Zniszczone, stare okno z łuszczącą się farbą i roślinnością w środku.

Ogrodnik

Kot siedział na ogrodowym stoliku, mierząc panią Cieślak uważnym, bardzo oceniającym spojrzeniem intensywnie zielonych oczu. Ruda, przywodząca na myśl lisa kita zamiatała z blatu łupinki po pestkach słonecznika. Mitra od niechcenia głaskał zwierzątko między uszami, również spoglądając na właścicielkę altanki i starając się dorównać Promyczkowi w dostojności i prezencji. Miał szesnaście lat, jasne włosy i sporą niedowagę, był to więc wysiłek z góry skazany na przegraną.

– Ależ ciociu – odezwał się wreszcie, trochę już błagalnie. – Ja ciocię proszę. Niech mi ciocia powie jak to było z tym ogródkiem pani Antosik.

Pani Cieślak załamała ręce.

– Ale Mitreńka, dziecko, przecież ci już wytłumaczyłam – westchnęła. – Ja nie mam pojęcia, o czym ty mówisz. Nic nie wiem o żadnym ogródku , a panią Antosik to tylko czasem spotykam w spożywczaku i nawet sobie mówimy dzień dobry, ale to też nie zawsze, z jakiegoś powodu tylko jak jestem akurat z Punią na spacerku, może po prostu lubi maltańczyki. Ale nie mam pojęcia, o co ty się mnie dziecko pytasz i czemu mnie tak męczysz. Kompotu z gruszek chcesz? Bo ugotowałam właśnie.

– Nie chcę – Mitra pokręcił głową, widząc błysk w oczach kobiety.

Dzidka Cieślak była raczej niską, postawną kobietą po pięćdziesiątce, słynącą na działkach ze swojej ekspertyzy w żywieniu zbiorowym i zdolności do przygotowania może nie że wykwintnego, ale na pewno pożywnego posiłku zawsze i w każdych warunkach. Na co dzień pracowała jako kucharka w lokalnej podstawówce i Mitra bardzo szybko przekonał się, że oferta kompotu zwykle prowadzi do oferty kanapeczki albo innej przekąski, która prowadzi do pełnej oferty obiadowej z deserem. Tak się składało, że nie był w nastroju na obiad.

– No ale może chociaż kanapeczkę? – nalegała pani Cieślak, poprawiając okulary w plastikowych oprawkach. – Powidła śliwkowe wczoraj zrobiłam, to może spróbujesz?

– Ciociu, naprawdę, nie teraz. Przyszedłem w ważnej sprawie.

– To może chociaż słonecznika sobie weź – zaproponowała kobieta, przesuwając do połowy wypełnioną nasionami kwiatową tarczę. – a kotek to by pewnie chciał jakąś rybkę? Chcesz rybkę, kotku? Zobaczę zaraz, co mam tam u siebie w domku, ale powinnam mieć jakieś puszki z tuńczykiem do sałatki.

– Miau – ucieszył się Promyczek. Mitra rzucił mu pełne wyrzutu spojrzenie, godne najbardziej zdradzonego i oszukanego bohatera szekspirowskiej tragedii.

– Ciociu, ale cioci naprawdę nie rusza ta historia z ciocią Kosią? – spytał, kiedy kobieta wróciła już do ogródka z puszką ryby dla kota.

Promyk zeskoczył ze stolika i zaczął ocierać się o jej nogi, domagając się jedzenia. Strategię na dobrego i złego glinę szlag trafił, a zły glina z wyraźną przyjemnością wsadził rudy łeb prosto do puszki.

Pani Cieślak zmrużyła oczy w sierpniowym słońcu. Odgarnęła za ucho kosmyk włosów o barwie oberżyny. Zanotowała w pamięci, żeby jakoś pod koniec miesiąca umówić się do fryzjera. Ta różnica temperatury między działkami a resztą miasta miała fatalny wpływ na trwałą.

– Przecież jej tej jamnik w końcu nie ugryzł – odparła, rozsiadając się w swoim ulubionym, wiklinowym fotelu i kładąc sobie słonecznik na kolanach. – Tylko obszczekał.

– Ale przecież mógł! Wie ciocia, jak gryzą jamniki? Podobno bardzo mocno. Jak u niej byłem, to dalej jeszcze była roztrzęsiona.

– A tam – Pani Cieślak machnęła ręką. – Bo ona to przewrażliwiona jest. Kupiłaby sobie psa wreszcie, to by wiedziała, że wszystko gryzie. Punia to ma takie ostre igiełki, to jak się wbije, to trzeba później siłą odczepiać.

– Wciąż, została obszczekana przez jamnika należącego do kogoś z Nostalgii,i to przed samym wejściem do parku.

– No bo ci z Nostalgii to są dzikusy – odparła ze znudzeniem, zerkając w stronę siatki na tyłach jej ogródka. Trawa po drugiej stronie była jakby bardziej pożółkła, naznaczona spadającymi z drzewa przegniłymi śliwkami – Niczego innego nie można się przecież spodziewać. I żadna to nowość. Raz nam gaszą światło, raz nasyłają jamniki. Sąsiadów się nie wybiera. Chociaż moim zdaniem dobrze byłoby wreszcie zrobić z tym porządek.

Mitra przypomniał sobie animację o Pocahontas, którą oglądał z Misią przez ostatni weekend i oczami wyobraźni widział już dwa wrogie ogródki działkowe szturmujące na siebie o świcie z dzidami i bronią palną. Co, swoją drogą, uświadomiło mu, że koniecznie powinien powtórzyć sobie kilka tematów z historii, żeby chociaż trochę zaimponować nowej wychowawczyni. Miał czas do poniedziałku.

– Przecież z tym światłem, to nie oni, to ja, no – mruknął, wciskając dłonie w kieszenie podartych jeansów.

– Ale korzystali bezczelnie i nic nie zrobili. Jakby nie nasza kochana Krysieńka, to by to trwało po dziś dzień.

– Też ponieśli straty, podobnie jak teraz. Niech się ciocia obejrzy, sama ciocia widzi, że coś im zżera drzewka owocowe. I podobno kwiaty też się nie rozwijają jak trzeba i truskawki i marchewki do niczego.

– To trzeba dbać o swoje – obruszyła się pani Cieślak, wciąż zajęta skubaniem słonecznika. – A nie czaić się na ludzi z jamnikami w parku.

– Ciociu, cała Nostalgia ma pretensje o to, że ktoś z naszych celowo im szkodzi, albo wyrzuca coś do ich ogródków. Ciocia ma ogródek najbliżej Antosikowej, która się najbardziej skarży na szkody. I ja muszę wiedzieć, czy ciocia coś zrobiła, czy nie. To są działki po moim dziaduniu. Niech się ciocia postawi w mojej sytuacji. Przecież jak dojdzie do eskalacji konfliktu, to ja nie mogę cioci kryć, jeśli ciocia rzeczywiście coś im tam wyrzuciła. Niech się ciocia przyzna, proszę, ja to muszę wiedzieć.

– Ależ dziecko, o czym ty mówisz? – zdziwiła się pani Cieślak. – Jakiego konfliktu? Jakiej eskalacji? – Z westchnieniem podniosła się z fotela, podeszła do Mitry i przyłożyła mu dłoń do czoła. – Coś blady jesteś, na pewno się nie przeziębiłeś? Tam w parku i wszędzie to przecież styczeń, a ty tak w rozpiętej kurtce ciągle latasz. Czekaj, siadaj – pchnęła go w stronę fotela. – Ja ci może herbaty zrobię? O, albo rosołek. Ciepły rosołek powinien ci pomóc, tak się składa, że przyniosłam sobie trochę, bo zostało ze stołówki, dzieciaczków mało bo ciągle któreś teraz chore.

Chwilę później Mitra siedział przy ogrodowym stoliku, jedząc z miski rosół z kluskami i zerkając na czekający już na niego półmisek z pierogami. Kot skończył swojego tuńczyka i oblizał się, wyraźnie zadowolony z siebie.

– I co się tak cieszysz? – fuknął na niego Mitra. – To przez ciebie nas złamała, żarłoku.

