Stare okno porośnięte suchym bluszczem w opuszczonym budynku.

Czarne Słońca

Ognisko roztaczało krąg światła i ciepła na piaszczysty brzeg rzeki. Głosy niosły się po wodzie daleko za stary most kolejowy, ku miasteczku.

I czy tego chcesz, czy o to chodzi bym w złości tu przychodził[1]? – darł się Zakwas, bezlitośnie szarpiąc struny gitary. Długie, rude włosy opadały mu na twarz, połyskując rdzawo w blasku ognia. W równych odstępach czasu zerkał na siedzącą obok niego wysoką blondynkę. – Porównaj to z resztą, wybierz wartość największą!

Misia i Franek wymienili zrezygnowane spojrzenia.

– A może byś tak gościu zmienił repertuar? – zawołał bez specjalnej nadziei Franek, spoglądając na gitarzystę poprzez płomienie. Nie mógł się pochwalić długimi włosami połyskującymi w blasku ognia, ani gitarą. Miał za to ciemne loki, okrągłą, rumiana buzię, kaszkiet i koszulkę w grube, więzienne pasy podkreślające drobną nadwagę. – No ile można?

Ja chciałbym zobaczyć to wszystko raz jeszcze, raz jeszcze to wszystko zobaczyć ja chciałbym. Porównaj to z resztą, wybierz drogę najlepszą!

Misia pochyliła się i prawie już sięgała do plamy cienia rzucanej przez zebrane wokół ogniska sylwetki. W ostatniej chwili cofnęła jednak dłoń i przysunęła ją do ust. Zaczęła obgryzać przeszkadzającą skórkę przy paznokciu. Noc była ciepła i gwieździsta, jak to w czerwcu, ale od rzeki ciągnęło chłodem.

– Co ty taka nerwowa? – spytał Franek, przyglądając jej się czujnie. – Palenie rzucasz?

– Ta. Będzie łatwo, skoro nigdy nie zaczęłam. Ale może to jest ta impreza, na której zacznę pić – westchnęła, zakładając za ucho opadające na twarz ciemne kosmyki. – To co to za laska, której Zakwas próbuje zaimponować swoim darciem mordy? – zainteresowała się.

– Jakaś nowa – Franek momentalnie przyjął pozę nonszalanckiej obojętności. – Skąd mam wiedzieć, Zakwas i Zaczyn ją skądś wytrzasnęli.

– Myślałam, że się znacie. Wcześniej mówiłeś jej cześć. 

– Miśka.

– No co?

– Ma na imię Iza – powiedział po chwili milczenia Franek, zerkając na sąsiadkę z rezygnacją. Upił łyk piwa ze swojej puszki. – Podobno odwalała jakieś numery z uciekaniem z domu, więc rodzice wysłali ją do ciotki, żeby się ogarnęła. Ma chodzić z nami do szkoły, do mojej klasy podobno.

Misia w milczeniu obserwowała nieznajomą. Dziewczyna wciąż siedziała obok Zakwasa, kiwając głową i od czasu do czasu obdarzając gitarzystę łaskawym uśmiechem. W błękitnych oczach malowało się bezgraniczne znudzenie. Jedna wymiana spojrzeń wystarczyła, by zrozumieć, że chce być na tej imprezie jeszcze mniej niż Misia.

– To rozumiem, że wyciągnąłeś mnie na to ognisko, bo mam się z nią zaprzyjaźnić i zasugerować, żeby zwróciła na ciebie uwagę, bo dobry z ciebie chłopak?

– A mogłabyś?

Misia westchnęła cicho.

– A muszę? Franiu, ja cię uwielbiam, ale już to przerabialiśmy. Mogę opowiadać, że jesteś najmilszym chłopcem na świecie, ale żeby to działało, to też musisz się postarać.

– Staram się.

– Jak ostatnio chciałam cię zapoznać z dziewczyną, która ci się spodobała, to zwiałeś, tłumacząc się, że twoje pajęcze dzieci za tobą tęsknią.

– Bo tęskniły! Żebyś ty wiedziała, z jakim wyrzutem później Miluś na mnie patrzył.

– Franiu. Franuś. Słoneczko. Ja jak najbardziej mogę być twoim skrzydłowym, nie mam z tym problemu. Ale uprzedzam, że jeśli się nie zbierzesz w sobie i nie zaciśniesz zębów i nie postarasz, to nic z tego nie będzie. Nie do mnie wtedy pretensje.

– No wiem – westchnął Franek, spoglądając poprzez płomienie na swój obiekt westchnień. Upił łyk ze swojej puszki z piwem. – Byłoby łatwiej jakby on tak przestał wyć – mruknął. – Nie ma jak się wbić z kulturalną rozmową.

– Znasz go. Odśpiewa to, odśpiewa to coś, że w czarnej urnie moich wszystkich czarnych lat i może jeszcze Jolka Jolka pamiętasz, i tyle tego będzie, bo ma w głowie pamięć operacyjną na trzy piosenki. Myśl lepiej, jak ją zagadać kiedy już skończy recital i będę miała okazję podbić. I może niech to jednak nie będzie Miluś.

– Myślisz, że nie lubi pająków?

– Myślę, że nawet jak lubi, twój entuzjazm może okazać się nieco przytłaczający – odparła Miśka.

