrok na Gabrysia, ale nie dostrzegła w jego oczach zrozumienia, zaklęła więc cicho pod nosem i wywróciła oczami. 

– Jest trochę tak, że jakby kręcę z nim i z Landrynem, nie? – odezwała się, nagle już nie blada, a bardzo zaczerwieniona. – Znaczy, nie że tak jakoś bardzo i na ostro, głównie to obaj mnie na zmianę odprowadzają do domu i wyciągają na spacery. I wiem, że to trochę głupio wychodzi, no ale jest jak jest. Obaj o tym wiedzą, mają niby przyjacielską rywalizację. Mówią mi, że kogo wybiorę, tego wybiorę, drugi ustąpi. 

Gabriel wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że nie ocenia i jest mu w tej kwestii doskonale wszystko jedno, nieco uspokojona więc brnęła dalej. 

– No i ostatnio jakoś tak bardziej zaczęło wychodzić, że Landryn, nie? No bo, biedny teraz z tym nadgarstkiem, wkurza się, bo nie może ćwiczyć na basie. Zajrzałam do niego parę razy, posiedzieliśmy, posłuchaliśmy muzyki, takie tam. I zgodnie z umową Adam powinien był odpuścić, nie?

– Ale nie odpuścił? 

– A gdzie tam. Wydzwaniał do mnie, żebym do niego przyszła, bo starych nie ma na cały weekend, mogłabym nawet nocować, oglądać jakieś filmy, czy coś. Nie podobało mi się to za bardzo, i byłoby nie fair wobec Landryna, więc się próbowałam wykręcić. Stał mi przez jakiś czas pod oknem – Wzdrygnęła się. – No ale na szczęście moja matka ma jakieś resztki rozumu i godności człowieka i nie próbowała się litować i w ogóle razem ze mną udawała, że nas nie ma w domu, aż się nie znudził. I coś takiego dziwnego w nim było jak stał. 

– Dziwnego? W jakim sensie dziwnego? 

Kosa wbiła wzrok w swoje dłonie. 

– No bo.. przyczaił się prawie pod oknem, przy latarni. Jakoś tak to wszystko wyglądało, że jego cień się wydawał ogromny i taki… Sama nie wiem. Jakby chciał zjeść nasz blok. Wystraszyłam się, ale to może też trochę to, że mi było głupio, bo z Landrynem to jeszcze świeża sprawa. Może się w to wkręcił bardziej niż powinien, czy coś i nie wiedział, kiedy przystopować. Później już się nie odzywał, ale gadałam chwilę z Łysym, bo się do niego wybierali na imprezę i pytali, czy też idę. Ani mi to było w głowie, po tym co widziałam. No i widzisz, dzisiaj nie ma ani Miśkiewicza, ani Łysego ani Gnoma, a ja wciąż jakoś pamiętam o tym cieniu. 

Gabryś również się wzdrygnął, i wyjrzał przez okno, jakby spodziewał się zobaczyć stojącego pod szkołą, przemokniętego Miśkiewicza. Na szczęście ulica była o tej porze opustoszała i zdecydowanie ponuro. 

– Wiesz, co tu się może dziać? – dopytywała Kosa, wciąż wystraszona, ale też wyraźnie zaintrygowana. 

Gabryś wzruszył ramionami. 

– Coś dziwnego, z tego co mówisz. I to raczej nie są problemy rodzinne. Dlaczego właściwie zakładasz, że możemy coś wiedzieć? 

Dziewczyna tylko popatrzyła na niego z politowaniem. 

– Proszę cię – prychnęła. – Bluza Miśkiewicza. Jadziunię mogliście zabajerować, ale ja wiem, co widziałam. On nie miał żadnej zapalniczki, nawet nie pali. A Jasny miał motyw, żeby zrobić dym w klasie, bo akurat Jadziunia cię męczyła.

– Nic mu nie zrobił – odparł Gabryś, już chyba bardziej z przyzwyczajenia, niż z przekonania. Częściowo zagłuszył go dzwonek ogłaszający koniec przerwy.

– Wierz sobie w co chcesz – odparła Kosa, podnosząc się z parapetu. – Ale Miśkiewicz, niezależnie od tego, co mu właściwie odwaliło, swoje wie i łatwo wam nie odpuści. Lepiej miejcie to na uwadze. 

W drodze ze szkoły Gabryś streścił Aleksowi rozmowę z Kosą i to wreszcie wzbudziło w przyjacielu ognik zainteresowania, wciąż jeszcze ostrożny i blady, jak pierwszy płomień w nowo rozpalonym ognisku, ale jednak. 

– Może ktoś go podmienił – zastanawiał się na głos, gdy przekradali się skrótem przez fabryczne podwórza 

– Podmienił? 

– No wiesz, zły brat bliźniak, te sprawy..? 

Gabryś mocniej owinął twarz nowym szalikiem od Marzenki, chroniąc się przed wiatrem i deszczem. 

– Miśkiewicz ma brata?

– A skąd mam wiedzieć  – Aleks wzruszył ramionami. – Metaforycznie mówię, nie?  Czytałem ostatnio coś takiego, w jakiejś książce z biblioteki. 

– Aha…? 

– To był akurat horror o kosmitach przybierających ludzką postać. 

– Miśkiewicz jest kosmitą przybierającym ludzką postać?! – przeraził się Gabriel. 

– Albo nie wiem, jakimś przybyszem zza wielkiej, mitycznej zasłony oddzielającej świat żywych i… coś. Trochę jak Twin Peaks. 

To nawiązanie przemówiło do Gabrysia o wiele bardziej, głównie dlatego, że Twin Peaks oglądali w wakacje razem z Tośką, kiedy Giewont wyjechał na kilka dni. 

– Próbujesz mi powiedzieć, że Miśkiewicza coś gdzieś złapało i uwięziło, a ten typ, co żre żarcie dla kotów to jego nieudana kopia? 

– A masz dowód, że nie? – Aleks zręcznie przeskoczył przez kałużę, tylko trochę rozchlapując wodę dookoła. Nie zrobił to różnicy żadnemu z nich, bo deszcz przybrał na sile. 

– A masz dowód, że tak? 

– Było coś takiego w jego oczach – odparł chłopak, zatrzymując się nagle tylko po to by spojrzeć w spowite chmurami niebo. Kilka kropel deszczu spłynęło po jego twarzy. – Dziwny, okrutny blask. 

– Co? 

Aleks pokręcił tylko głową i ruszył dalej. 

– Nieważne, Gabryś – uśmiechnął się pod nosem. – Nieważne. 

Zanim dowlekli się do willi – przeklinając, moknąc w ulewie i rozchlapując kałuże – nad miastem zapadł już wczesny, jesienny zmierzch. Miłą niespodzianką okazał się całkowity brak Giewonta. Jak zwykle, gdy mieli dom tylko dla siebie, wieczorem zebrali się we trójkę w salonie przed dużym, kolorowym telewizorem.  

Tośka, oderwana przez Gabrysia od przeglądania jakichś opasłych, zakurzonych tomiszczy nie wyglądała na kogoś, kto miałby siłę i ochotę cokolwiek gotować, Marzenki zaś najwyraźniej również nie było w domu. Na całe szczęście Giewont zostawił im jakieś pieniądze. No dobrze, “zostawił” może i było pewnym nadużyciem w przypadku pogniecionej pięćdziesiątki znalezionej przez Aleksa na podłodze w łazience i wyglądającej jak na coś, co wypadło z kieszeni i właściciel może za tym tęsknić. Mieszkali jednak z Giewontem już na tyle długo, by w takich sytuacjach nie mieć skrupułów. Odszukali ulotkę z osiedlowej pizzerii i zamówili największą pizzę, jaką dało się znaleźć w menu. 