***

Misia wtoczyła się do budynku wydziału anglistyki, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach i szarpiąc się z nią na starych, przedwojennych schodach. Mamrocząc pod nosem przekleństwa i starając się uniknąć zderzenia z innymi studentami, zdołała wreszcie zostawić bagaż i kurtkę w szatni. Spojrzała na zegarek i uznała, że zasadniczo, skoro wykład zaczął się pół godziny temu, nie wejdzie przecież do auli tak haniebnie spóźniona. Równie dobrze mogła iść na kawę i przeczekać aż do zajęć z fonetyki. To brzmiało jak zupełnie znośna perspektywa. Kupiła kawę i kanapkę i usiadła w kąciku bufetu, przy jedynym wolnym stoliku. Zdążyła może upić łyk i nawet znaleźć w plecaku książkę, którą zaczęła czytać w pociągu, gdy w kolejce do bufetu błysnęła jej znajoma, ruda czupryna.

Piotrek, zwany z jakiegoś powodu Tężcem, niezmiennie piegowaty, jak zwykle potargany i jak zwykle w koszuli w kratę –  tym razem niebieskiej, podkreślającej głęboki błękit oczu –   pokiwał jej dłonią. Odebrał swoje zamówienie i rozejrzał się w poszukiwaniu wolnego miejsca. Bufet był o tej porze zadziwiająco zatłoczony i większość stolików zaścielały kserówki i zeszyty z notatkami, zadanie więc nie było łatwe. Misia z pewnym zdumieniem dostrzegła, że Tężec trzyma się prosto, krok ma pewny i nie rozsiewa wokół siebie woni czterodniowej imprezy w oparach tytoniu, absurdu i alkoholi wszelakich. Błękitne oczy patrzyły bystro i uważnie, zupełnie nie zamglone chemią rozrywkową. Było to zjawisko tyleż miłe, co nietypowe, gestem zaprosiła go więc do swojego stolika.

– Dzięki – uśmiechnął się, zrzucając plecak na drewniane krzesło. – Co, nie udało koleżance dotrzeć na filozofię?

Misia wzruszyła ramionami.

– Pociąg miał opóźnienie. Taki los.

– A, bo w domu na weekend? – upewnił się chłopak. Nawet nie brzmiał na zachrypniętego po trzech wieczorach darcia się na karaoke. To też była pewna nowość.

Misia upiła łyk kawy, zerkając na niego z rosnącym zainteresowaniem.

– Mhm. Ty?

Tężec wzruszył ramionami.

– Przeprowadzkę miałem – odparł.

No cóż, to mogło zupełnie wyjaśniać brak charakterystycznej dla Piotrka poniedziałkowej po-imprezowej aury. Zresztą, nie tylko poniedziałkowej, gdyż w jakiś sposób przez cały pierwszy semestr Tężec sprawiał wrażenie osoby, dla której każdy dzień jest małym weekendem. Było to niegroźne i nieofensywne, chyba że akurat siedziało się obok niego na półtoragodzinnych zajęciach w ciasnej, dobrze ogrzewanej salce na poddaszu budynku.

Odwinął folię spożywczą i wgryzł się w kanapkę. Skrzywił się. uchylił górną część bułki, żeby sprawdzić, co jest w środku. Skrzywił się jeszcze bardziej.

– Znowu kapusta kiszona – mruknął z pewną melancholią, odkładając kanapkę na bok. – Będzie mi tego brakować. Chociaż nie wiem, na tym etapie to może być już syndrom Sztokholmski.

– Brakować? – Misia zmarszczyła brwi.

Tężec zmieszał się nieco. Skulił szerokie ramiona sportowca.

– W sumie to wpadłem dzisiaj tylko do dziekanatu.

– Och?

– Żeby się skreślić z listy studentów – przyznał chłopak, unikając wzroku rozmówczyni.

Misia westchnęła cicho. Już w październiku, na pierwszych zajęciach, dostrzegła, że Tężec wydaje się mieć jeszcze mniej zapału niż ona, i chyba równie ciężko mu skupić się na ćwiczeniach i wykładach. Przez pierwszy miesiąc głównie trzymali się razem, zrywając się z wykładów i narzekając na podziurawiony plan zajęć oraz dziwactwa wykładowców. Z czasem jednak ona nabierała woli walki, Tężec zaś coraz bardziej rzucał się w wir imprez i nocnego życia.

– Nie chcesz nawet zaczekać do nowego semestru? Może dla odmiany będziemy mieli sensownie ułożony plan.

Piotrek tylko wsadził masywne, piegowate łapy do kieszeni i pokręcił głową.

– Szkoda czasu, koleżanko.

Misia przez chwilę przyglądała mu się uważnie, popijając słabą, rozpuszczalną kawę.

– Mogę chociaż spytać, co się stało? W sensie, jeśli to jest coś, o czym chcesz gadać, nie? Bo jakby no, różnie bywa – brnęła. – Sama w sumie myślałam dzisiaj o czymś podobnym – wyznała, nieco zaskoczona własną szczerością. – Trochę mnie ciekawi, co przeważyło u ciebie.

W błękitnych oczach błysnęło zaskoczenie.

– A wydawało mi się, że się ostatecznie koleżanka nawet trochę wkręciła…

– Trochę tak, ale nie –  ucięła.

Przez długą chwilę siedzieli w dość zrezygnowanym milczeniu, głównie kontemplując poniedziałkowy poranek na uczelni, styczniową pluchę za oknem i  trudne życiowe decyzje.

– Słuchaj – odezwał się wreszcie Tężec, tym razem na szczęście odpuszczając sobie tę „koleżankę” .– Jak coś, to to że rzucam studia wcale nie oznacza, że znikam z Zarzewia, nie? Jak się potrzebujesz wygadać i ponarzekać, to możemy się ustawić na jakieś piwo później w tygodniu.

– Pewnie możemy – zgodziła się Misia. – I dzięki. Ale ej – zreflektowała się. – Zaczynam trochę martwić, co ty wykombinowałeś.

Tężec tylko wzruszył ramionami.

– Nie ma czym – zapewnił. – Po prostu to dość… dziwne.

– Dziwne – powtórzyła Misia. – Dziwne jak?

– Możesz wierzyć, możesz nie, ale znalazłem coś, co może dla mnie działać dużo lepiej, niż te studia. Coś, w czym mogę być dobry. Coś, co może powinienem był robić już dużo, dużo wcześniej i co zawsze na mnie czekało, tylko nie miałem o tym pojęcia.

– I znalazłeś to… teraz? – upewniła się Misia, pamiętając, jak w ostatni czwartek Piotrek wciąż chwalił się jeszcze swoim prawie dwutygodniowym sylwestrem i czekającymi go po zajęciach poprawinami. – W sensie, w ten weekend? Podczas przeprowadzki?

Powoli pokiwał głową. W niebieskich oczach błysnęły figlarne iskierki. Wydawał się, ogółem biorąc, dość zadowolony z siebie.

– A. Aha. To fajnie – przyznała Michalina, zastanawiając się trochę czy bardziej prawdopodobnie brzmi sekta, czy naprawdę ciężkie narkotyki. – Niespodziewanie. Ale no, dobrze dla ciebie. Teraz to już musimy iść na to piwo.

***

–No dobra, to co ci dokładnie nagadała? – spytał Mitra, mierząc wzrokiem wyraźnie rozbawioną Michalinę. Alejki ogrodu działkowego Promyczek jak zwykle tonęły w sierpniowym słońcu. Nad kwiatami sennie fruwały pszczoły, mniejsze muszki tańczyły w cieniu pod drzewem, kropelki rosy drżały na źdźbłach trawy.

– Och, nic takiego – zapewniła Misia, starannie wieszając swoją zimową kurtkę na gwożdziu progu zamieszkiwanej przez Mitrę altanki. Wiedziała, że przez następną godzinę czy dwie i tak nie będzie jej potrzebować. – Tylko tyle, że próbowałeś przesłuchiwać Dzidkę Cieślak i kilka innych właścicielek granicznych działek i że w efekcie przechorowałeś cały weekend, bo żołądek tego nie wytrzymał.

– To nie jest śmieszne – obruszył się Mitra. – Nie miałem kiedy powtórzyć historii i nie mogłem się zgłosić do odpowiedzi u pani Karoliny, bo tylko bym z siebie zrobił głupka. A ten jamnik Puchalskiego cały czas grasuje po parku i tylko czekać, aż kogoś dziabnie.

Misia skrzywiła się nieco.

– No tak, jamnik może być problemem – zgodziła się. – To bydle jest pół–dzikie.