 Tak, jak przewidywała, Zakwas zaczął śpiewać piosenkę o czarnej urnie wszystkich czarnych lat. Odwróciła się na chwilę od ogniska, głównie po to, żeby popatrzeć na rzekę. Płynęła spokojnie, otaczając plażę łagodnym łukiem i z obu stron opływając zadrzewioną wysepkę. Przeciwległy brzeg porośnięty był gęstym, sosnowym lasem. Kawałek dalej, za zakrętem, na tle usianego gwiazdami nieba odcinał się zarys mostu kolejowego. Gdzieś w oddali błysnęły światła nocnego pociągu. Cienie czaiły się wszędzie na krawędzi pola widzenia, spokojne i aksamitne. Misia bardzo chciała dotknąć ich, poczuć zapach nocy, otulić się nim i siedzieć na brzegu, niewidoczna dla całej ogniskowej ekipy, wiedziała jednak, że to nie jest dobry pomysł. Znów zaczęła obgryzać skórkę przy paznokciu.

– Na tej wysepce ktoś mieszka? – zaciekawiła się w pewnym momencie Iza. Zakwas łypnął na nią, wyraźnie rozżalony i odłożył gitarę, przerywając piosenkę w okolicach drugiej zwrotki. Siedzący obok brata-bliźniaka Zaczyn tylko wzruszył ramionami.

– Jakieś ptactwo – odparł. – I takie tam no. Podobno wydry, ale nie wiem.

–  A poza tym? – dopytywała Iza. – Ludzie?

– Raczej nie, nie sądzę.

– To czemu pali się tam światło?

Teraz już wszyscy zebrani przy ognisku licealiści wbili wzrok w wysepkę na rzece. Rzeczywiście, Iza miała rację: pomiędzy drzewami wyraźnie połyskiwały dwa jasne, srebrzyste niemal kule światła.

– Samochód? – wypalił bez zastanowienia Zakwas. Zaczyn popatrzył na niego z politowaniem.

– Na wyspie? Niby jak, przejechał nim po dnie?

– To nie wiem. Może ktoś tam sobie rozbił obóz.

– Te światła są jakby na równym poziomie– spostrzegł Franek.

– Są – zgodziła się Iza i Franek momentalnie się zaczerwienił. – Ja bym się stąd zbierała.

– Ale dlaczego? – Zakwas lekko objął ją ramieniem w uspokajającym, opiekuńczym geście. – Jak ktoś siedzi, to siedzi, no, co za problem? Może też się po prostu bawią. Jesteś zupełnie bezpieczna, jest nas tutaj przecież dwóch chłopa… i Franuś.

Dziewczyna spiorunowała go spojrzeniem błękitnych oczu. Strąciła dłoń ze swojego ramienia.

–  Pozwolisz, że sama będę decydować, czy czuję się bezpiecznie, czy nie? – syknęła. Sięgnęła po leżącą obok niej płócienną torbę. – Wracam do siebie. Dzięki za ognisko. Bawcie się dobrze.

– Ej, no, księżniczko – Zakwas popatrzył na nią wzrokiem zbitego szczeniaka. – Całonocne ognisko miało być, a nie. Jak się boisz, to zaraz wyślemy Franusia, żeby sprawdzić, czy jest bezpiecznie. Jak wróci, to znaczy, że jest bezpiecznie. Jak nie wróci, to znaczy, że go zżarło, i nie przełknie nic więcej, i też jesteśmy bezpieczni.

– Debil – wyrwało się Misi.

– Co tam mamroczesz, młoda?

– Że jesteś debil – powtórzyła, zadzierając nieco głowę by spojrzeć rudzielcowi w oczy.

Zaczyn parsknął śmiechem i lekko pokręcił głową.

– Wyszczekana jest ta twoja sąsiadeczka, Franuś – stwierdził. – Bardziej niż ty. To jak będzie? – spytał, podchodząc do chłopaka. Lekko szturchnął go palcem w pierś. – Pójdziesz sprawdzić, co z wysepką, żeby dama poczuła się bezpiecznie? Czy tchórzysz?

– Pójdę – odparł w porywie jakiejś nagłej odwagi Franek. Misia jęknęła cicho. Iza również pytająco zmarszczyła brwi.

– Daj spokój – poradziła, nieco speszona. – Po prostu zwijamy się do domu. Zaufajcie mi, tak będzie lepiej.

– Pójdę – powtórzył Franek. – Sprawdzę, co to jest za cholerstwo.

– A jak tam siedzą jacyś włóczędzy? – spytała Misia. 

– To byśmy ich słyszeli – spostrzegła Iza. – Kolegę Zakwasa słychać dobry kawałek stąd.

Franek tylko wzruszył ramionami. Ściągnął trampki, podwinął bojówki i nie słuchając dalszych argumentów Izy i Misi ani docinków rudych bliźniaków, ruszył wodą w stronę wyspy. 

Rzeka w tym miejscu nie była szczególnie głęboka i bez problemu dało się przejść po dnie. Większy problem stanowił wartki prąd w pobliżu mostu kolejowego. Franek musiał czepiać się gałęzi i korzeni, żeby utrzymać się na nogach. Nie szedł zbyt szybko.

Misia, stojąc na brzegu, obserwowała odcinające się na tle mroku białe pasy koszulki. Rzuciła szybkie spojrzenie Izie oraz bliźniakom, ale cała trójka stała bez słowa na plaży, również obserwując plecy Franka. Zbliżyła się do rzeki i wyciągnęła dłoń. Dotknęła spowijającej rzekę warstwy ciemności i nawinęła ją sobie na nadgarstek. Zerknęła ukradkiem na towarzyszy, ale bliźniaki zainteresowały się pozostawionym przez Franka piwem, a Iza wciąż nie odrywała wzroku od świateł między drzewami. Misia jednym ruchem strzepnęła cieniową materię, tak, że rozwinęła się w płaszcz uszyty z ciemności. Otuliła się nim cała, znikając z oczu pozostałym uczestnikom imprezy. Uniosła stopę nad powierzchnię wody. Wyczuła ciemność i pozwoliła, by ciemność wyczuła ją i zaufała. Zanurzyła się w chłodnej wodzie aż do połowy ud, mocząc brzegi krótkich spodenek i skuliła się, nakrywając się płaszczem z mroku. Wzdrygnęła się.  Skoncentrowała się na tym, żeby być częścią ciemnej wody, żeby być dokładnie tą wodą, która obmywa teraz brzegi wyspy. Zamknęła oczy, pozwalając ciemności się ponieść. Owładnęło ją poczucie, że tonie, że grunt usuwa się spod nóg, że jest gdzieś niesiona, że o coś uderza. Wynurzyła się z wody, rzeczywiście przy brzegu wyspy i w tym samym momencie okolicą wstrząsnął pełen przerażenia wrzask.