Usiedli we trójkę na kanapie i – objadając się pizzą – oglądali kolejny odcinek serialu o rozbitkach na wyspie, do którego Aleks z jakiegoś powodu miał słabość. Tośka wzdychała i z politowaniem kręciła głową, wyraźnie znudzona, Gabryś żuł pizzę, za wszelką cenę starając się wzbudzić w sobie zainteresowanie i tym razem nie zasnąć, Aleks zaś po prostu siedział z błyskiem w oku i spojrzeniem wbitym w ekran. Nie przeszkadzała mu nawet obecność Tosi i jej wyraźne znudzenie i wyglądało na to, że cokolwiek ich poróżniło, pizza ze wszystkim całkiem skutecznie ten konflikt zażegnała. I w sumie, uznał Gabryś, dla samego tego widoku było warto przysypiać nad serialem, ledwie tylko nadążając za fabułą. Tego wieczora świat wydawał się jakiś bardziej znośny 

Kiedy rozchodzili się do swoich pokoi koło jedenastej wieczorem, Giewont wciąż jeszcze nie wrócił. Nie pojawił się też, kiedy Gabryś kładł się do łóżka. Rozgrzany po długiej kąpieli i przejedzony pizzą, zasnął niemal od razu. 

Obudziło go światło i głosy na korytarzu. Zaklął w duchu, czując, jak pizza podchodzi mu do gardła. Doskonale wiedział, że światło i głosy w środku nocy oznaczają kłopoty, zastanawiał się tylko jak duże tym razem. Giewont miotał się gdzieś piętro niżej, między kuchnią i salonem,kłócąc się z kimś, puszczając wiązanki przekleństw i kopiąc w drzwi.

– Aleks, pobudka! – ryknął w pewnym momencie. – Potrzebujemy łóżka. I w ogóle chodź no tutaj, nie uciekaj, też się przydasz. Tośka! – wrzasnął na cały dom. – Koniec tego dobrego! Jesteś potrzebna, chodź tutaj! I weź ze sobą młodego!

Chwilę później Gabryś usłyszał na schodach tupanie Tośki. Zatrzymała się na moment na jego piętrze, ruszyła jednak dalej. 

Mimo wszystko ubrał się pospiesznie i również zszedł na dół. Usiadł obok przycupniętego w połowie schodów Aleksa. Chłopak przechylał się przez barierkę, czujnie obserwując kotłujących się na dole ludzi. Na podłodze i ścianach dało się dostrzec brunatne smugi. 

– Co jest? – spytał szeptem Gabryś. 

– Coś wybuchło – odparł również szeptem Aleks, wodząc wzrokiem za cieniami w korytarzu. Potargany, z rozbieganymi oczami, wyglądał jak ktoś  brutalnie wyrwany z łóżka. – Tam, gdzie pojechali. Jest Giewont, ta cała Wieża od dziadów i to, co zostało ze Szczurołapa.

-To, co zostało…? 

Aleks popatrzył się w przestrzeń trochę nieobecnym wzrokiem.

– Oto leży nasz król, pocięty na kawałki. 

– Poważnie?! 

– Nie no – Chłopak otrząsnął się z zadumy i popatrzył na Gabrysia z rezygnacją. – Powiedziałbym, że raczej taki trochę przypieczony. Wpakowali go do mnie do pokoju. Pojęcia nie mam, jakim cudem on jeszcze oddycha, ale jak mi przecieknie przez materac, to uduszę Giewonta we śnie. 

Giewont najwyraźniej zorientował się, że darmowa siła robocza marnuje czas, plotkując na schodach, bo wyszedł na korytarz i nawarczał na nich, żeby  zrobili ze sobą coś pożytecznego. Posłusznie podreptali za nim w  stronę kuchni. Przez uchylone drzwi do pokoju Aleksa, Gabryś dostrzegł Tośkę. Miotała się wokół łóżka, chyba nie za bardzo wiedząc, w co wsadzić ręce i trochę panikując. Coś pod jej ramieniem spojrzało na Gabrysia, sprawiając, że znieruchomiał. Nie był to sam Szczurołap, raczej to, co było w Szczurołapie uwięzione i bardzo chciało uciec. Oczy stworzenia przypominały blade latarnie, cała postać była ciemna i rozedrgana, szarpała się i miotała, próbując wymknąć się roztrzęsionym dłoniom Antoniny. 

– Pomyliłem się – wyszeptała istota, wciąż spoglądając prosto na Gabrysia, unieruchamiając go tym spojrzeniem i paraliżując. Głos przypominał szelest liści pod stopami. – To była ona. To od początku była ona. Ma wsparcie kogoś, kto paktuje z potężnym gościem. Zwabiła nas w pułapkę, zaraza jedna. 

Gabriel otwierał już usta, żeby coś powiedzieć, kiedy ktoś położył mu dłoń na ramieniu. Podskoczył i popatrzył za siebie, przerywając kontakt wzrokowy z dziwną, wielkooką istotą. 

Zorientował się, że Giewont wraz z Aleksem zniknęli za drzwiami kuchni już jakiś czas temu, i, sądząc po podniesionych głosach, są w środku bardzo intensywnych negocjacji w kwestiach dotyczących pierwszej pomocy. W ciemnej sieni był teraz tylko on i kobieta odziana w podarte i nadpalone ubranie, kiedyś zapewne będące garniturem z jasnego materiału. Krótkie, jasne kosmyki tańczyły wokół jej twarzy. Gabriel przełknął ślinę. Podniósł na nią wzrok i zorientował się, że wyrywając się spod władzy dziwnej istoty w sypialni Aleksa, wpadł w kolejną pułapkę – stalowych oczu Wieży. 

O Wieży wiedział tyle, że pracuje razem z Giewontem, podobnie jak Szczurołap i kilku innych podejrzanych typów. Mijał ją czasem w drzwiach wejściowych lub na podjeździe, do tej pory jednak nigdy nie rozmawiali. Teraz uśmiechnęła się do niego, najwyraźniej zachwycona jakimś pomysłem, który właśnie wpadł jej do głowy. Przyłożyła palec do ust. 

Wiem, co potrafisz i wiem, co słyszałeś. 

Gabryś drgnął, gdy słowa po prostu pojawiły się w jego głowie. Nie pomyślał ich ani nie usłyszał, i był całkowicie pewien, że Wieża nie poruszyła ustami, cały czas się tylko uśmiechała. 

Jeśli zachowasz to dla siebie i nie powiesz swoim, jestem w stanie się odwdzięczyć. 

Zmarszczył brwi, coraz bardziej zdezorientowany. Dłoń kobiety mocniej zacisnęła się na jego ramieniu.

On i tak umrze. Szczurołap. Nie pomożesz mu, Antonina też nie. Sam zresztą widziałeś, i pewnie w głębi serca zaczynasz już rozumieć, jak to działa. Giewont nie ufa takim, jak my. Nie będzie chciał cię uczyć, dlatego nie może się dowiedzieć, jaki jest twój talent. Nikt z nich nie może. 

 Uświadomił sobie, że ona była jedną z osób decydujących o tym, że on, Gabriel ma miesiąc na to, żeby wykazać się jakimś talentem, albo zostanie wyrzucony i jego spojrzenie stwardniało.