– I widzisz. Ty sobie siedzisz w tej swojej dziurze cały weekend, a ja tutaj próbuję powstrzymać eskalację konfliktu. A aż boję się myśleć, jak to się rozkręci dalej. A one sobie w ogóle nic z tego nie robią! – emocjonował się Mitra. – I twierdzą, że nie wiedzą o co chodzi i wszystkiego się wypierają i próbują mnie przekupić. A przecież, jeśli ja tego nie rozstrzygnę, to…

Misia zdołała jakoś zdusić parsknięcie śmiechem i zamarkować je kichnięciem. Mimo to Mitra i tak łypnął na nią z jawnym oburzeniem.

– No co?!

– Mitra, ty masz szesnaście lat – przypomniała mu Misia. – Mieszkasz tu niecały miesiąc i dopiero co zacząłeś szkołę. Nikt od ciebie nie oczekuje, że będziesz rozstrzygał ciągnący się od lat spór grupki emerytów.

– Ty nie widziałaś cioci Kosi jaka była przejęta, jak do niej wystartował ten jamnik! Przyszła do mnie, no, prosiła, żebym jakoś pomógł to rozwiązać. Że przecież już raz mi się udało i że ona we mnie wierzy. Nie mogę jej przecież zawieść. Wiesz, jakie ona robi dobre pierniczki?

– No wiem – Misia pokiwała głową na wspomnienie owych pierniczków. – Ale wciąż, nie sądzę, że przesłuchiwanie wszystkich właścicieli sąsiadujących z Nostalgią to jest w tym przypadku rozsądna strategia.

– Przecież są z tamtymi niby-poszkodowanymi przez siatkę! Musieli coś wiedzieć albo widzieć, tylko próbują zgrywać niewiniątka i przekupują mnie obiadkami, bo wiedzą, że jako dziedzic nie mogę mieć względów. Przecież bym jakoś to rozwiązał, jakby tylko zdecydowały się przyznać.

Misia zamrugała.

– A wziąłeś może pod uwagę opcję, że wcale ci nie próbują niczego wciskać ani przekupywać? I że ciocia Kosia zwróciła się do ciebie, bo wiesz, że jesteś magiem i masz szansę dostrzec coś, czego one nie są w stanie zobaczyć?

Sądząc po minie Mitry, taka możliwość raczej nie zaświtała w jego głowie.

– To co ja powinienem zrobić, co? – spytał, dość bezradnie.

– No na początek możemy się przejść po tych granicznych działkach – zaproponowała Misia. – Może się na coś natkniemy. A później może spróbować złożyć wizytę w Nostalgii i zobaczyć, jak się sprawy mają. Tym razem oficjalnie, korzystając z bramy. Jesteśmy działkowymi magami, a oni prawdopodobnie mają magiczny problem. To w ich interesie jest, żebyśmy go rozwiązali.  Może być?

Młody mag pokiwał głową, chociaż prostota rozwiązania chyba nieco go rozczarowała.

– Chodźmy – zgodził się. – W sumie możemy zacząć od mojego ogródka. Chociaż nie widziałem w nim nic dziwnego.

Z działkowej altanki wyjrzał Promyk. Obrzucił Misię urażonym spojrzeniem, przeszedł obok niej obojętnie i wskoczył Mitrze na ramię.

– No widzę, że dobrze się nim zajmowałeś pod moją nieobecność – zakpiła Misia.

– Doskonale. Ciocia Dzidka nakarmiła go tuńczykiem.

– Miau – potwierdził Promyczek, spoglądając na Misię z pewną prowokacją.

Misia rozłożyła bezradnie ręce.

Oględziny tyłów ogródka Mitry nie przyniosły zbyt spektakularnych efektów, głównie dlatego, że od jakiegoś czasu stał zaniedbany i nie rosło w nim w sumie nic oprócz chwastów, kolczastych jeżyn i wyjątkowo ładnych, dzikich róż.

Następne dwa ogródki – chociaż znacznie bardziej zadbane – również nie dostarczyły im zbyt wielu odpowiedzi. Trawa się zieleniła, kwiaty kwitły, drzewka owocowe uginały się od wiśni i śliwek. W miarę jednak jak przemieszczali się bardziej ku wschodniej części ogrodu, coraz więcej zdarzało się plam pożółkłej trawy i coraz częściej drzewa zdawały się chore, otoczone przedwcześnie zgniłymi owocami. Śliwki na rosnącym tuż przy siatce drzewie pokrywał biały nalot.

 W ogrodzie Dzidki Cieślak znaleźli dwa czarne, pozbawione skorupy ślimaki. Pełzały sobie apatycznie wzdłuż siatki i omal nie zostały rozdeptane bosą stopą Mitry. Promyczek szturchnął jednego z nich łapą. Odskoczył, nastroszył się, położył uszy po sobie i zasyczał.

– O – mruknęła Misia, zerkając to na ślimaki, to na kota. – Ciekawe. Zwykle ślimaki go nie interesują.

Mitra pochylił się nad jednym ze ślimaków i szturchnął go, najpierw krańcem patyka, później palcem. Odsunął rękę, zdziwiony.

– Rosa – stwierdził, spoglądając z zaskoczeniem na towarzyszkę. – Te ślimaki aż spływają rosą.

– W sensie: magiczną rosą?

– A jaką? Naszą rosą. Pomacałem i czuję, jakbym mógł teraz sam iść polować na słońce.

– Ej, pokaż – Misia przysiadła na wilgotnej ziemi i wzięła ślimaka w dwa palce. Przez chwilę przyglądała mu się w skupieniu.

– Miau – odezwał się kot, łypiąc na nią z wyraźną odrazą.

– On ma rację – zgodził się Mitra. – Trochę fujka.

Misia odłożyła ślimaka na żwirową ścieżkę między rabatkami.

– No może i fujka – stwierdziła. – Ale jestem coraz bardziej ciekawa, czy po drugiej stronie siatki też je znajdziemy. Co byś powiedział na wycieczkę do Nostalgii?

Nieco marudząc, Mitra posłusznie powlókł się za Misią do altanki po swoją kurtkę, a następnie na wietrzne, styczniowe popołudnie. Przed bramą wrogich ogródków działkowych stał akurat pan Puchalski z powarkującym groźnie jamnikiem. Michalina bardzo nie chciała wierzyć, że nie pełni roli gwardii honorowej, tylko akurat zagadał się ze spotkaną przy bramie sąsiadką, ale nie miała zbyt wielkich złudzeń. I on i ubrana w czerwony płaszcz kobieta spoglądali na nią i na Mitrę nieprzyjaźnie.

–  Dzień dobry – spróbowała Misia, uśmiechając się do obojga wartowników. Wymruczeli w odpowiedzi coś, co dało się zinterpretować tylko jako lodowato zimne „dzień dobry”. – Jesteśmy magami, specjalizujemy się w ogródkach działkowych. Słyszeliśmy, że macie tutaj jakiś problem, który należy pilnie rozwiązać. Chcielibyśmy zaoferować naszą pomoc.

Jamnik rozszczekał się, wyraźnie urażony obecnością siedzącego na ramieniu Mitry kota. Kot zasyczał w odpowiedzi. Pan Puchalski i jego towarzyszka wymienili kilka znaczących spojrzeń, po czym mężczyzna pchnął żeliwną bramę, gestem zapraszając magów do środka, całym sobą dając do zrozumienia, że wyświadcza im ogromną łaskę. Następnie ruszył za nimi, najwyraźniej nie zamierzając ani na moment spuszczać intruzów z oka. Rozszczekany jamnik wciąż dreptał przy jego nodze, najwyraźniej jednak nie miał odwagi przechodzić do ataku. Po prostu warczał tak groźnie, jak tylko jamniki potrafią.

Pierwszym, co rzuciło się Misi w oczy było to, jak  bardzo tak naprawdę oba ogrody działkowe się od siebie różnią. Umknęło jej to przy poprzedniej wizycie, bo wtedy Promyczek pogrążony był w całkowitej ciemności i widziała jedynie kontury altanek, w Nostalgii zaś głównie panowała panika. Teraz jednak, kiedy miała już czas przyzwyczaić się do białych płotków i zgranych kolorystycznie domków, wyraźniej dostrzegała wszystkie kontrasty. Nostalgia wydawała jej się po prostu bardziej dzika; z przyczepami campingowymi zamiast altanek, porzuconymi w gąszczu drzew czerwonymi kioskami Ruchu, domkami zbudowanymi na drzewach i szkieletami szklarni. Było też kilka domków, pomalowanych na najdziksze kolory, małych i dużych, odnowionych i ledwie stojących. Pan Puchalski szedł szybkim, żołnierskim krokiem, nie bardzo było więc czasu na zwiedzanie i pytania do przewodnika.