Bliźniacy rzucili się do wody, walcząc z prądem, by ustać na nogach i dotrzeć do wyspy. Zaczyn wciąż ściskał w dłoni puszkę po piwie.

Misia podniosła się, mokra, zdezorientowana i pozbawiona płaszcza z ciemności. Wyciągnęła dłoń, by sięgnąć do cienia i sama omal nie krzyknęła. To, co poczuła było obce, dziwne i zupełnie niezrozumiałe. Jakby niechcący nadepnęła na ogon śpiącego potwora. Zrobiło jej się lodowato zimno. Cofnęła się o krok i musiała przytrzymać się gałęzi, by znów nie wpaść do wody. Franek znów krzyknął. Nie miała czasu do stracenia. Jednym ruchem zerwała z powierzchni wody płat ciemności i zmięła go w twardą, czarną kulę. Ścisnęła ją w dłoni i pobiegła między drzewa. Kątem oka dostrzegła, że Zaczyn i Zakwas są już prawie na brzegu wyspy. Dostrzegła coś jeszcze. Cała plaża zasnuta była dymem, jakby ktoś dorzucił do ogniska wilgotne gałęzie.

– Nie! – Tym razem to było bardziej wycie niż krzyk. – Nie. Błagam, nie!

Misia rzuciła się w tamtą stronę, nie zwracając uwagi na smagające ją po twarzy gałęzie.

– Franek! – wrzasnęła. Przedarła się przez krzaki i stanęła twarzą w twarz z mężczyzną o oczach błyszczących srebrzystym światłem. Odcinały się na tle pozbawionej ust maski osłaniającej twarz. Nieznajomy mocno trzymał Franka w objęciach silnych, ptasich szponów zastępujących ręce. Częściowo otulał go ciemnymi skrzydłami, ale Misia i tak widziałą, jak pazury przebijają pasiastą koszulkę, a materiał coraz bardziej przesiąka krwią.  

– Zostaw go! – Misia uniosła ostrzegawczo dłoń, w której trzymała cieniowy pocisk. Czuła, jak nogi drżą jej w kolanach. – Poszedł! Już!

– Ej, młoda! – Zza pleców dobiegło ją szeleszczenie krzaków i głos Zaczyna. – Co tu się dzieje? Z kim ty gadasz?

Zanim zdążyła zareagować, znad rzeki nadciągnęła mgła. Gryzła w oczy, wyciskała łzy, utrudniała widoczność. Oplatała potwora, unieruchamiając go. Misia zamachnęła się, cisnęła w niego kulą cienia. Szarpnął się dosłownie w tym samym momencie, zrywając więzy.. Pocisk minął go o milimetry. Grudka wilgotnej ziemi uderzyła Misię w twarz. Potwór wciąż trzymał nieprzytomnego już chłopaka w ramionach i obracał się wokół własnej osi coraz szybciej i szybciej, rozmywając się w oczach. Zanim zdążyła stworzyć kolejny pocisk, zniknął pod ziemią, zabierając ze sobą Franka.

– Ej, młoda! – Zaczyn zjawił się tuż obok. – Co jest? Co tu się działo?

– Nie wiem – odparła natychmiast Misia. – Ktoś… ktoś tu był. Zabrał Franka, zniknął razem z nim! Musimy go znaleźć, zabrał go! 

– Gdzie?

– N-nie wiem. Nie mam pojęcia. Ale zabrał.

Zaczyn obrzucił Misię szybkim spojrzeniem.

– Właź mi na barana – poradził. – Pomogę ci przeleźć przez wodę. Cała się trzęsiesz, trzeba cię trochę ogarnąć.

– No – zgodził się jego brat bliźniak. – Trzeba będzie.

– A co z Frankiem? – dopytywała Misia. – Mnie nic nie będzie, ale musimy go znaleźć, proszę…! 

Bliźniacy wymienili zaniepokojone spojrzenia.

– Poszukamy go. Przeczeszemy okolicę. Musimy na niego trafić. Albo na jakiś jego ślad.

Misia wzdrygnęła się lekko. Pamiętała blade oczy przybysza i skrzydła otulające Franka. Pamiętała szpony.

– Co jeśli on dalej się tu czai? Co jeśli dorwie kogoś jeszcze?

– Będziemy ostrożni. A teraz chodź. Naprawdę, kiepsko wyglądasz.

Misia ostatecznie dała się przekonać, by wejść Zaczynowi na plecy i objąć go ramionami za chudą szyję. Kiedy chłopak wchodził już do wody, by z powrotem przeprawić się na brzeg, dostrzegła stojącą na plaży postać. Iza trzymała jedną dłoń wyciągniętą przed siebie. Pasemko mgły owijało się wokół jej ramienia i ześlizgiwało w dół, w stronę ogniska. Popatrzyła poprzez ciemność na Misię i uśmiechnęła się nieśmiało i nieco przepraszająco.

Szukali Franka aż do świtu, dopiero wtedy zadzwonili po policję.