Tak, wiem, Wieża wydawała się zniecierpliwiona, wywalą cię, jeśli uznają, że się co do ciebie pomylili, ale to nawet lepiej. Przyjdź wtedy do mnie. Zaopiekuję się tobą i nauczę cię wszystkiego, co potrzebujesz umieć. A teraz wybacz, kobieta puściła jego ramię i odsunęła się, wypadałoby chyba wyprawić Szczurołapa w ostatnią podróż. 

Wieża skinęła mu głową, po czym rzeczywiście wślizgnęła się do sypialni Aleksa i powiedziała coś do wyraźnie przerażonej Tośki. Tośka zaprotestowała, co doprowadziło do ostrzejszej wymiany zdań i zwróciło wreszcie uwagę Giewonta. Wysoki, wściekły, ze snującym się wokół częściowo tylko opatrzonej ręki bandażem odepchnął Gabrysia i również wpadł do pokoju. Zerknął na łóżko, ocenił sytuację. Wyciągnął rękę przed siebie, jakby chciał odsunąć Wieżę z drogi, mimo, że była za daleko, by móc jej dosięgnąć. Kobieta rzeczywiście zrobiła jednak krok w tył, w stronę korytarza, drugiego już jednak zrobić nie zdołała. Zastygła w połowie ruchu i Gabriel potrzebował dobrej chwili by zorientować się, że kobieta na jego oczach zmieniła się w kamienną statuę, uchwyconą w niemożliwej pozie, z rozwianymi włosami. Przez chwilę wpatrywał się w jej znieruchomiałe plecy i ręce rozrzucone na boki, w poszukiwaniu równowagi. Następnie zaś Giewont dopadł do rzeźby i pchnął ją tak, że roztrzaskała się na posadzce u stóp Gabrysia. Ze sterty kamiennych odłamków na chłopaka coś popatrzyło – blade, przypominające latarnie oczy, przyczajone w ciemności korytarza. Zaszeleszczały liście. 

Jeszcze się zobaczymy. 

Gabrielowi zasadniczo tej nocy nie trzeba było więcej. Rzucił się na drzwi willi, otwierając je ramieniem, prawie przeleciał przez ganek,  by wreszcie znaleźć ulgę w krzakach pod oknem Aleksa. Klęczał przez chwilę na zmarzniętej ziemi, ciężko dysząc. 

W pokoju nad nim, sądząc po odgłosach, trwało tornado. Giewont  przewrócił szafkę, albo może i coś cięższego i prawdopodobnie zbił lustro, co ewidentnie wyrwało Tośkę z oszołomienia i zmusiło do wyrażenia protestu. 

– Ja mam się uspokoić?! – oburzył się Giewont. – Ja? Ja jestem spokojny, to jej odwaliło! Pozabijać nas chciała! No, ale mogła…! Tośka, ja cię proszę?! Szczurołap nie żyje. Rusz głową i zastanów się, komu by to próbowała przypiąć jak byliśmy z nim oboje i oboje byliśmy podejrzani?! Zabiliby mnie, zabrali chłopaków…! 

Antonina znów usiłowała mu coś tłumaczyć, cierpliwie, z uporem godnym lepszej sprawy, Giewont szybko ją jednak zagłuszył, całkowicie przekonany o własnej słuszności. 

– I co z tego, że nie mam dowodów?! Znajdę. Spod ziemi wywlekę. No przecież jakbym to był ja, to bym wiedział,  co się głupio pytasz?! Nic nie będzie. Powiemy to samo, że zdradziła i paktowała z gośćmi, próbowała zabić też ciebie, musiałem cię bronić. Jasne? Wiem co robię.  

Tośka znów wymamrotała coś, czego Gabryś nie dosłyszał. 

– No już, przestań się mazać – zganił ją Giewont. – Idź lepiej pozamiataj to, co zostało z Wieży, przydaj się na coś dla odmiany, a nie. 

Znów trzasnęły drzwi. Gabryś podniósł, otrzepał kolana i z poczuciem, że ma stanowczo i nieodwołalnie dość, ruszył w stronę ulicy. 

Aleks czekał na niego za bramą, blady, drobny, z rozgorączkowanymi, pełnymi żaru oczami.

– Gabryś – przytrzymał go za ramię. – Gabryś, stary, gdzie idziesz?

– Jeszcze nie wiem. Gdzieś. 

– W koszulce i dresie? Nie wygłupiaj się, wracajmy do domu. 

– Nie. 

– Gabryś… – Aleks oparł się plecami o bramę. – Posłuchaj. Wiem, że jest ciężko. Cholera no. Zerwali nas w środku nocy, zrobili awanturę, musiałem opatrywać Giewontowi oderwany palec, jak darł na mnie ryja, że go zdrajcy próbowali zabić, a Tośka płacze, sprzątając jakiś gruz w korytarzu. Jest jak jest. I wiem, że tobie jest ciężko, bo nie chcą cię wtajemniczać i straszyć, a wychodzi w sumie jeszcze gorzej, bo bardziej się człowiek boi, jak nie wie o co w tym chodzi. Ale no, już niedługo – zapewnił, z jakiegoś powodu całkowicie o tym przekonany. – Jak ogarniemy, o co chodzi z Landrynem i Miśkewiczem, to ogarniemy też, jaki masz talent i już Giewont ci wytłumaczy, co trzeba. Sam bym to zrobił, ale nie no… nie potrafię. Nie ogarniam na tyle, żeby to dobrze zrobić, przepraszam. Ale wytrzymaj jeszcze trochę. Poukłada się. Musimy tylko poczekać. 

– Nie chcę czekać – odparł Gabryś, próbując wyszarpnąć nadgarstek z jego uścisku. Aleks trzymał mocno. Paznokcie wbijały się w skórę. – I nie chcę być tego częścią, cokolwiek to jest. Nie obchodzi mnie to. Już wolę zamarznąć gdzieś pod płotem. 

– Wiedziałeś, że jak zamarzasz, to w sumie w pewnym momencie zaczyna ci się robić ciepło i przytulnie i po prostu zasypiasz? – wypalił Aleks. Gabriel zamrugał, zaskoczony kierunkiem, jaki nagle obrała rozmowa. –  A jak płoniesz, to twoje nerwy zaczynają świrować i może ci się wydawać, że przebijają cię setki lodowych igiełek. Tak słyszałem. 

Gabryś spiorunował go spojrzeniem. 

–  Woda zamarza kiedy temperatura spada poniżej zera? – zaryzykował. 

– Gabryś, no… 

– No co? – obruszył się. – Wydawało mi się, że doszliśmy do etapu wymieniania się przypadkowymi faktami dotyczącymi temperatury. 