–Tutaj – obwieścił mężczyzna, zatrzymując się przed jedną z altanek.  – Tylko szybko. Sąsiadka Antosik to nie lubi jak ktoś jej patrzy w ogródek, bo uważa, że to przez to jej wszystko usycha – dodał z przekąsem. – Jakby tylko ona jedna była poszkodowana.

Michalina rozejrzała się po na wpół uschniętym, zdewastowanym ogródku Antosikowej. Sąsiadujące ogródki też nie wyglądały najlepiej. Jak okiem sięgnął, ciągnął się pas żółtej trawy i pozbawionych owoców drzew. Problem zdawał się rozprzestrzeniać, nie tylko na działki umiejscowione wzdłuż siatki, ale też te po przeciwnej stronie żwirowej alejki. Rodzinny Ogród Działkowy zdecydowanie przeżywał ciężkie czasy.

– No dobra – mruknęła Misia, kontemplując skalę zniszczenia.– Ostatnim razem jak tu byłam, było ładniej.

– Mówisz? – rzucił z roztargnieniem Mitra, odrywając się na moment od obserwacji kota. Kot czaił się w wyschniętej trawie, zupełnie ignorując jamnika. Pełzał nisko na łapach, prawie szorując brzuchem o ziemię i co jakiś czas syczał wściekle.

Misia spojrzała pod stopy. Po suchej, rozgrzanej ziemi pełzały czarne ślimaki. Zdawały się aż lśnić magiczną rosą.

– Ja mam dziwne wrażenie – odezwał się Mitra. – Że one ją po prostu wchłaniają. Dlatego wszystko więdnie.

***

Przy trzecim piwie Misia uświadomiła sobie, że tak naprawdę przecież nigdy nie miała zbyt mocnej głowy i zapomniała o tym tylko dlatego, że w przerwie między wykładami zazwyczaj wystarczało jej czasu na jedno, sączone bardzo powoli.

– To co, koleżanko,  jeszcze jedna kolejka? – zaproponował Piotrek, cały czas energiczny i ożywiony rozmową. Bez wątpienia miała do czynienia z imprezowym weteranem.

– Ja chyba pas – wymamrotała, podpierając brodę na stołowym blacie. – Ale to bardzo słaba akcja – przyznała. – Z twoimi starymi. I przymusową wyprowadzką i tak dalej. Naprawdę strasznie… strasznie mi przykro.

Chłopak uśmiechnął się słabo.

– Nie jest tak, że zupełnie nie dałem im powodów. Ale w sumie to nie narzekam. Wprowadziłem się do domu po dziadkach. I to jest naprawdę bardzo przyzwoity domek, chociaż sporo mniejszy od naszego. Zresztą, co ja będę gadał po próżnicy. Koleżanka ze mną pójdzie, to wszystko pokażę. Mieszkamy teraz właściwie po sąsiedzku.

– Serio?– ucieszyła się Misia.

– Poniekąd – Tężec zaoferował jej ramię. Błękitne oczy były pełne poczucia winy.– Chodźmy, obojgu nam się przyda kawa. Istnieje możliwość, że trochę przeceniliśmy twoje możliwości. Chodź, idziemy się przespacerować. Ostrożnie, stopień – instruował Tężec, prowadząc towarzyszkę do wyjścia z pubu.

Lokal znajdował się w piwniczce kamienicy, do tego w bramie, porządnie wstawiona Misia zdecydowanie wymagała więc asekuracji. Kiedy znalazła się na w miarę równym i w miarę stabilnym gruncie szła jednak pewnie, momentami tylko korzystając z ramienia Piotrka.

Mimo styczniowej pluchy, na deptaku bawiono się w najlepsze. Z pubów dochodziła muzyka, ludzie stali przed witrynami, paląc papierosy lub przemieszczali się do następnego klubu, śmiejąc się i przekrzykując nawzajem. Od czasu do czasu zatrzymywali się, żeby zrobić sobie zdjęcia ze świątecznymi dekoracjami.

Wciąż roztrząsając to, czy rodzina Tężca miała prawo w trybie ekspresowym wyprowadzać go z domu, czy nie, ruszyli najpierw główną ulicą, wciąż jeszcze rozświetloną świątecznymi dekoracjami, później węższymi zaułkami pełnymi wąskich kamienic i głębokich bram, następnie zaś doskonale znanym im parkiem wokół stawu.  za murem Piotrek skręcił gwałtownie w wąską, wydeptaną ścieżkę między krzakami akacji i poprowadził Michalinę w stronę niewielkiego, drewnianego budyneczku na uboczu.

W świetle latarni budynek wydawał się szary i nieco smutny, jakby skurczony, ale nie była w stanie stwierdzić, jaki naprawdę ma kolor w dziennym świetle. Wokół pachniało dymem.

– To tutaj? – upewniła się Michalina.

– Tutaj – Tężec wyciągnął z kieszeni pęk kluczy, którymi równie dobrze mógłby kogoś zabić gdyby zamachnął się dostatecznie mocno. Przez długą chwilę szukał właściwego klucza, później szarpał się z zamkami, wreszcie jednak zarówno furtka jak i drzwi wejściowe stały przed nimi otworem.

Domek miał przepastną, głęboką sień,  kuchnię, łazienkę, dwie dość ciasne izdebki i i piwnicę.  Miał też na szczęście zupełnie normalnie działającą elektryczność i nawet chyba podciągnięty gaz i kanalizację. Było lepiej, niż Misia się z początku obawiała, chociaż wnętrza zdecydowanie były urządzone raczej w duchu dawno minionych dekad a w powietrzu unosiły się drobinki kurzu. Przypomniał jej się strych w rodzinnym domu i uśmiechnęła się lekko. Klimat w gruncie rzeczy był dość podobny. jedynym nowym elementem wystroju wydawał się laptop.

Piotrek nastawił kawę w mosiężnej kawiarce i postawił przed Misią szklankę wody.

– Pij – polecił.

Misia, otrzeźwiona już nieco podróżą szarpiącym tramwajem i wędrówką przez zimową pluchę, posłusznie osuszyła szklankę.

– Dzięki – mruknęła.

Rozejrzała się uważnie po kuchni. Kredens równie dobrze mógł pamiętać wojnę, podobnie jak widoczna w nim zastawa, piec też należał do raczej staromodnych rozwiązań. Nad piecem suszyły się zioła, biblioteka pełna była książek o rzadko spotykanych roślinach, o ogrodnictwie i astrologii. Misia dostrzegła też przynajmniej jedno opakowanie kart wygladających na tarota.

– Dobrze znałeś swoich dziadków? – zaciekawiła się.

– Właśnie w tym rzecz – Tężec rozłożył bezradnie ręce. – że prawie wcale. Wiem, że to rodzice mojego taty. I że raczej się z nami nie lubili, nie byli zadowoleni z jego wyborów, mimo że był jedynakiem. Prawie nigdy u nich nie bywaliśmy, wydaje mi się, że mogłem tu być raz. Nie mam pojęcia, czemu zapisali mi ten dom, ale byli bardzo precyzyjni, że to muszę być ja. Nie moja siostra, nie mój starszy brat, tylko ja. I w sumie dobrze, bo jakby nie to, to pewnie nie miałbym gdzie się podziać.

– Masz tu w ogóle Wi–Fi?

– Jeszcze nie, muszę dopiero podpisać umowę o podłączenie. Ale da się zrobić, podobno bez problemu.

– A ty w ogóle masz jakąś kasę? – zatroszczyła się Misia. – Bo wiesz, taki dom to chyba jednak trochę kosztuje, jeśli chodzi o utrzymanie. Ty tu chyba nadal palisz węglem, co nie?

– Węglem. Ale no, jeśli chodzi o kasę, to nie ma się co przejmować. Mam całkiem niezłe źródło dochodu. Zaskakująco opłacalne.

Czyli jednak narkotyki, pomyślała z rezygnacją Misia, wciąż rozglądając się po mieszkaniu. To albo lewy spirytus.

Piotrek rozlał kawę do porcelanowych filiżanek i zmusił towarzyszkę, żeby wypiła. Z każdym łykiem rzeczywistość stała się jakby bardziej spójna i mniej rozchwiana.

– To co to właściwie za historia? – spytał Tężec, przyglądając się Michalinie z uwagą. – Z tym twoim rezygnowaniem ze studiów?

Misia westchnęła. Przez dobrą chwilę zastanawiała się jak ubrać w słowa coś, co w sumie kryło się gdzieś z tyłu głowy, i co ciężko dało się wytłumaczyć komuś takiemu, jak Piotrek. Komuś, kto prawdopodobnie nigdy nie miał do czynienia z choćby najmniejszą i najbardziej drobną magią.