***

Misia snuła się po ogrodzie, obgryzając paznokcie do krwi. Od feralnej nocy nie odważyła się bawić z cieniem. Wciąż pamiętała to wrażenie, które ogarnęło ją na wyspie – zimno w kościach, strach, który ścinał z nóg. Metaliczny posmak w ustach.

Policja mogła sobie szukać ile chciała. Misia aż za dobrze pamiętała, w jaki sposób Franek zwieszał się z ramienia potwora, bezwładny niczym szmaciana lalka w zakrwawionej koszulce.

Zrywała porzeczki z krzaka rosnącego tuż przy siatce i obserwowała, jak wysoki, jasnowłosy młody mężczyzna o chmurnych oczach idzie w dół piaskowej uliczki, niby to od niechcenia zerkając na tabliczki z numerami domów. Sprawiał wrażenie roztargnionego, ale na swój sposób energicznego. Mimo upału na plecy narzucił skórzaną, motocyklową kurtkę. 

Zerkała na niego nieufnie znad gąszczu porzeczek, i była niemal pewna, że nieznajomy również jej się przygląda. Przez dobrą chwilę obserwowali się więc dyskretnie przez siatkę. Wreszcie zdecydował się podejść.

– Przepraszam, czy to dom państwa Milczarków? – spytał, uprzejmie skłaniając głowę.

– Numer dalej. Tabliczka nam trochę zarosła, można się pomylić. Szturchnę ojca jak wróci, żeby przyciął krzaki, bo się ludzie gubią.

– Dobry pomysł – zgodził się nieznajomy. – Ale to oznacza, że jesteś sąsiadką Franciszka Milczarka, tak? Mógłbym ci może w takim razie zająć chwilę?

Zmierzyła mężczyznę nieufnym spojrzeniem.

– Pan też jest z policji?

Nieznajomy uśmiechnął się lekko i pokręcił głową. Znacząco wskazał na przewieszoną przez ramię torbę na aparat fotograficzny. 

– Letnie praktyki w Głosie Ustronia. Jasny – przedstawił się. – Aleksander Jasny. 

– A. Aha.

– A tobie jak na imię? 

– Michalina. Miśka. Głos Ustronia wysłał cię do Milczarków? –  spytała, przyglądając się uważnie nowemu znajomemu. Trudno było ocenić jego wiek, ale skoro wspomniał o praktykach, prawdopodobnie wciąż był jeszcze na studiach. – Po co właściwie? Raczej chyba już nie prowadzą kroniki kryminalnej. 

– Wysłali mnie, żebym porobił zdjęcia ludzi na kąpielisku – westchnął Jasny, całą swoją postawą dając do zrozumienia, jak bardzo nie jest zachwycony tym pomysłem. – Pokręciłem się tam. Dużo się mówiło o tym, że nad rzeką zaginął chłopak. 

– I co? – Misia rzuciła mu niechętne spojrzenie. – Pomyślałeś sobie, że wbijesz do zestresowanych, przerażonych ludzi i spytasz, czy chcą zapozować do zdjęcia? Doskonały pomysł. 

– Nie no. Postanowiłem zacząć od sąsiadów. 

– Na co ci to? 

– Taki tam, poboczny projekt. 

– Czyli? 

Mężczyzna westchnął cicho i z pewnym rozbawieniem pokręcił głową. 

– Nie odpuszczasz, co? 

– Wyglądasz, jakbyś zamierzał się wbić na chatę rodzinie mojego zaginionego kumpla, oczywiście, że nie odpuszczam – odparła Misia, stając pewniej na nogach i podpierając dłonie na biodrach. Zacisnęła je w pięści, powstrzymując się od odruchu sięgnięcia po cienie. Wiadro z porzeczkami wciąż stało u jej stóp. 

Jasny przez chwilę przyglądał jej się uważnie, nawet z pewnym zaciekawieniem. 

– No dobrze – uśmiechnął się do niej. – Sprawa wygląda tak, że prowadzę dziennikarskie śledztwo, dla takiego jednego detektywistycznego zina z którym współpracuję. To amatorzy, ale bardzo zaangażowani, podoba mi się to.

– Dziennikarskie śledztwo – powtórzyła z powątpiewaniem Misia. – W Ustroniu? 

– Specjalnie się zgłosiłem na praktyki do miejscowej gazety, żeby móc się kręcić po okolicy i mieć dostęp do archiwum. 

– No popatrz. A pochwalisz się chociaż, co to za śledztwo? 

Jasny wcisnął dłonie w kieszenie skórzanej kurtki. 

–  Zaginięcia dzieciaków w tej okolicy. Podobno jeszcze kilka lat temu zdarzały się dość regularnie i nagle ustały. To ciekawy zbieg okoliczności, że licealista zaginął akurat przed rozpoczęciem moich praktyk. Chodzisz z nim do jednej klasy? 

– Klasę niżej – odparła. – Zdałam do drugiej. On do maturalnej.

– Liceum w Starym Ustroniu, tak?

Potwierdziła skinieniem głowy. 

– I jak sądzisz? – zaciekawił się Jasny. – Myślisz, że uda się go znaleźć? 

Westchnęła cicho, nie bardzo wiedząc, co na to odpowiedzieć. Nie, panie domorosły detektywie, myślę, że w obliczu skrzydlatych potworów o świecących oczach służby mogą być raczej bezsilne.

Jasny przez chwilę patrzył na nią wyczekująco, wreszcie jednak pokiwał głową, nagle jakby przygaszony. 

– No cóż. Jak widzę, nie masz zbyt dobrej opinii o lokalnych służbach porządkowych – spostrzegł, siląc się na pogodny ton. – A wiesz coś może o tych wcześniejszych zaginięciach? Jakieś opowieści? Plotki? Może zniknął ktoś znajomy? 