– Tak? – Ciemne, rozżarzone oczy Aleksa zwęziły się nieco. – To jak lecimy, to ci sprzedam jeszcze jeden. Samotność zwiększa podatność na zimno, wiedziałeś? – uśmiechnął się z goryczą. – Pewnie tak. Na pewno tak. Czuć ją w kościach, nie da się jej wygnać najcieplejszą kąpielą ani najgrubszym kocem. I to jest tak, jakbym szedł przez jakąś pieprzoną lodową pustynię i niby siedzimy w tym razem, mam ciebie i Tośkę, tylko tak naprawdę nie, bo Tośka należy już do nich, do dziadów,  a ty mi mówisz, że nie chcesz i wolisz zdechnąć pod płotem, i to jest zupełnie jak to fałszywe ciepło, o którym wcześniej mówiłem – wyrzucał z siebie słowa  na jednym oddechu, jak karabin maszynowy, plącząc się i gubiąc końcówki. – Niby jesteście i jest spoko i przytulnie, ale tak naprawdę ja zamarzam, Gabryś  – W nocnym powietrzu jego oddech zmieniał się w parę.  – Zamarzam i rozglądam się za jakimś ogniskiem w które mógłbym się rzucić i najzabawniejsze w tym jest to, że nawet jak się podpalę żywcem, to i tak będę czuł, że mi zimno. I nie mam pojęcia, czemu ci to wszystko mówię, bo co niby miałbyś z tym zrobić? Nigdy nie wiesz co zrobić, jak wygaduję te moje bzdury. 

W odpowiedzi Gabryś po prostu objął go i mocno przytulił. Nie było to bardzo trudne – był od niego wyższy i mocniej zbudowany, kości Aleksa wydawały się drobne i wypełnione powietrzem, jak u ptaka. Przesuwając dłonią po jego plecach, Gabriel czuł rysujące się pod koszulą kręgi. Przez chwilę stali w cieniu bramy, usiłując się jakoś ogrzać i przynajmniej przestać na moment szczękać zębami. 

– Już się chyba trochę uspokoiło – stwierdził wreszcie Aleks, zerkając w stronę willi. Na parterze wciąż paliło się światło, reszta budynku tonęła w mroku. 

Gabryś spazmatycznie wciągnął powietrze. W głowie wciąż czuł nieprzyjemny, gorączkowy ciężar, jakby czaszkę rozsadzały wszystkie burzowe chmury świata. 

– Jak ostatnio sprawdzałem, to Tośka chlipała nad zmiotką i szufelką – ciągnął Aleks.- Chyba dobrze byłoby ją ogarnąć, czy coś. 

– Pewnie tak. Chodźmy. 

Z ociąganiem ruszyli podjazdem w stronę ganku. Nie obejmowali się już, ale wciąż trzymali się blisko. 

Aleks lekko trącił go łokciem w ramię. 

– Ej, ale mogę jak coś u ciebie spać? Nie tknę mojego łóżka, dopóki nie wymienimy materaca. 

– Pewnie. Zawsze.

***

Gabryś obudził się z bolącym gardłem i już wiedział, że to nie będzie dobry dzień. Śpiący obok Aleks oddychał ciężko przez sen i pociągał nosem. Metaforyczne zimno swoją drogą, ale nocne rozmowy w bramie naprawdę dały im w kość. Kiedy przyszli do Tośki, tylko popatrzyła się na nich z politowaniem i dała im paskudny, ziołowy syrop na zbicie gorączki, całą sobą dając do zrozumienia, że ma aktualnie pilniejsze rzeczy na głowie niż dwóch zaziębionych, młodszych braci. 

Zwlekli się na dół i przez moment rozważali nawet odpuszczenie sobie szkoły, Giewont wciąż jednak miotał się po domu, wyraźnie wściekły i wyklinający Wieżę na czym świat stoi. Pod bramę zaczęły też zjeżdżać się pierwsze samochody.  Gabryś przypomniał sobie konfrontację z Wieżą i wszystko to, co od kobiety usłyszał i zrobiło mu się nagle jakby gorzej. Na samą myśl o konieczności unikania wszystkich znajomych Giewonta, tak na wszelki wypadek, przez cały dzień, kiedy będą się tak wściekle miotać po domu rozbolała go głowa. Ostatecznie uznał, że w tym przypadku pójście do szkoły jest mniej bolesnym rozwiązaniem. 

Opatulił się szalikiem od Marzenki, nakłonił Aleksa, żeby jednak dla odmiany zapiął kurtkę i ruszyli na jesienną pluchę i wiatr, starając się jak najmniej mówić i ogólnie trzymać pion i nie dać się zwiać w krzaki. Dotarli do szkoły zgrzani, zmęczeni i zakatarzeni i przeklinając pod nosem dołączyli do klasy czekającej pod salą na upojne dwie godziny polskiego. Z pewną ulgą zauważyli, że wszechświat postanowił ulitować się nad nimi i tego dnia również oszczędzić im obecności Miśkiewicza. Nie oszczędzono im obecności Landryna, który zjawił się tego dnia po raz pierwszy po skręceniu nadgarstka i głównie łypał na Aleksa złym wzrokiem. 

Jakoś przetrzymali poranne lekcje – chociaż Gabryś głównie siedział i modlił się, by nikt nie wyrwał go do odpowiedzi. Kosa zaczepiła go podczas przerwy pytając, co mu się stało i czy wolałby iść do pielęgniarki i zwolnić się do domu. Ze trzy inne dziewczyny poszły jej śladem, więc na następnej przerwie musiał tłumaczyć się całej grupce, że nic mu nie jest, po prostu spał przy otwartym oknie – co było o tyle trudne, że jego i tak już nadwyrężony głos co i rusz ginął w ogólnym harmidrze szkolnego korytarza. Nawet Aleks załapał się na ten festiwal współczucia. Z całkowitym osłupieniem wpatrywał się we wciśniętą mu w dłoń pomarańczę, nie do końca pewien, co ma z nią zrobić. . 

– Ma dużo witaminy C – wychrypiał Gabryś, widząc jego konfuzję. – Weź, nie bądź buc, podziękuj. 

Aleks owszem podziękował, posyłając ofiarodawczyni najszerszy uśmiech, na jaki było go stać, nawet jeśli był to uśmiech nieco nieprzytomny i rozgorączkowany. Zerknął na Gabrysia. 

– Chcesz pół? 

– A daj. 

Zjedli w milczeniu i – gdy wybrzmiał dzwonek – powlekli się na następną lekcję. 

Landryn unikał ich od rana, przyglądał im się jednak czujnie z bezpiecznej odległości. Sądząc po wyrazie twarzy, toczył ciężką wewnętrzną walkę. Toczył również, z tego co zdołali dostrzec, całkiem zewnętrzną walkę z siedzącą z nim teraz w ławce Kosą, która próbowała mu coś tłumaczyć, coraz bardziej zniecierpliwiona i chyba zaniepokojona. Debata musiała być angażująca, bo zajęła im w sumie większość dnia, i z każdą godziną lekcyjną Landryn wydawał się coraz bardziej potulny i zrezygnowany. Wreszcie, po ostatniej tego dnia matematyce Kosa podeszła do ławki zajmowanej przez Gabrysia i Aleksa. 

– Landryn chce z wami pogadać – oświadczyła, wywracając oczami i bardzo dobitnie dając do zrozumienia z tym, jak się czuje z byciem posłańcem. – Będzie na was czekał w szatni, jak już wszyscy się zwiną, więc nie spieszcie się jakoś strasznie. 

Chłopcy popatrzyli na nią z powątpiewaniem, kiedy jednak matematyczka poprosiła ich o pomoc z niesieniem papierów do pokoju nauczycielskiego, nie protestowali jakoś mocno. Równie dobrze rzeczywiście mogli sprawdzić, czego właściwie Landryn może od nich chcieć. 

Landryn rzeczywiście czekał na nich w boksie, opierając się o kratę w pozornie nonszalanckiej pozie. Mrużył oczy, usiłując dostrzec coś w słabym świetle przepalającej się żarówki. Prawy nadgarstek wciąż miał zabezpieczony elastyczną. 