– No dobra – Dopiła kawę i oparła brodę na splecionych dłoniach. – Powiedzmy, że gram w zespole muzycznym, nie?

– A grasz? – ożywił się Piotrek. – Na czym? Ja trochę gram na basie. Pokazałbym, ale mam gdzieś tam – Wskazał na drzwi, prawdopodobnie prowadzące do sypialni. – Jeszcze nie rozpakowałem.

Popatrzyła na niego z politowaniem.

– Słyszałeś mnie przecież na tej jednej imprezie. Naprawdę sądzisz, że miałabym dość poczucia rytmu, by grać na czymkolwiek?

–          Właśnie dlatego się zdziwiłem, no.

Misia zmierzyła go nieco zniecierpliwionym spojrzeniem.

– To mam mówić, czy będziemy się zastanawiać nad moim nieistniejącym talentem muzycznym?

– Mów, mów. Już siedzę cicho.

– No dobra – Wzięła głębszy oddech. – To powiedzmy, że przez większość liceum grałam w zespole. I powiedzmy, że na basie. Możemy też założyć, że byłam najmłodsza i pozostali członkowie zespołu albo już pokończyli studia albo w ogóle sobie odpuścili. I że przez większość czasu działaliśmy i mieliśmy próby i wszystko. I teraz, jak ja wyjechałam i mieszkam na stałe tutaj, to nagle się okazało, że jest problem, bo chłopaki zaczynają się ze sobą żreć i robić dziwne ciśnienie i chociaż nie mam jakiejś kluczowej roli,  to ta każdym razem jak zjeżdżam do domu na weekend to się dopytują, czy na pewno nie poznałam nikogo, kto też siedzi w tych klimatach i czy na pewno nie wkręciłam się w żadne próby tutaj na miejscu. I nie wiem no, niby na mnie czekają, aż wrócę na wakacje i jak przestanę wyjeżdżać, bo niby jestem im niezbędna , ale to wkurzające – Wzruszyła ramionami. – Jak sama siebie słucham, to to brzmi jeszcze bardziej idiotycznie – mruknęła, zerkając z żalem na pustą już filiżankę z kawą. – Przynajmniej no, jak na powód rezygnacji ze studiów. Ale chcę grać i jeśli wychodzi na to, że mogę to bez wyrzutów sumienia i wpędzania mnie w poczucie winy robić tylko tam, u siebie, to momentami mi się wszystkiego odechciewa. I martwię się, że nie wiem, jak rzeczywiście znajdę sobie jakiś zespół tu na miejscu, to tamto się rozsypie i nie będzie co zbierać i to będzie moja wina. I że w ogóle – wzdrygnęła się. – Stanie się coś złego.

– Brzmi słabo – zgodził się Tężec. – Wiesz, zdarzało mi się grać z jakimś zespołem, albo dwoma, ale no, nikt jakoś nie robił problemu z tego, że ktoś się przeprowadza i nie może kontynuować. Nie może to nie może, zazwyczaj jest więcej ludzi, którzy chcą i potrafią. Ja tam bym ich olał

– Łatwo powiedzieć.

– Pewnie tak. Gadałaś z nimi od tych ostatnich odwiedzin? 

Misia wzruszyła ramionami.

– Jakoś nie za bardzo. Średnio miałam czas. Pomagałam sąsiadce porządkować jej altankę na działce – wyjaśniła, tylko trochę mijając się z prawdą.

– O i widzisz – uśmiechnął się Piotrek. – I bardzo dobrze. Nie ma co negocjować z terrorystami. Chcesz grać, to graj, nie chcesz, to nie graj, ale nie masz żadnego powodu, żeby przejmować się zaborczymi typami gdzieś kawał stąd.

– No nie wiem – Michalina westchnęła cicho znad swojej kawy. – Jakby, sporo im zawdzięczam. Od początku mnie bardzo wspierali.

– Ograniczanie czyjegoś rozwoju to nie jest wsparcie. Wspieraliby cię, jakby pozwolili ci działać samej, uczyć się, popełniać błędy.

Żeby to tylko było takie łatwe, pomyślała Misia, krzywiąc się lekko na wspomnienie o wszystkim, co mogło pójść nie tak przy wykorzystywaniu wielkiej magii. I jeszcze większej magii. O wakacyjnej wyprawie do fabryki.

– Wyobrażam sobie, że jest dość ciężko – ciągnął Piotrek, chyba widząc jej minę. –  Jak przychodzi do przewartościowania przyjaźni z czasów liceum. Nasłuchałem się trochę.

– A ty? – zaciekawiła się Misia. – Jak to sobie ogarnąłeś?

Tężec tylko uśmiechnął się smutno.

– A mnie, szczęście w nieszczęściu ten problem ominął.

– Och?

Piotrek podniósł się z krzesła i wyciągnął do Misi dłoń.

– Pokażę ci coś – zaproponował.

Misia posłusznie poszła za nim, mimo wszystko trochę zaciekawiona, gdzie w tym domu Piotrek znalazł miejsce na produkcję narkotyków. Zaprowadził ją do sieni, otworzył drzwi, na oko prowadzące do spiżarki i jeszcze jedne drzwi, za którymi znajdował się dość solidnie wyglądający, kamienny tunel. Piotrek ruszył przodem, przyświecając sobie latarką.  Wciąż nieco wstawiona Misia szła za nim, żartując sobie o tajnych, podziemnych laboratoriach i przestępczym półświatku. Przestała żartować, gdy nagle wyszli w rozgwieżdżoną, sierpniową noc.

Przed ich oczami roztaczał się widok na pogrążony we śnie ogród. W oszołomieniu Misia spoglądała na idealnie równe grządki, skrzynki z ziołami, szklarnię i kwiatowe rabatki. W powietrzu unosił się zadziwiająco świeży, słodkawy zapach. Pamiętała go, chociaż nie miała pojęcia skąd.

– To twoje? – zdumiała się Misia. Wydawało jej sie, że rozpoznaje okalające ogród mury.

– Dziadków – odparł z wyraźną dumą Tężec. – Podczas przeprowadzki znalazłem klucz w kredensie i odkryłem, do których drzwi pasuje. Znalazłem ten ogród i przez resztę weekendu zacząłem robić w nim porządki. Znalazłem też notatki babci. Wszystko zapisała. Które rośliny kiedy podlewać i jak o nie dbać, zostawiła nawet numery do stałych klientów.

– Klientów? – powtórzyła Misia, oszołomiona ciepłem, zapachami i przede wszystkim, pulsującą w powietrzu magią. Źdźbła trawy błyszczały aż od rosy. Z trudem powstrzymywała się, by nie zaczerpnąć z niej i nie sięgnąć po czające się w ogrodzie cienie. Czuła, że tu i teraz mogłaby z nich tworzyć prześliczne rzeczy.

–Ja nie wiem czym są te rośliny – Piotrek ściszył głos. – Rozpoznaję tylko mlecze i babkę, a poza tym nie bardzo. Ale zadzwoniłem pod te numery, co były w dzienniku babci i ludzie odbierają i pytają się, czy ogród znów działa i zgłaszają się po rzeczy. Przychodzą, biorą nasiona, sadzonki i cebulki i płacą dobre pieniądze. I mówią, że będą płacić jeszcze więcej za kwiaty i owoce.

Misia w zadumie pokiwała głową, nawet nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Cała ta wibrująca w powietrzu magia nieco wybijała ją z rytmu, wciąż pulsujący w skroniach alkohol wcale nie pomagał się skupić.

– Miśka?

– Mhm?

– Ty to wszystko widzisz, prawda? – upewnił się. – To, że jest ogród, i że jest ciepło i pachnie i w ogóle?

– Tak. Widzę.

– Czyli ja nie oszalałem? Nie przyśniło mi się to? To wszystko jest prawdziwe?

Misia zaczerpnęła tchu.

– Raczej tak.

– To dobrze – Piotrek uśmiechnął się miękko i bardzo chłopięco. – Bo ja zawsze chciałem mieć ogród o którym nikt nie wie.

***

– To musi być tutaj – mruczała do siebie Misia, brnąc przez deszcz, mgłę i pluchę. – Gdzieś tutaj. Jestem prawie pewna.

Mitra próbował za nią nadążyć, zmarznięty, skulony na wietrze w swojej dość cienkiej kurtce i raczej sceptyczny.