Misia wzruszyła ramionami. 

– Jak byłam w przedszkolu starzy coś tam gadali, żeby nie kręcić się po okolicy samemu bo baba porwie, ale to w sumie tyle. Chyba lepiej popytać kogoś starszego. 

– Pewnie. Dzięki za radę. Daj mi znać, jeśli coś ci się przypomni, dobrze? Najłatwiej mnie znaleźć w redakcji, w Starym Ustroniu. 

– Pewnie.

– Świetnie – Jasny posłał jej pogodny, niemal radosny uśmiech. Miała ochotę go zamordować za ten entuzjazm w kwestii zaginięć. – W takim razie, pewnie do zobaczenia, Michalino.

– Do widzenia – wywarczała, po czym wróciła do zbierania porzeczek. Obserwowała go jeszcze, upewniając się, czy na pewno nie zamierza być dziennikarską hieną i dzwonić do furtki Milczarków. Chyba wiedział, że jest pilnowany, bo rzucił posesji szybkie, tęskne spojrzenie i zniknął za rogiem piaskowej uliczki. Czyli jednak miał to minimum przyzwoitości. Tyle dobrze. 

Niebo zasnuwały ciemne, przedburzowe chmury. Niespokojny wiatr poruszał gałęziami rozłożystej czereśni i przyginał trawę do ziemi. Zrobiło się jakby ciemniej, cienie pogłębiły się i zarysowały wyraźniej. Zapraszały Misię do zabawy, nie miała jednak odwagi ku nim sięgnąć. Zerknęła na drogę, by upewnić się, że detektyw-amator nie kręci się po okolicy. Zamrugała ze zdumieniem na widok zbliżającej się rowerzystki.

Iza Stolarek jechała na starym składaku, w swojej skórzanej kurtce i krótkich spodenkach odsłaniających długie, blade nogi. Złociste włosy zaplotła w warkocz. Jakby nigdy nic zatrzymała się przed furtką Misi i oparła rower o siatkę.

– Cześć – powiedziała, przyglądając się Michalinie znudzonymi oczami o barwie zimowego nieba. Było w tym spojrzeniu coś, co jednocześnie orzeźwiało i przenikało chłodem do kości.

– Hej – odparła Misia, odkładając prawie pełne wiadro z porzeczkami. – Co tam?

Iza wzruszyła ramionami.

– Pogadać chciałam – odparła. – Masz czas iść na rower?

– Pewnie tak. Starych nie ma w domu, więc na przykład jak chcesz wejść się czegoś napić i pojeść porzeczek to też jest rozsądna opcja.

– Wolałabym rower.

Misia znacząco popatrzyła na gromadzące się na niebie chmury. Iza nie wydawała się szczególnie przejmować nadciągającą ulewą. Ani w ogóle czymkolwiek. Cała jej wyprostowana sylwetka zdawała się elektryzować, i Misię nagle zupełnie przestało dziwić, że Zakwas usilnie próbował udawać, że jest wirtuozem gitary, a Franek poszedł samotnie na wyspę. Uświadomiła sobie, że za to ostatnie jest na Izę trochę zła.

– Odniosę tylko to do domu – Spojrzała znacząco na wypełnione owocami wiadro u swoich stóp.

– Okay.

Zaniesienie wiadra do kuchni, wzięcie roweru z garażu i zamknięcie furtki zajęło jej może z pięć minut. Przez cały ten czas Iza opierała się plecami o siatkę i obserwując schodzące coraz niżej chmury, tak granatowe jakby ktoś nasączył je atramentem. Powietrze zdawało się stać w miejscu, poruszane tylko przypadkowymi podmuchami wiatru.

– To gdzie właściwie jedziemy? – spytała Misia, gdy Iza wyprowadziła już swój rower z powrotem na piaskową drogę.

– Most kolejowy?

– Może być.

Przez dłuższą chwilę po prostu jechały obok siebie w milczeniu. Składak Izy, stary i obdrapany,  najprawdopodobniej w ogóle nie należał do niej. Kiedyś, w jakimś momencie historii mógł mieć kolor czerwony, gdzieniegdzie trzymały się jeszcze resztki lakieru. Rower górski Michalinyi był nowy i zdecydowanie na nią za duży. Dostała go po tym, jak zdemolowała swój poprzedni jednoślad próbując udowodnić Frankowi, że potrafi zjechać z nasypu kolejowego.

Misia patrzyła na ślady opon na piaszczystej drodze. Biegły równolegle, momentami się przecinając, w miejscach gdzie mijały się, szukając bardziej stabilnych i twardych kawałków podłoża. W ogródkach ludzie powoli kończyli popołudniowe porządki, zbierali książki i leżaki; gasili grille i chowali się do domu przed nadciągającą nawałnicą. One wciąż jechały w kierunku mostu, naprzeciw burzy.

– Nie sądziłam, że wiesz gdzie mieszkam – odezwała się Misia, gdy na moment zrównały tempo.

– Nie wiedziałam – odparła Iza.– Pamiętałam tylko, że jeden z tych rudych przegrywów powiedział, że jesteś sąsiadką Franka. Dopytałam się ciotki, gdzie mieszkają Milczarki i jakoś poszło.

– Sprytnie. A czemu właściwie mnie szukałaś?

Iza przyspieszyła, korzystając z tego, że zjechały na asfaltową drogę. Nawet mimo różnicy w osprzęcie, bez trudu zostawiła Misię w tyle. Dała się dogonić dopiero na ostatniej prostej, tuż przed mostem kolejowym. Tam zatrzymały się obie, zziajane jazdą w nieznośnej duchocie. Oparły rowery o barierkę i stanęły na części mostu przeznaczonej dla pieszych.