– Kosa was przysłała? – upewnił się. Starał się brzmieć obojętnie, ale w ciemnych oczach czaił się lęk. 

Gabryś musiał przyznać, że Landryn nie musiał się nawet odzywać, żeby wzbudzać respekt. Był wyższy od Gabriela prawie o głowę i i barczysty, półdługie, ciemne włosy zwykle nosił rozpuszczone i mocno potargane. Z umiarkowanym skutkiem starał się hodować brodę i ubierał się głównie w poszarpane i ozdobione agrafkami koszulki z nazwami ulubionych zespołów. Tego dnia akurat postanowił zaprezentować światu swoją miłość do Sex Pistols. Wizerunku dopełniała wciąż jeszcze pachnąca nowością ramoneska. 

– No coś tam marudziła – przyznał Aleks, opierając się o przeciwległą ściankę boksu. –

– Co, Landryn, szukasz nowych przyjaciół? Aktualni się skończyli? 

– Odpalę wam dwie dychy jeśli pójdziecie ze mną po szkole do Miśkiewicza – zadeklarował Landryn. Aleks parsknął cokolwiek szyderczym i może trochę ochrypłym śmiechem. 

– Ty tak na serio? 

– Aż tak się boisz? – zainteresował się Gabryś, starając się jakoś zebrać myśli mimo wypełniającej wnętrze czaszki wilgotnej chmury.  

Landryn językiem przesunął gumę do żucia z jednego policzka do drugiego. 

– No jak myślisz? Łysy i Gnom poszli w weekend i nie wrócili. Nie idzie się z nimi skontaktować. 

Aleks splunął na wyłożoną linoleum podłogę, 

– A to żeś się kolego urządził – stwierdził, nie kryjąc z rozbawienia. – Żeby wynajmować obstawę na odwiedziny u kumpla. 

– A weź – westchnął Landryn. Nawet nie próbował pyskować. Spokorniał.

– Nie mogłeś poprosić swoich tych tam, kolegów spod monopola? Przecież macie sztamę, zwłaszcza jak trzeba komuś nakopać na szkole. 

– Coś ty. Zabiliby mnie śmiechem.

– A – Aleks rozciągnął usta w szerokim, triumfalnym uśmiechu. – Bo myślisz, że my się nie będziemy nabijać, co? 

– Poza tym – uznał za zasadne wtrącić Gabriel. – Skoro dwaj twoi kumple już poszli i nie wrócili, dlaczego zakładasz, że my nie znikniemy, nawet jak pójdziemy we trzech? 

Landryn zacisnął zęby. Wlepił w Aleksa czujne spojrzenie piwnych oczu. 

– Widziałem, co zrobiłeś Miśkiewiczowi na historii – przypomniał mu. 

– Nic nie zrobiłem – zjeżył się Aleks. – I nie mam pojęcia, o co ci chodzi. Jeśli to wszystko, to chyba możemy spadać. 

Landryn zmierzył go wyjątkowo groźnym spojrzeniem. Zrobił krok w kierunku Aleksa, zdecydowanie od niego wyższy i bardziej masywny. 

– A jak ci nakopię, to łatwiej ci będzie skojarzyć, o co chodzi? 

– A złamać ci drugą łapę dla równego rachunku? 

– A chcesz sprawdzić, czy ci się tym razem uda? 

– A twojej starej to ty myślisz, że się udałeś? 

– A może jednak spróbujemy najpierw pogadać jak cywilizowani ludzie? – zaproponował Gabryś, stając między Aleksem i coraz bardziej poirytowanym Landrynem. – Bo mimo wszystko coś mi się wydaje, że nie rozchodzi się o rozstrzyganie tego, czy Aleks coś zrobił, czy nie, tylko o samego Miśkiewicza. Więc może nie wiem, Landryn, do brzegu? – zasugerował. – Czemu właściwie potrzebujesz akurat naszego towarzystwa? I co tu się właściwie odwala? 

– Po prostu myślę, że akurat wy możecie mi pomóc – Landryn zdrową ręką sięgnął do kieszeni i wyciągnął pogniecioną paczkę Cameli. Wyjął jednego, najwyraźniej nie miał jednak w sobie dość bezczelności, by odpalić go w szatni i tylko obracał w palcach. 

– Kosa mówiła – przeniósł wzrok na Gabriela. – że obserwujecie Adama, i że w ogóle no, też zauważyliście coś dziwnego. 

– Pół szkoły zauważyło – spostrzegł ze swojego kąta Aleks. – Ale gratuluję refleksu.

– Aleks – Gabryś posłał przyjacielowi wyjątkowo karcące spojrzenie. 

– I że w ogóle, że się niepokoiłeś, czy coś się nie dzieje u niego na chacie i czy nie ma jakichś problemów, ze starymi, czy coś. 

Gabryś zamrugał. Pamiętał konfrontację z Kosą zupełnie inaczej, i głównie to ona mówiła, ale fakt, takie pytanie padło. 

– I co cię to obchodzi? – dopytywał Landryn, usiłując najwyraźniej odzyskać kontrolę nad rozmową.. – Co on dla ciebie, Heller, brat? 

– A dla ciebie? 

Landryn milczał przez chwilę, wciąż obracając papierosa w dłoni i od niechcenia skubiąc filter. 

–  No bujamy się razem, nie? – mruknął. – Jakoś tak od podstawówki. Nasi starzy się znają z roboty, razem firmę zakładali. Razem na wakacje jeździmy, razem składaliśmy papiery do szkoły, żeby im zrobić przyjemność. Nawet typa lubię, chociaż trochę przegryw. Lubiłem. 

– Bo startuje do tej samej laski? – podchwycił Gabryś. 

– A weź daj spokój, startować to sobie może. Bo…- w ciemnych oczach rozmówcy błysnęło wahanie. – No boję się go, nie? I jakby… trochę się martwię? W sensie, nie do końca rozumiem, co się tutaj odwala, ale nie dalej jak wczoraj mi stłukł kamieniem szybę w sypialni i zwiał. 

– Pokłóciliście się?

Chłopak pokręcił głową. Ciemne kosmyki włosów zatańczyły wokół twarzy.

– Niby nie. Znaczy, nie odezwał się do mnie ani razu kiedy byłem na zwolnieniu, chociaż nic mu nie zrobiłem. I tylko ta akcja z kamieniem. Bardzo długo stał pod oknem i w końcu rzucił i poszedł. 

– Tak po prostu? I co na to twoi starzy? 

Landryn spiął się wyraźnie. 

– Nie interesuj się – poradził. – Bo się zainteresuję twoimi i tym, dlaczego mieszkacie obaj u tego zapitego dziada. 

– Uważaj – poradził po prostu Aleks, spoglądając na niego przez półmrok szatni. – Bo cię zwiążę kokardą, wepchnę jabłko w mordę i sprezentuję Miśkiewiczowi. 

Muzyk popatrzył na niego przelotnie, po czym wzruszył ramionami. 

–  To i tak się zaczęło dużo wcześniej – powiedział wreszcie, znów przenosząc wzrok na Gabrysia. – Przed tą szybą. 

– W środę – domyślił się Gabryś. – Wtedy, kiedy ci trzasnął nadgarstek. 

– Tak całkiem sam to nie trzasnął 

Aleks tym razem wielkodusznie postanowił zignorować zaczepkę. Obserwował przebieg przesłuchania, przyczajony w ciemnym kącie szatni. 