– Ale czego właściwie szukamy? – dopytywał.

– No mówiłam ci przecież. Tego ogrodu, w którym byłam w nocy!

– Ty jesteś pewna, że ci się to nie przyśniło?

– Nie byłam tak aż tak pijana! – obruszyła się Misia.

– Ciocia Krysia mówiła, że pół nocy ganiałaś za kotem i wołałaś za nim „taś taś”.

–… Poważnie?

– Możliwe, że trochę podkolorowałem.

Misia wzniosła oczy ku niebu.

– No ale tego ogrodu to jestem pewna – upierała się. –  Byliśmy w tym pubie obok uczelni, wracaliśmy razem parkiem i później gdzieś skręciliśmy i był dom. I z tego domu było przejście, więc powinniśmy… – zmarszczyła brwi. – Chodźmy do Promyczka – zaproponowała, skręcając w stronę drogi nad kanałem.

Mitra, wciąż nieco zdezorientowany, ruszył jej śladem.

– Co, poddajesz się? – spytał z pewną nadzieją.

– Nie no. Po pierwsze naprawdę potrzebuję się zagrzać. Po drugie chciałam coś sprawdzić.

– O–okej.

Już po pięciu minutach w Rodzinnym Ogrodzie Działkowym Promyczek, spływali potem, a mokre koszulki kręciły się do pleców. Misia tym razem uznała, że nie ma sensu zostawiać kurtki w altance Mitry, bo wpadli na chwilę i zaraz będą wychodzić, szli więc przez sierpniowe popołudnie w swetrach, zimowych butach i z kurtkami i szalikami w objęciach. Misia skierowała się ku wschodniej części ogrodu i szła tak długo, aż napotkali mur z szarego piaskowca.

– Spójrz – poleciła, wskazując na widoczne za murem drzewa i budynki.

Mitra zerknął posłusznie we wskazanym kierunku, po czym przeniósł wzrok na nią.

– No co?

– No jak się uważnie przyjrzysz, to te drzewa są trochę dalej. Nie rosną zaraz za ogrodem, tylko trochę jakby w oddali, widzisz?

– Po prostu ten mur jest gruby.

– Sam jesteś gruby – odparła Misa, co było nawet nie tyle kłamstwem, co dowodem na zaburzenia percepcji. – Jak jesteś taki mądry to właź i zobacz.

– Co znowu? – oburzył się chłopak.

– Jesteś lekki. Podsadzę cię, już raz to robiłam. Właź i rób zdjęcie, bo inaczej nie uwierzę.

Mitra z pewnym ociąganiem, ale jednak wykonał polecenie, najwyraźniej wychodząc z założenia, że nie ma sensu dyskutować z kimś, kto nocami odwiedza nieistniejące ogrody. Ku rozczarowaniu Misi, ze szczytu muru rzeczywiście było widać w sumie dość nudno wyglądający parking za sklepem samoobsługowym. Westchnęła cicho, wpychając odzyskany telefon do kieszeni. Zerknęła pod nogi, na samotnego, czarnego ślimaka pełznącego sobie wzdłuż siatki oddzielającej oba ogrody.

– Zaraz – mruknęła. – A co, jeśli te ślimaki są dowodem?

– Dowodem czego?

– Tego, że nic mi się nie przyśniło i jest trzeci ogród, no!  Pomyśl tylko. Ślimaki się pojawiły w Nostalgii i owszem, przełażą do nas, ale raczej z tamtej storny i raczej po wschodniej stronie ogrodu, z tego co ostatnio widzieliśmy. A Piotrek mi przyznał, że odkrył ogród dopiero jakoś w weekend. Kiedy była ta akcja z ciocią Kosią i jamnikiem?

– W sobotę rano podobno, jak rano szła do Promyczka.

– I później cały dzień prowadziłeś śledztwo, i po trzech obiadach pod rząd się poddałeś i padłeś.

– Mniej więcej.

– No, a w czwartek Piotrek jeszcze był na uczelni, i możliwe, że w piątek już wylądował w domu u dziadków. Miał szansę znaleźć ogród i coś tam nabroić, nawet niechcący i nieświadomie.

– Skoro tak – mruknął w zadumie Mitra, chyba nieco podbudowany możliwością pozbycia się nieszczęsnych ślimaków. – To znaczy, że ten ogródek musi być bardziej w tej części, gdzie Nostalgia, nie nasza część. Z góry w sumie nic nie widać, ale może rzeczywiście, coś jest w murze.

– No mówię ci, musimy znaleźć domek i tunel, i wtedy będzie też ogród.

–Jeśli ten twój kolega siedzi w ogrodzie i coś tam robi, to raczej nie trzyma domu otwartego. Jeśli ma klientów, to ma też drugie wejście.

– Odważne założenie. Co proponujesz?

– Wracamy na to zimne cos na zewnątrz – zadecydował Mitra. – I tym razem podejdziemy od wschodniej strony Nostalgii i dokładnie sprawdzimy ten mur.

–Mitra?

– Tak?

– To mokre coś na zewnątrz nazywa się świat.

Świat okazał się tak samo zimny, mokry i zacinający po twarzach deszczem ze śniegiem jak zapamiętali. Kryjąc się pod kapturami ruszyli przez park i osiedle domków, ku wejściu do Nostalgii. Kilku kręcących się przy furtce staruszków obrzuciło ich nieprzyjaznymi spojrzeniami. Skręcili tuż za rogiem i szli wzdłuż porosniętego winoroślem muru, tak blisko, że Mitra niemal szorował rękawem kurtki o szorstki kamień. Co chwila też ostukiwał mur trzymanym w dłoni kijkiem. Wreszcie, na wysokości intensywnie zielonego volvo zaparkowanego wzdłuż uliczki, Mitra zatrzymał się, zupełnie znieruchomiały. Misia zmyliła krok.

– Co jest? – spytała, nieco zdezorientowana.

– Tutaj – odparł chłopak, spoglądając na częściowo ukryty za winoroślą kawałek muru. Przyłożył do niego dłoń i pchnął lekko. Kamień rozjaśnił się słonecznym blaskiem, cienkie, z początku ledwie widoczne rysy wypełniły się białym światłem, coraz wyraźniej układając się w zarys rzeźbionej bogato furtki, bardzo podobnej do tych stanowiących wejście do obu Rodzinnych Ogrodów Działkowych.

– No, no – mruknęła Misia, gdy furtka uchyliła się lekko, wpuszczając ich do środka.

– Jest wrażliwa na magię – wyjaśnił Mitra, wślizgując się do środka. Natychmiast dosięgnęły ich promienie słońca, przyjemnie rozgrzewając przemarznięte dłonie i twarze. – Tylko mag może ją otworzyć i tylko jeśli jest skłonny zostawić podpis.

Misia zmarszczyła brwi.

– Podpis?

Chłopak zerknął na nią przelotnie, trudno powiedzieć, czy bardziej zaskoczony, czy zatroskany.

– U mojego wuja w antykwariacie był podobny system – wyjaśnił. – Trzeba było zostawić próbkę swojej magii, tak, żeby gospodarz od razu wiedział, z jakiego typu magiem ma do czynienia i czego się spodziewać.

– Ciekawe – uznała Misia, ruszając w ślad za nim. Furtka była już otwarta, a ona nie miała najmniejszego zamiaru się podpisywać. Ruszyli w głąb ogrodu żwirową alejką.

Nie miała nawet cienia wątpliwości co do tego, że to ten sam ogród, który odwiedzała w nocy. W blasku słońca prezentował się jeszcze bardziej imponująco, chociaż na jej gust może nieco zbyt pedantycznie. Alejki i grządki były idealnie wytyczone i porośnięte zasadzonymi w równych odstępach roślinkami. Mitra pociągnął nosem.

– Mandragory – mruknął.

– Co?

W jego oczach znów błysnęło to samo zaskoczenie i może trochę troska.

– Czujesz ten słodkawy, letni zapach?

– Mhm.

– Tak pachną młodziutkie mandragory. Jeszcze przed wyrwaniem, sproszkowane pachną już trochę słabiej.

– Skąd wiesz? – zdziwiła się Misia.

– Wujek kiedyś kupił kilka sadzonek i stwierdzał, że będzie hodował. I wiesz jak to jest, on siedział w tych swoich książkach, a ja to musiałem pielić i karmić i doglądać i im śpiewać. Wiedziałaś, że trzeba im śpiewać?

– Nie. Moja babcia hodowała tylko kury. Jedną trzeba było karmić łyżeczką, tak ją nauczyła.