Iza ściągnęła skórzaną kurtkę. Ramiona miała nieco bardziej opalone niż nogi. Czarna koszulka na cienkich ramiączkach opinała wyraźnie zarysowane piersi. Złocisty warkocz kończył się gdzieś w okolicach łopatek. Nie wymknęło się z niego żadne pasemko. Misia, która włosy jak zwykle ostrzyżone miała do takiej długości że związane rozsypywały się niemal natychmiast, nie mogła się temu nadziwić.

– Były u ciebie gliny?

– Były – potwierdziła Misia, siadając na barierce. Nie przeszkadzało jej, że ma za plecami dobre kilka metrów lotu i płynącą dołem rzekę. Mieszkała w Ustroniu zbyt długo, żeby się tym przejmować. Iza zerknęła na nią z mieszaniną przerażenia i ostrożnego podziwu. 

– I co im powiedziałaś?

– Wszystko co wiem.

– Wszystko?

Misia wzniosła oczy ku niebu.

– Światła na wyspie, Franek poszedł sprawdzić, ktoś go zaatakował, dopadłam pierwsza ale nie widziałam napastnika, próbowaliśmy go jeszcze szukać ale kamień w wodę.

Iza w zadumie pokiwała głową.

– U ciebie też byli? – spytała Misia.

– Ta. Ciotkę prawie szlag trafił. Dopiero co przyjechałam i już psiarnia u bram. A jak matka ją ostrzegała, że sprawiam kłopoty, to jej nie wierzyli. No to mają.

– Ale powiedziałaś im to samo?

– Ta.

Misia milczała przez dłuższą chwilę.

– Jakiś typ z lokalnej gazetki się przyczepił – powiedziała wreszcie.– Podobno prowadzi własne dziennikarskie śledztwo w sprawie zaginięć dzieciaków w tej okolicy. 

– O no popatrz – mruknęła Iza.

Żadna z nich nie odzywała się przez dłuższą chwilę. Oczy o barwie zimowego nieba wpatrywały się z wyczekiwaniem w burzowe chmury, muskające niemal czubki drzew. Misia wystawiała twarz w przeciwną stronę, do upartego słońca.

– Dlaczego chciałaś ze mną rozmawiać? – powtórzyła.

– Przecież wiesz.

– A.

Przecież rzeczywiście wiedziała. Pamiętała nalegania Izy, żeby wracać do domu. Pamiętała jej postać stojącą samotnie na plaży. Pamiętała owijający się wokół przedramion i nadgarstków dym. Mgłę na wyspie, która na moment zdołała unieruchomić potwora.

– Wiedziałaś, co tam będzie, prawda? – spytała. – Na tej wyspie? Dlatego chciałaś, żebyśmy wracali.

Iza potwierdziła, niespiesznym, dostojnym skinieniem głowy.

– Więc co to było? – dopytywała Misia.

– Wędrowiec. Przychodzą tu od czasu do czasu, jak zabłądzą, albo ktoś ich tu zwabi. 

– Przychodzą skąd?

– Z innego miejsca. Nie wiem, co to za miejsce. Nie powiedzieli mi.

– On gdzieś zabrał Franka – powiedziała Misia. Mocniej zacisnęła dłonie na barierce. – Widziałam. Uciekł z nim pod ziemię i… widziałam. On nie żyje, nie może żyć, nie… Nic nie znajdą. Choćby nie wiem, ile szukali. A przecież nikomu nie powiem, że… ż-że na moich oczach zabił go skrzydlaty potwór w masce, bo kto mi niby uwierzy?

Iza westchnęła cicho, ze znużeniem. Odchyliła się nieco, żeby spojrzeć na Misię.

– Ty nie masz o tym pojęcia, prawda? – spytała. – Czerpiesz z tego, ale nie masz pojęcia jak, ani po co, ani czemu tak się dzieje. Po prostu sobie korzystasz.

– O czym ty mówisz?

– O rosie.

Misia zmarszczyła brwi.

– Pierwsze słyszę.

– To w takim razie jak w ogóle…? – Teraz to Iza wydawała się zaskoczona. – Widziałam przecież co robisz z cieniami. Zniknęłaś jeszcze zanim rudzielce ruszyły na wyspę. I nagle byłaś tam, na brzegu. Próbowałam ci pomóc.

– Wiem. To była twoja mgła. Trzymała go w miejscu i nie pozwalała chłopakom go zobaczyć.

– Jak się tego nauczyłaś? – dopytywała Iza. Oczy były twarde, nieustępliwe. Zupełnie jak zimowe niebo. – Skąd?

Misia wzruszyła ramionami.

– To głupie.

– Jak powiesz, to ja też ci powiem o sobie – zaproponowała Iza. – I dopiero zobaczysz, co to znaczy głupie. Uczciwa wymiana.

Misia wciągnęła powietrze przez nos. Pachniało rzeką, wilgotną trawą i przesiąkniętymi deszczem chmurami. Niepokojąca mieszanka.

– Moja babcia miała swój mały warsztat tkacki – powiedziała. – Takie niewielkie ręczne krosno, trzymała je u nas w przybudówce. Tkała dywaniki, zasłonki i takie różne, później wciskała to w prezencie dalszej rodzinie i wszystkim znajomym. Jak byłam mała, uwielbiałam siedzieć u niej w warsztacie, patrzeć, jak pracuje. Tam się czasem działy niesamowite rzeczy.

– Na przykład?