– Tak czy inaczej wtedy Miśkiewiczowi też coś trzasnęło i się rzucił do bitki – ciągnął Gabryś 

– Już wcześniej był poddenerwowany – przyznał Landryn, wciąż znęcając się nad papierosem. Z flitra zostały smutne strzępy. – W sensie, od rana. No i później była ta akcja na historii. I możecie sobie opowiadać co chcecie, ale ja wiem, że to ty – przeniósł wzrok na Aleksa. – Nie wiem, jak to zrobiłeś, i nawet trochę szanuję, ale nie będziesz przecież ze mnie wariata robić. Siedziałem obok niego. Wiem, co widziałem. 

 – Landryn, ja cię ostrzegam – Głos Aleksa był niski i gardłowy, przypominał warczenie psa. –  Zostaw to. 

 – Bo co, Jasny? Podpalisz mnie? 

– Byliśmy już dzisiaj w tym miejscu – przypomniał im obu Gabriel. – Mieliśmy umowę. Rozmawiamy, tak? Grzecznie, jak ludzie, bez zaczepek. 

Basista wzruszył ramionami. Wyrzucił resztki połamanego papierosa, kopnął je butem pod ławkę i sięgnął sobie następnego. 

– No tak czy inaczej, nosiło go od rana – podjął, chociaż wciąż spoglądał na Aleksa raczej nieufnie. – Miał jakiś taki dziwny błysk w oku, jak się spotkaliśmy na przystanku i później już tak zostało. 

– A dzień wcześniej jeszcze było w porządku? – dopytywał Gabryś. – Nie wiem, widzieliście się po szkole? 

– No.  Tak jakby. 

– Czyli się widzieliście. No dobra. Ktoś mu nakopał, albo cegła mu spadła na łeb? Byliście na koncercie i go zdeptali pod sceną?

Landryn pokręcił głową. Zacisnął szczęki i skulił ramiona, z jakiegoś powodu nagle niższy i mniej groźny. 

– Ty mu coś zrobiłeś? – Zaryzykował Gabryś. Chyba trafił, bo przesłuchiwany skulił się jeszcze bardziej i naprawdę wyglądał, jakby chciał się na niego rzucić, przewrócić na ziemię i wiać stąd gdzie nogi poniosą. – Poszarpaliście się, przyłożyłeś mu o raz za dużo  i teraz ci się głupio przyznać? Albo któryś z twoich kumpli spod monopolowego mu nakopał w ciemnej uliczce i się czujesz współodpowiedzialny? 

 – Nie no – odparł słabym głosem basista. – Aż tak to nie, bez przesady. Nie nasłałbym zbira na kolegę. 

Aleks uniósł brew i mamrotał coś, co zabrzmiało jak “och czyżby?” ale Gabryś gestem dał mu znać, że ma siedzieć cicho. Landryn odwzajemnił się spojrzeniem mówiącym “nie jesteś moim kolegą”. Przestąpił z nogi na nogę. 

– Ale no… – zerknął na Gabriela. – Może być tak, że to trochę moja wina. 

– Opowiesz mi?

Chłopak westchnął z rezygnacją. 

– Piśniecie choćby słówko komukolwiek a zabiję – uprzedził, piorunując ich wzrokiem. Sądząc po błysku w ciemnych oczach Aleksa, to ostrzeżenie również zostało potraktowane w charakterze wyzwania. 

– Nie piśniemy – obiecał Gabriel. – Ani ja ani Aleks. Mów, bo woźny chyba nie ma całego popołudnia, a żaden z nas nie chce tu spędzić nocy, zwłaszcza w tym składzie. 

– No dobra – Landryn zacisnął zęby. – Jest tak, że czasem sobie chodzimy w plenerek pić i  palić śmieszne papierosy. I w sumie mamy różne miejscówki, na szczęście tutaj, u nas na osiedlu. Adam się zwykle z nami nie buja, bo się boi starych, żeby go gdzieś nie przyczaili ze skrętem na ławce. No ale od jakiegoś czasu mi truł, że by bardzo chciał i możemy tylko żeby nie na osiedlu, tylko gdzie indziej. Więc pojechaliśmy na drugę stronę miasta, tak, jak idą tory kolejowe i jest taki ten bieda-lasek. No i rzeczywiście sobie siedzieliśmy, paliliśmy, zimno w cholerę, no ale jak chciał to chciał. Tydzień temu to jeszcze nawet ładnie było i tak nie padało. 

– Nie jesteśmy tutaj, żebyś nam opowiadał o pogodzie, Landryn – pouczył go Aleks. – Do brzegu. 

– No już, już. W każdym razie wszystko było normalnie. Kupiliśmy jakiegoś bełta, zapaliliśmy. Siedzimy, gapimy się w księżyc jak debile, i nagle się orientujemy, że Adam gdzieś zniknął. Uznaliśmy, że może się poszedł odlać, czy coś i no pokoj z nim. Nie jestem pewien po jakim czasie wrócił, mogło minąć z pół godziny. Spocony, uwalany w jakimś błocie, nie wiem gdzie on je znalazł. Wystraszony jakiś taki, ale nic za bardzo nie chciał mówić. To znaczy próbował, opowiadał jakieś bzdury o ogromnym ulu i jakichś ludzio-ptakach bez twarzy, które się kręciły wokół, no ale to był pierwszy raz jak z nami palił, nie takie bzdury ludzie wygadują jak dobrze wejdzie. No, ale ostatecznie poszliśmy jeszcze coś zjeść, tam niedaleko stacji jest taka dobra buda z zapiekankami, i wróciliśmy do siebie. Dopiero później do mnie dzwonił, jakoś w nocy i to już było w cholerę dziwne. 

Aleks spiął się wyraźnie i popatrzył na Gabrysia zupełnie tak, jakby chciał spytać “czy myślisz o tym, o czym ja myślę?”, ale zreflektował się ostatecznie i pokręcił głową. Gabryś zdecydowanie nie miał pojęcia, o co może chodzić, i co było w tej opowieści charakterystycznego, na pewno brzmiała dziwnie. 

– Dlaczego?

– Wydawał się wystraszony, o wiele bardziej niż wcześniej. Mówił, że na progu mieszka ktoś, kto wygląda jak on, ale nie jest nim. I że właśnie zaczął jeść jedzenie z kociej miski. A później rzucił coś, że musi iść, coś sprawdzić i oddzwoni. Już nie oddzwonił. Myślałem, że po prostu miał wkrętę, ale… ale nie wiem. 

– Pójdziemy tam z tobą – zadecydował Aleks. – Do niego. Dzisiaj po szkole. 

Miśkiewicz – podobnie jak zresztą i Landryn – mieszkali w wieżowcach niedaleko szkoły, na szczęście więc Aleks i Gabryś nie musieli chodzić ze swoim przeziębieniem zbyt daleko. Landryn zadzwonił domofonem, a kiedy nikt nie odpowiedział, zadzwonił jeszcze domofonem do sąsiada. Drzwi otworzyły się z cichym, metalicznym bzyczeniem. Winda zawiozła ich na wysokie, siódme piętro. 

– To tutaj – wyjaśnił Landryn, wskazując drzwi w głębi korytarza. Przez dobrą chwilę na przemian dzwonił dzwonkiem i pukał, nie doczekał się jednak odpowiedzi. Drobnokościsty Aleks przecisnął się pod jego łokciem i szarpnął za klamkę. Ku zdumieniu wszystkich, drzwi ustąpiły. 

– Wyszedł i zostawił otwarte? – zastanawiał się Gabryś. 