– Aha.

– Co się w sumie robi ze sproszkowaną mandragorą?

Mitra wzruszył ramionami.

– Różne takie.  Twoi jej nigdy nie stosowali?

–  Nasz medyk, czasem wspomagał się różnymi proszkami, jak rany były ciężkie, ale no, nie dopytywałam. Widziałam tylko jego kolekcję fiolek.

–   Aha.

Przez chwilę spoglądali na siebie w całkowitym milczeniu. Żadne z nich jakoś nie czuło się na siłach, by skomentować coraz bardziej rzucający się w oczy fakt. Mag, który szkolił Mitrę był znacznie potężniejszy i lepiej wykształcony niż mentorzy Misi. Chłopak otwierał już usta, by o coś spytać, gdy nagle dostrzegli ruch w szklarni. Szklane drzwi skrzypnęły cicho. Misia sięgała już po smugę cienia pod taczkami, ale Mitra tylko pokręcił głową.

–  Zostawiliśmy podpis –  mruknął, zaciskając dłoń na nadgarstku Misi. –  Nie ma sensu się kryć.

–  Ty zostawiłeś –  obruszyła się Misia, wyciągając rękę do cienia.

–  I tak jest magiem. Wyczuje cię, nawet jak go użyjesz. Daj spokój.

–  …Dziękuję, mój drogi – Kobieta, która towarzyszyła Piotrkowi, odziana była w długi, zielony płaszcz. W szczupłych, niemal alabastrowo białych dłoniach trzymała skrzynkę pełną doniczek z sadzonkami. –  Nawet miło się robi z tobą interesy. Proszę, daj mi znać, kiedy maleństwa będą już na tyle dorosłe, by je zebrać. To bardzo delikatne stworzenia. Należy im poświęcać całą uwagę, a niestety aktualnie nie mogę sobie na to pozwolić.

–  Nie ma sprawy. To jesteśmy w kontakcie.

–  Do usłyszenia Patryku

–  Piotrze.

–  Piotrze. Tak. Do usłyszenia. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że znów mamy w mieście porządnego ogrodnika.

Piotrek ukłonił się lekko i kobieta zdobyła się na nieco roztargniony uśmiech. Twarz również miała bladą, z bardzo jasnymi, prawie niewidocznymi rzęsami. Jasne, jakby zupełnie pozbawione swojej barwy włosy spływały spokojnie na plecy, proste i równo przycięte. Oczy o barwie starego żelaza rejestrowały każdy szczegół ogrodu. Uprzejmie skinęła głową Mitrze i Misi, po czym wraz ze swoją skrzyneczką ruszyła ku wyjściu z ogrodu.

Młodzi magowie spoglądali w ślad za nią, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.

– O, cześć – Tężec pojawił się za plecami tak niespodziewanie, że aż podskoczyła. – Widzę, że razem z kolegą znaleźliście wejście dla klientów.

– A. Tak – mruknęła Misia. – Znaczy, bardziej Mitra znalazł. Mitra jest moim przyjacielem. Poniekąd właścicielem tego całego kompleksu. Czy też bardziej prawnukiem właściciela. Prawnukiem, tak? – Młody mag potwierdził skinieniem głowy. – Mitra, to jest Tężec. Piotrek. Studiowaliśmy razem, jakoś do zeszłego tygodnia.

– Strasznie mi miło – zapewnił Tężec. Wytarł przybrudzoną ziemią dłoń o robocze spodnie i wyciągnął ją ku Mitrze. – Wychodzi na to, że mój pradziadek pracował u kolegi  pradziadka jako ogrodnik, czy coś takiego. O ile nie pokręciłem. W notatkach babci jest strasznie dużo imion i dat.

Chłopak przyjął dłoń i uścisnął ją. Uśmiechnął się lekko, chociaż spojrzenie miał raczej nieobecne. Wciąż zerkał ku miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą była furtka.

–  Kto to był?  – spytał.

–  A, pani Persefona – Piotr uśmiechnął się szeroko. Mitra skulił się mimo woli, nagle mniejszy i zupełnie bezbronny. –  Moja pierwsza klientka. Kupuje bardzo dużo sadzonek. Podobno niedawno straciła część zapasów, potrzebowała je w krótkim czasie odnowić.

–  Straciła, hm? –  mruknął Mitra, wciąż dość blady. Wyglądał jakby nagle bardzo zapragnął być gdzie indziej. Misia uspokajająco położyła dłoń na jego ramieniu.  –  Słuchaj, ty w ogóle wiesz, co sprzedajesz?

Tężec potoczył ręką po otaczającym ich ogrodzie.

– Rośliny. Sadzonki, cebulki, nasiona, i w przyszłości, jak wszystko odbije, to kwiaty, nasiona, bulwy. Dla kolekcjonerów. Wiecie – Wciągnął do płuc świeże, słodkawe powietrze i uśmiechnął się lekko. – Może mi zaraz powiecie, że jestem głupi albo mi odbiło, ale wydaje mi się, że one mogą być trochę magiczne.

– No nie gadaj – mruknęła Misia, uśmiechając się pod nosem.

– I ten ogród też – ciągnął z przejęciem Tężec. – Wychodzi na to, że rzuciłem chlanie i prochy, żeby sprzedawać, magiczne roślinki w magicznym ogrodzie. Jak o tym myślę, to w sumie może i dobrze, że mi się kazali wynosić.

Mitra wydawał się o wiele mniej rozbawiony.

– Wiesz jak to działa? – spytał, zerkając na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą była brama.

Tężec wzruszył ramionami.

– Ja wchodzę dołem, przez piwnicę. Klienci wchodzą tędy. W sumie tyle, na razie nie doczytałem nic więcej, ale cały czas brnę przez te notatki babci. Jak doczytam coś więcej, to dam wam znać, bo to jest w ogóle strasznie ciekawe.

Mitra pokiwał głową. Powoli zaczynał odzyskiwać normalne kolory, ale wciąż wydawał się raczej spłoszony.

– Pewnie. Super. Dzięki.

– Swoją drogą – odezwała się Misia. – Nie widziałeś tu może jakichś ślimaków?

– Ślimaków?

– Strasznie dużo się ich ostatnio rozpełzło po ogródkach działkowych, tych za murem – wyjaśniła. – I chyba trochę nie wiem, wyglądają jakby szkodziły roślinom.

– Ślimaki – mruknął Tężec, rozglądając się w zadumie po swoim nowym królestwie. – Ślimaki. Niech pomyślę.

Pomyślał. Pobladł. Zniknął na chwilę szklarni i wrócił z raczej sfatygowanym zeszytem, zapisanym równym, drobnym pismem. Przeglądał go przez chwilę gorączkowo, po czym jęknął cicho.

– Co jest? – zaniepokoiła się Misia.

– Babcia jakby żyła, to by mnie pewnie wyśmiała – mruknął Tężec, spuszczając głowę. – A dziadek to pewnie się teraz obraca w grobie jak rożen. Wyraźnie zapisane przecież, nawet drukowanymi literami i podkreślone. Żeby na noc zostawiać ślimakom nalewkę w kieliszkach na grządkach.

– Co?! – zdziwiła się Misia.

– Patrz – Chłopak podsunął jej zeszyt. Rzeczywiście, informacja o nalewce dla ślimaków była zapisana drukowanymi literami, dwukrotnie podkreślona i opatrzona trzema wykrzyknikami w kształcie serduszek.

– No słyszałam, że można wabić piwem – zgodziła się Michalina. – Od babci i od sąsiadki. Ale żeby nalewkę?

– No najwyraźniej im bardziej smakuje – stwierdził w zadumie Piotrek. – Wybredne bestie. Myślicie, że też są magiczne?

Misia i Mitra wymienili nieco zrezygnowane spojrzenia i westchnęli cicho.

– A co się z nimi robi? – zaciekawił się Mitra, który miał może większe pojęcie o magii, ale znacznie mniejsze o ogrodowych szkodnikach. – Jak już się napiją tej nalewki?

– Babcia pisze, żeby zbierać do słoików i później sprzedawać, ludzie to kupują podobno, tak jak cebulki i inne rzeczy, pomyślelibyście?

– A chodzi o jakąś konkretną nalewkę? – drążył młody mag. – Nie wiem, mają jakiś smak, który lubią bardziej?

– Piołun – doczytał w zeszycie Tężec. – Albo truskawki. I nie mam pojęcia dlaczego, ale jeśli babcia każe mi poić ślimaki absyntem i nalewką truskawkową, to będę to robił.