– Kiedyś zabrakło jej czarnej przędzy do skończenia czegoś, nie pamiętam już nawet co to był za projekt. Pamiętam, że to było lato, sierpień. Wyszłyśmy do ogrodu. Babcia podniosła jakąś gałąź i po prostu jakoś tak… nie wiem jak, ale zaczęła nawijać. I nawinęła kawałek nieba, było ciemnogranatowe i trochę błyszczało. Jakby nigdy nic wróciła do warsztatu i tkała dalej. Później schowała tą tkaninę na strychu, nigdy nikomu jej nie dała w prezencie. Wydaje mi się, że dalej gdzieś tam jest. Rodzice przynieśli tam wszystkie rzeczy z warsztatu po jej śmierci. 

– O wow – wyrwało się Izie. – Pokażesz mi kiedyś?

– Jeśli tylko znajdę.

– Więc mówisz, że nauczyłaś się tego od babci, hm?

Misia wzruszyła ramionami.

– I tak i nie. To znaczy dzięki babci wiedziałam, że takie numery są możliwe, że się da, jeśli się tylko znajdzie sposób i umie się kombinować. Ale niczego mnie nie uczyła. Kiedy spytałam ją o tą sztuczkę z niebem, tylko się uśmiechnęła i zanuciła to, co zwykle nuciła przy pracy. To jest w ogóle wiersz, dowiedziałam się przypadkiem, już po jej śmierci. Wymyśliła sobie do niego melodię.

– Pamiętasz go?

– Nie cały. Tylko fragment. W sumie trochę wzięłam z niego pomysł na to, jak to można ugryźć. I na początku, jak się jeszcze uczyłam, trochę traktowałam jak zaklęcie, które trzeba wypowiedzieć na głos, żeby zadziałało.

Zawiało i nad okolicą przetoczył się ciężki grzmot. Kiedy Misia odwróciła się przez ramię, by popatrzeć na chmury, przecięła je jasna nitka błyskawicy. Iza uśmiechnęła się lekko, oczy nieco złagodniały. Czekała na deszcz i może trochę na wiersz. Misia przymknęła więc oczy, zaczerpnęła tchu i zaczęła recytować:

Gdybym miał niebios wyszywaną szatę z nici złotego i srebrnego światła; ciemną i bladą, i błękitną szatę ze światła, mroku, półmroku, półświatła...[2] iii dalej nie pamiętam niestety. Coś tam było o marzeniach, tak mi się wydaje.

Iza uśmiechnęła się lekko, wciąż zapatrzona w nadciągającą burzę.

– Ładne – przyznała. – Twoja babcia miała styl.

– No nie?

– I naprawdę nauczyłaś się tego wszystkiego tylko na podstawie wiersza i tego, że widziałaś swoją babcię robiącą dziwne rzeczy w warsztacie?

Misia wzruszyła ramionami.

– Na to wygląda. Jak było z tobą?

– Poszłam na imprezę, wzięłam kwas, okazało się, że mi się nie wydawało, że potrafię zaklinać dym i robić z niego rzeczy, tylko naprawdę ktoś to widział. Na szczęście widział ktoś z naszych. Takich jak ja. Zgarnęli mnie, zaczęli tłumaczyć, co i jak. Poradzili, żebym się z nimi bujała, bo wtedy to łatwiej ogarnę i jest szansa, że nic sobie nie zrobię po drodze. Podobno tak się robi. Trzyma się w grupach, pilnuje swojego terenu, z którego zbiera się rosę i wygania wędrowców, którzy się mogą chcieć pojawić, żeby ją zeżreć.

– Czym jest rosa?

– To coś, co pozwala nam robić te wszystkie dziwne rzeczy. Robi się różne takie pułapki albo totemy albo inne cuda i się ją w ten sposób zbiera i się ją wykorzystuje, żeby móc odganiać wędrowców, żeby nie przychodzili i nie rozrabiali.

– Czemu tu przychodzą? – dopytywała Misia. – Czego szukają?

– Nie mam pojęcia. Spędziłam z tymi ludźmi zaledwie kilka miesięcy. Nie mówili mi zbyt dużo. Twierdzili, że dowiem się wszystkiego w swoim czasie i to skomplikowane, więc mam być cierpliwa, ale zanim ten czas nadszedł, to starzy mnie znaleźli, spakowali i wysłali do ciotki żebym zmieniła środowisko i wyrwała się ze szponów dziwnej sekty. Wiem dokładnie tyle, ile ci powiedziałam. Jest rosa i są wędrowcy, wędrowcy czasem przychodzą na naszą stronę. Czasem kogoś zabijają, czasem zabierają ze sobą, czasem po prostu robią bałagan. Dzięki rosie jesteśmy w stanie się ich pozbywać.

Znów zagrzmiało, a kilka chwil później błysnęło. Z nieba spadły pierwsze, ciężkie krople deszczu. Misia zeskoczyła z barierki i popatrzyła Izie w oczy.

– Franek to mój przyjaciel– oświadczyła. – Znaliśmy się od dziecka. Pomieszkiwałam u niego jak moi starzy się snuli po kraju, realizując swoje niszowe pasje. I… jeśli to, co go zabiło, cały czas czai się gdzieś w okolicy, to chcę to znaleźć. I rozwalić.

–  Jak?

– Ty mi powiedz. Przecież wiesz… rzeczy. Więcej rzeczy, niż ja. To przez ciebie poszedł tamtego wieczora na wyspę. Chciał ci zaimponować, chciał, żebyś zwróciła na niego uwagę. To też twoja sprawa.

– Przecież wiem. Poszłam cię szukać, tak? – westchnęła z pewnym zniecierpliwieniem Iza. – Chcę ci pomóc. Na tyle, na ile będę w stanie.

– Jak?