– No może zabalował – spostrzegł z przekąsem Aleks. 

– Powinniśmy wejść?

Obaj podnieśli wzrok na Landryna, nieformalnie pełniącego rolę kierownika wyprawy. Muzyk zmarszczył brwi. 

– Adam…? – spróbował jeszcze. – Adam? Jesteś?

Adam nie odpowiedział, chcąc nie chcąc weszli więc do środka. Znajdujące się w łączniku bloku mieszkanie okazało się zaskakująco duże i jednocześnie mało ustawne. Biegnący przez całą jego długość korytarz był nieprawdopodobnie zagracony, jakby ktoś w krótkim czasie naznosił do mieszkania przypadkowych rzeczy, najprawdopodobniej wyłowionych na śmietniku, ale nie miał jeszcze za bardzo koncepcji na to, gdzie je poupychać. Pachniało kocią karmą i to w jakiś sposób zdominowało wszystkie inne wonie. Ogromna, dwukilogramowa torba brązowych granulek zajmowała centralne miejsce salonu, otoczona przez kartony saszetek. Na stoliku kawowym stała pełna, kocia miska oraz butelka pozieleniała od służącej do podlewania kwiatów wody. Landryn przyglądał się temu z pewnym niedowierzaniem. 

– A myślałem, że żartowali. 

– No widzę, że mamy do czynienia z koneserem – zakpił Aleks, wyraźnie rozbawiony.

– Ale dlaczego akurat kocie żarcie….? – dziwił się Gabryś. 

– No bo mają przecież kota, no – wyjaśnił Landryn. – Takie duże, kudłate bydle, podobno rasowe, ale coś nie wierzę, jak dla mnie totalnie pseudo-hodowla. Nazywa się Masełko, czy jakoś tak i jest strasznie wybredne. Mało co żre, dlatego rzeczywiście kupują to żarcie na kilogramy, mając nadzieję, że coś zasmakuje. Dlatego tyle tego mają. 

– A. A gdzie jest ten kot? – zaciekawił się Aleks. 

– A kto go tam wie – Landryn sięgnął do torby z karmą i wziął trochę w garść. – Może się gdzieś czai po kątach bo się wystraszył. Albo siedzi na drzwiach. Albo już dawno uciekł, skoro debil zostawił drzwi otwarte i teraz terroryzuje sąsiadów? Zaraz spróbujemy poszukać – zadecydował. – Masełko, kici kici!

Gabriel po chwili wahania również wychynął z salonu na długi, jakby połamany korytarz. Aleks deptał mu po piętach, czujny i napięty jak struna. 

– Chłopaki! – odezwał się z gdzieś z okolic jednej z sypialni Landryn. – Chodźcie! Musicie to zobaczyć!

Podążyli do jego głosem prosto do pomieszczenia, które wyglądało na sypialnię Miśkiewicza. Pokój pomalowano na chłodny, szaro-niebieski odcień. Jasne panele na podłodze zgrywały się z jasnym biurkiem i dwoma regałami, szerokie łóżko pokrywała skłębiona pościel, puste puszki po kociej karmie i wgniecione w materac, kukurydziane chrupki. Na ścianie przy łóżku zaś ktoś robił markerem pospieszne notatki. 

Mam Adam i mam szesnaście lat. 

Nie, rodziców nie ma w domu, powinni wrócić w przyszłym tygodniu. 

Starzy wyjechali i zostawili mnie z kotem. 

Wolna chata cały weekend, może wpadniesz? Możemy pooglądać filmy. 

Hej, chłopaki, impreza u mnie, starych nie ma, wpadajcie, przynieście coś. 

Cześć, stary, jak ręka? Zajrzysz po szkole?

– Co do… – mruknął Aleks. 

Gabryś poczuł, jak po plecach przebiega mu dreszcz. Spod zamkniętych drzwi na końcu korytarza wionął ziemisty powiew. Wyraźnie dało się dosłyszeć szelest suchych liści i wcale nie potrzebował tam zaglądać by wiedzieć, co zastanie w środku. Oczy. Przynajmniej pięć par widmowych oczu skulonych wśród cieni istot. Nawołujących Gabrysia, domagających się, by ich wysłuchał, by pozwolił sobie wszystko opowiedzieć, by pocieszył i uspokoił, przytulił do siebie i zapewnił, że dalsza droga nie jest wcale taka straszna. Poczuł, jak robi mu się bardzo zimno i zaraz później bardzo gorąco. Zachwiał się i przytrzymał się futryny, żeby nie upaść. Wciąż do niego szeptały, wciąż prosiły go, żeby przyszedł, żeby zabrał je ze sobą, szumiały mu w głowie cmentarnym powiewem. 

– Gabryś…? – Aleks odwrócił się do niego. W ciemnych oczach błysnął niepokój. – Co jest?

– Spadajmy stąd – wychypiał Gabriel. – Teraz. 

Aleksowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Podtrzymał ramię przyjaciela, po czym zdecydowanie pociągnął go długim korytarzem w stronę wyjścia. 

Tylko Landryn wciąż wpatrywał się w napisy na ścianie, najwyraźniej wciąż nie mogąc zdecydować, co powinien o nich myśleć. Aleks włożył dwa palce do ust i zagwizdał donośnie, próbując zwrócić uwagę muzyka. I owszem, zwrócił jego uwagę, zwrócił też jednak uwagę Miśkiewicza, który, jak się okazało, był w mieszkaniu cały czas. Wypadł z pokoju na końcu korytarza, wciąż ubrany w czerwoną bluzę. W dłoni trzymał długi, zębaty nóż do krojenia chleba, sam również wydawał się jakiś taki bardziej zębaty i bardziej masywny. Stanął na progu sypialni, odgradzając drogę zaskoczonemu Landrynowi. Muzyka na moment zmroziło. 

– Stary, no… – wymamrotał na widok noża. – Co ty…? 

Widzieli tylko, jak stojący w progu Miśkiewicz podnosi ogromne łapy do góry, następnie zaś rozległ się głuchy trzask, jakby złamał się kawałek drewna. Stolik, ocenił Gabryś, przypominając sobie zawartość pokoju Miśkiewicza. Może stolik. Chwilę później coś upadło na podłogę. Miśkiewicz znów pojawił się na korytarzu, ciągnąc za nogę Landryna. Muzyk musiał być ogłuszony uderzeniem, bo nawet nie próbował się wyrywać. Niewiele myśląc, Gabryś rzucił się na ratunek.Całym ciałem naparł na Miśkiewicza, usiłując odepchnąć go od ofiary. Zaskoczony przeciwnik rzeczywiście, puścił Landryna i popatrzył na Gabrysia, mrugając bardzo szybko, jakby nie do końca rozumiejąc, skąd się tu właściwie wziął. Jedną ręką złapał go za poły kurtki i podniósł do góry. Popchnął go na ścianę korytarza i tak przytrzymał. Druga dłoń, ta z nożem, nagle znalazła się bardzo blisko Gabrysiowej twarzy. Chłopak próbował się wyszarpnąć. Nogi wierzgały w powietrzu, nie mogąc znaleźć żadnego oparcia. W głowie wciąż coś szumiało i szeptało, ostrze niemal dotykało skóry. W oczach napastnika rzeczywiście czaił się okrutny, nieludzki blask. Dopiero wtedy do Gabriela z całą mocą dotarło, że to żadną miarą nie może być przecież Miśkiewicz. Miśkiewicz szeptał przecież do niego i szeleścił, opowiadając o nocy, polowaniu, ostrych zębach. O obcym, który przyszedł i wyglądał jak on sam, ale nim nie był. 