***

– No i patrz – mruknęła Misia, przy świetle latarki wyciągając ślimaka z wypełnionej alkoholem literatki. – Jeśli coś jest głupie ale działa, to nie jest głupie.

Mitra tylko westchnął cicho i zapatrzył się w sierpniowe gwiazdy nad Rodzinnym Ogrodem Działkowym Promyczek.  Mimo, że zagadka została rozwiązana a ślimaki z grubsza wyłapane, młody mag chyba jakoś nie potrafił się z tego cieszyć. Wciąż wydawał się raczej cichy i raczej spięty, w jego milczeniu było coś bardzo smutnego i zrezygnowanego. Kot kręcił się wokół nich, usiłując pochwycić drzemiące w szklaneczkach ślimaki.

– Mitra, co jest? – spytała Misia.

– Hm, co?

– No ty już dobrze wiesz, co.

Chłopak tylko wzruszył ramionami, wciąż zapatrzony w niebo.

–Jesteś dziwny od kiedy byliśmy w tamtym ogrodzie.

– Tak?

– To znaczy no dobra, dziwniejszy. Minimalnie. Martwię się.

Mitra milczał przez chwilę, od niechcenia głaszcząc kota.

– Ja też – przyznał wreszcie, z wyraźnym ociąganiem.

– Czym?

– Jak dobrze ty właściwie znasz nowego ogrodnika?

– Piotrka? Powiedziałam ci wcześniej, studiowaliśmy razem. Byliśmy w jednej grupie, trzymaliśmy się razem dopóki nie zrezygnował ze studiów.

– I ufasz mu?

Misia zmarszczyła brwi.

– No raczej chyba tak. Jak nie imprezuje, to jest zupełnie ogarnięty i można na niego liczyć, a z tego co zrozumiałam, przez ogród imprezować przestał. Czemu pytasz?

– Twój kolega nie ma pojęcia, że ten sklep ogrodniczy przyciągnie magów, i to takich bawiących się naprawdę wielką magią. Takich, którzy potrzebują mandragory, piołunu, bielunia i belladonny i ślimaków nasączonych skoncentrowaną rosą. Chociaż to ostatnie nadal fujka.

– Boisz się, że się tobą zainteresują? – upewniła się Misia. – I będą chcieli cię szkolić?

– Nonsens.

– Ta Persefona – Michalina zerknęła czujnie na towarzysza. – Zaniepokoiłeś się, gdy padło jej imię. Znacie się?

Mitra skrzywił się na samą wzmiankę o magiczce.

– Pracuje dla mojego wuja. O ile to jeszcze aktualne, mogła przestać. Ale to bez różnicy,  jeśli ten system w ogrodzie działa tak, jak myślę, to nie powinna być w stanie zorientować się, że ja to ja, nie jakiś przypadkowy młody mag. Nigdy się nie widzieliśmy, a raczej nie będzie w stanie odczytać mojego podpisu, chyba tylko właściciel ogrodu może.

– Więc jesteś bezpieczny?

Uśmiechnął się blado i skinął głową.

–  Poniekąd.

– Twój wuj jest wykształconym magiem, hm?

– Bardzo – przyznał Mitra, z wyraźną niechęcią. – Wiele lat w branży. Na takich jak on trzeba uważać, mogą być niebezpieczni. Dlatego nie podoba mi się, że będą się teraz kręcić po tych działkach. Zazwyczaj oznaczają kłopoty i nawet jeśli nie miałaś z nimi zbyt wiele do czynienia, szybko się przekonasz. Nie bez powodu od jednego uciekłem.

Misia pokiwała głową.

– Chcesz… – zawahała się. – Zamierzasz stąd odejść? Skoro teraz się tu kręcą?

Chłopak powoli pokręcił głową. Dłoń wciąż od niechcenia muskała rude futro Promyczka.

– Nie wiem. Chyba nie. Na razie jeszcze jest spokojnie. Są ciocie. Mam mentorkę.

Michalina uśmiechnęła się smutno.

– Chyba jestem za mało wykształcona, żeby być twoją mentorką, co?

– Jesteś dokładnie taką mentorką, jakiej teraz potrzebuję – zapewnił Mitra, od niechcenia opierając się o jej ramię i znów spoglądając w gwiazdy. – Zaufaj mi, wiem co mówię.

– Okej.

***

O godzinie szóstej czterdzieści Dzidka Cieślak wstąpiła jeszcze na działki, by narwać trochę natki pietruszki i szczypiorku i nieco wzbogacić szkolną ofertę kulinarną.  O godzinie siódmej wciąż stała oniemiała, w całkowitym milczeniu przyglądając się temu, co zastała, a pekińczyk imieniem Punia biegał nerwowo wokół, nieubłagalnie okręcając smycz wokół jej kostek. Młody mag spał skulony na trawniku, jak zwykle bosy, w przybrudzonej ziemią koszulce, z głową na grządce marchewek. W dłoni wciąż trzymał literatkę. W jasnoróżowym płynie pływały dwa czarne, pozbawione skorupek ślimaki. Kot zwany Promykiem ułożył się strategicznie między marchewkami tak by łapać promienie budzącego się powoli nad działkami sierpniowego słońca. Popatrzył na Punię. Punia popatrzyła na niego i wyszczerzyła kły, rzeczywiście ostre jak szpilki. Wyrwała do przodu, zaciskając smycz wokół kostek właścicielki i wreszcie wybudzając ją ze stuporu. Wystarczyło następne spojrzenie kota i cichy syk, by wystraszony maltańczyk podjął strategiczny odwrót, ciągnąc smycz w przeciwną stronę. Zaalarmowana Dzidka porwała rozszczekanego pieska w ramiona. Ostrożnie rozplątała smycz, fuknęła na kota i dopiero wtedy podeszła do Mitry.

– Kanapkę ci jakąś zrobię, dziecko – rzuciła, bo nic innego nie przychodziło jej do głowy a to powitanie wydawało się najbardziej uniwersalne.

Mitra zamrugał. Przetarł oczy. Popatrzył na dwa ślimaki w szklance i, ku widocznej zgrozie Dzidki, wyciągnął jednego i mocno ścisnął w dłoniach, po czym wsadził sobie do kieszeni.

–  Ciociu, rozwiązałem sprawę – pochwalił się.

Dzidka zmarszczyła brwi.

– Słucham, dziecko?

– No, rozwiązałem sprawę. Już wiem, co psuło uprawy w Promyczku i Nostalgii i co prowadziło do incydentów dyplomatycznych.

– Tak?

–  Owszem. To wszystko przez ślimaki, które przylazły z ukrytego ogrodu. Wyłapaliśmy je razem z Misią na nalewkę truskawkową i już nie powinny przeszkadzać.

– Aha.

Przygotowywanie posiłku, jak powszechnie wiadomo, jest jedną z czynności pozwalających poukładać myśli i zapanować nad chaosem we wszechświecie. Dlatego też Dzidka skinęła na młodego maga i i ruszyła w stronę altanki, gdzie natychmiast przystąpiła do robienia kanapek z kupionego po drodze chleba i wszystkiego, co znalazła w spiżarce. Odezwała się dopiero, kiedy Mitra pochłonął już pół talerza kanapek i zapił je kakałem.

– Tak sobie pomyślałam – powiedziała, wpatrując się w niego wciąż nieco podejrzliwie. – Że może cię zapiszemy na jakieś zajęcia dodatkowe po szkole? Basen albo jakieś tańce?

Mitra zamrugał, zaskoczony takim obrotem sprawy.

– Ale dlaczego?

– Masz szesnaście lat, Mitreńka. Nie możesz zaczynać dnia od leżenia na mojej grządce ze szklanką nalewki w dłoni. A jak się dobrze zmęczysz, to od razu ci wszystkie takie bzdury wywietrzeją z głowy.

– Ale to przecież nie dla mnie, to dla ślimaków. Jestem dziedzicem, mam swoje obowiązki.

– Jeszcze dzisiaj rozmawiam z dziewczynami o zajęciach dodatkowych – obiecała Dzidka, a jak Dzidka coś obiecała, to nie było z tym dyskusji. Wielkie czyny nigdy nie są doceniane przez prostych śmiertelników, uznał więc Mitra, żując ostatnią kanapkę i melancholijnie spoglądając na kołyszące się nad stołem gałęzie śliwy. Kot imieniem Promyk milcząco przyznał mu rację.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Content is protected !!
Przewijanie do góry