– Zostaw – wychrypiał mimo to Gabryś. – Puść. Proszę. 

W oczach obcego błysnęło zrozumienie, może zaskoczenie. Rzeczywiście puścił, ale chyba nie dlatego, że został grzecznie poproszony, tylko dlatego, że na jeden moment autentycznie stanął w płomieniach. Ogień zgasł, równie szybko, jak się pojawił, to wystarczyło jednak, żeby napastnik odskoczył i wypuścił nóż. Aleks popatrzył na swoje dłonie, potrząsnął głową, po czym przyskoczył do zbierającego się z drewnianego parkietu Gabrysia. Chłopak wstał z wysiłkiem. Kręciło mu się w głowie, musiał podeprzeć się o ramię Aleksa. 

– W porządku? 

– On ich zeżarł – odparł. – Miśkiewicza, jego starych, kota chyba też – dodał szeptem. – Zabierajmy stąd Landryna i w długą. 

– Jasna spraw… uważaj – Aleks odepchnął od siebie Gabrysia. 

Zdezorientowany chłopak poleciał na wyłożoną ciemną boazerią ścianę i dopiero przy niej odzyskał równowagę. Aleks kucnął, uchylając się przed lecącym na niego z całym impetem Miśkiewiczem-nie-Miśkiewiczem. Kiedy się podniósł w jego dłoni błysnęło ostrze scyzoryka. 

Nie-Miśkiewicz rozejrzał się, zdezorientowany, najwyraźniej uznał jednak, że to Gabryś wciąż pozostaje najłatwiejszym celem, ruszył więc w jego stronę. Błąd. Aleks najpierw ciął go pod kolanem, a gdy noga pod napastnikiem ugięła się, wskoczył mu na plecy, dżgając na oślep. 

Miśkiewicz opadł na kolana, zaparł się rękami o ziemię. W prawej dłoni wciąż ściskał kuchenny nóż, po ostrzu spływała jego własna krew z rozciętej ręki. Aleks sięgnął wolną dłonią, próbując wyrwać mu narzędzie. Nie wydawało się to trudne, spokojnie powinien dać radę. W każdych innych warunkach dałby radę. Próba rozbrojenia wyzwoliła jednak w nie-Miśkiewiczu nowe pokłady energii. Zrzucił Aleksa z pleców, złapał za materiał kurtki i rzucił nim przez korytarz. Chłopak osunął się po ścianie z głuchym jękiem, zdezorientowane, ciemne oczy szukały Gabriela. 

Nie zdążył się podnieść. Miśkiewicz dopadł do niego jednym skokiem i kolanami unieruchomił mu nogi. Gabryś próbował dojrzeć, co się dzieje, ale widział tylko szerokie plecy w czerwonej bluzie i rozklejające się trampki Aleksa. Pamiętał jednak o błyszczącym, rozsiewającym wokół kropelki krwi ostrzu noża i chwilę później usłyszał zduszony krzyk. 

Metalowa rurka jakoś tak sama podeszła mu pod rękę, nie potrafił sobie przypomnieć gdzie ją znalazł. Dość, że była, idealnie dopasowana do dłoni, ciężka tym obiecującym, dodającym otuchy ciężarem. Uderzył w sterczący nad czerwoną bluzą łeb najmocniej, jak się dało, a później jeszcze że dwa razy poprawił. 

Landryn zdołał jakoś dojść do siebie i gramolił się właśnie z kolan na ziemię, podpierając się starym regałem. Na widok rozgrywającej się na jego oczach walki i Gabriela przejmującego inicjatywę, na moment zastygł w bezruchu. Zamrugał. Potrząsnął głową. Następnie zaś, możliwe, że pod wpływem wcześniejszego ciosu, możliwe, że w porywie desperacji, zaczął śpiewać piosenkę zachęcającą do rzucania jakichś drobnych na wino. Śpiewał głośno i pewnie, nieco tylko zachrypniętym od fajek głosem. 

Miśkiewicz otrząsnął się, popatrzył na Gabrysia tak, że ten aż opuścił improwizowaną broń, po czym podniósł się i niezbyt pewnym krokiem zaczął iść w kierunku Landryna. Nie wyglądał, jakby chciał go zaatakować, po prostu szedł, wyraźnie zafascynowany. Po dwóch krokach nóż po prostu wysunął się z dłoni i upadł na podłogę. Landryn, nie przerywając swojego wokalnego popisu, zaczął wycofywać się korytarzem, aż oparł się plecami o drzwi składziku. Drzwi na jego nieszczęście były zamknięte. Zbladł, śpiewał jednak nadal, a nie-Miśkiewicz słuchał go z jakąś błogością wymalowaną na poobijanej gębie.

– Spieprzamy! – wychrypiał Aleks. Drżącą ręką odszukał swój scyzoryk i wcisnął go do kieszeni. Gabryś objął go w pół i pociągnął w górę, pomagając wstać. Nie chciał na razie nawet patrzeć na jego twarz. Zarzucił sobie ramię rannego na szyję i razem ruszyli korytarzem ku wyjściu z mieszkania, raz po raz oglądając się za siebie. Landryn wciąż opierał się o drzwi składziku. Przerzucił się teraz na piosenkę o braku przyszłości i naprawdę dawał z siebie wszystko. Nawet nie brzmiał na bardzo spanikowanego. 

Aleks wytarł zakrwawioną twarz dłonią. Przez prawy policzek ciągnęła się szrama, sięgająca od łuku brwiowego aż do linii szczęki. Zamrugał. Ocenił sytuację. Nawiązał kontakt wzrokowy z muzykiem i stanowczo wskazał mu drzwi do łazienki. Landrynowi nie trzeba było wiele powtarzać. Wciąż śpiewając i manewrując tak, by mieć nie-Miśkiewicza naprzeciwko siebie, zaczął przemieszczać się w stronę łazienki, Nie śpiewał już ani o drobnych na wino, ani o braku przyszłości, wyśpiewywał na całe gardło jakieś przypadkowe zlepki słów na jeszcze bardziej przypadkową melodię, podtrzymując uwagę napastnika. Otworzył drzwi łazienki. następnie delikatnie zmienił nutę, nadając piosence zdecydowany, rozkazujący ton. Nie-Miśkiewicz posłusznie wszedł do środka i usiadł w wannie. Wciąż z pieśnią na ustach, Landryn zamknął drzwi pomieszczenia i – z pomocą Gabriela, zastawił je stojącą w korytarzu szafką na buty. Wycofywał się krok za krokiem. Sięgnął po wiszące nieopodal drzwi zapasowe klucze. 

– Zawołam windę – zadecydował Gabryś, widząc, że Aleks żadną miarą nie będzie w stanie zejść siedem pięter w dół. Stał tylko dlatego, że opierał się o ścianę.

Gabriel wycofał się na korytarz i rzeczywiście nacisnął guzik windy. Następnie zaś najostrożniej jak się dało, zaprowadził rannego towarzysza i pomógł mu wejść do środka. Postawił stopę w drzwiach, czekając na Landryna. Landryn zamknął drzwi, nie przestając przy tym śpiewać w sposób donośny i na pewno alarmujący wszystkich sąsiadów. Nie to, żeby robiło im to różnicę i żeby zamierzali tu kiedykolwiek wracać. 

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Content is protected !!
Przewijanie do góry