– Wymyślę coś. Na początek chyba dobrze, jakbyśmy obie wiedziały, co potrafimy i co jesteśmy w stanie zrobić. A to oznacza, że musimy znaleźć jakieś miejsce, gdzie nikt nam nie będzie przeszkadzał. Przyjadę po ciebie jutro po południu i pojedziemy na rowery, dobra?

– Dobra – mruknęła Misia, łapiąc na dłoń kroplę deszczu. – Wracajmy może lepiej, bo burza.

– To wracaj – uśmiechnęła się nieco drapieżnie Iza. – Ja jeszcze zostanę i popatrzę.

Michalina przyglądała jej się przez chwilę z powątpiewaniem, po czym po prostu wzruszyła ramionami i wsiadła na rower. Kiedy odjeżdżała, Iza wciąż jeszcze stała na moście, z dłońmi zaciśniętymi na barierce, wpatrzona w odległe błyskawice.

Następnego dnia Iza rzeczywiście przyjechała pod furtkę Misi na swoim obdrapanym składaku. Tym razem nie zanosiło się na burzę. Dzień był ciepły i nieco senny. Na sąsiedniej posesji ktoś kosił trawę. Pachniało ziemią, sosnowym lasem i słońcem.

– No więc – zagadnęła Misia, podchodząc do furtki i przyglądając się gościowi. – Robimy to, hm?

– Na to wygląda.

Milczały przez dłuższą chwilę, patrząc na siebie ponad krzakami porzeczek.

– Wiesz może, gdzie mogłybyśmy pojechać? – spytała wreszcie Iza, starając się brzmieć na możliwie jak najbardziej znudzoną i obojętną. – Siedzę tu drugi tydzień, nie znam tej dziury aż tak dobrze.

Misia przyprowadziła swój rower i ruszyły w drogę.

– Przy torfowisku jest takie miejsce z ławeczkami i stołami pod piknik, ale to nas raczej nie interesuje, nie?

– W takich miejscach kręci się dużo rowerzystów – odparła Iza. –  Nie chcemy rowerzystów. Ani ludzi w ogóle, więc chyba imprezowe miejscówki też odpadają.

– To w takim razie może chatka wiedźmy?

– Przepraszam, co?

– Chatka wiedźmy, no. Taka w lesie. 

– Opowiedz coś więcej – Iza wydawała się co najmniej zaintrygowana.

Misia skręciła w jedną z wielu prowadzących do lasu ścieżek.

– Tu kiedyś w okolicy mieszkała taka szurnięta baba – wyjaśniła. – Można się było na nią czasem natknąć w lesie albo nad rzeką jak chodziła i zbierała jakieś zioła. Głównie pokrzywy. Czasem nawłoć. Rodzice nas, wszystkie dzieciaki z ulicy, zawsze straszyli, żeby na nią uważać, bo porywa dzieci. Moja babcia jej czasem zanosiła jakieś dywaniki czy zasłonki, no bo wiadomo, biedna samotna kobieta w lesie. Raz czy dwa z nią poszłam. A później już tam nie mieszkała. Nikt nie wie, co się z nią stało, ale domek został. Albo właściwie ruiny domku. I w sumie resztki sadu i taka stara studnia. Czasem tam jeżdżę jak chcę mieć spokój.

– I jesteś pewna, że na nikogo tam nie wpadniemy?

– To kawałek stąd, głębiej w lesie. Nikt tam raczej przypadkowo nie łazi.

Iza posłusznie jechała więc wąską, leśną ścieżką kawałek za Misią. Z każdym zakrętem dróżki las stawał się coraz dzikszy i mniej przystępny. Ścieżynka raz po raz ginęła pod dywanem liści, paproci i jagód, tylko po to, by wyłonić się kawałek dalej.

Słońce przedzierało się przez gęste korony, zostawiając na ledwie widocznej ścieżce plamy światła. Słodkawy zapach żywicy mieszał się z wonią leśnych kwiatów.

Wreszcie, po godzinie jazdy przeplatanej prowadzeniem rowerów przez chaszcze, zdołały dotrzeć do polany. Po jej drugiej stronie, na skraju linii drzew stały trzy, częściowo zwalone ceglane ściany. Cegły były pokruszone i nadpalone, porośnięte mchem i drobnymi roślinkami. Wśród poskręcanych, starych jabłonek stała studnia. Iza, wiedziona ciekawością, zaczęła kręcić korbą przy cembrowinie. Gdzieś w głębi szczęknął łańcuch.

– Jakby to był horror, to pewnie zaraz wyciągnęłybyśmy trupa tej starej baby – stwierdziła Misia, przyglądając się jej poczynaniom z uwagą. – I zagadka rozwiązana, utopiła się we własnej studni.

– Boisz się?

– Niespecjalnie.

– Widziałaś kiedyś trupa?

Misia pokręciła głową.

– Ty?

– Nie pozwolili mi zobaczyć. I nie było mnie w mieszkaniu jak typa wynosili. Ale i tak później przez tydzień spałam w jego pokoju.

– A później?

– Przyjechali po mnie starzy – odparła Iza, po czym z odcieniem triumfu wyciągnęła stare, zardzewiałe wiadro. Zapachniało stęchlizną. Iza jakby nigdy nic zaczerpnęła dłonią ciemnej, zawiesistej wody, po czym uśmiechnęła się zupełnie szczerze, wyraźnie podekscytowana. – Ej. Jeśli nie miałaś nigdy kontaktu bezpośrednio z rosą, to tutaj jest jej mnóstwo. To jedna z tych pułapek, do których się ją zbiera, mówiłam ci wczoraj. Ktoś, kto tutaj mieszkał, miał swój własny, prywatny zbiorniczek na rosę.

– To znaczy…?

– Że równie dobrze ten cały domek wiedźmy mógł naprawdę należeć do wiedźmy. Spróbuj. Zanurz rękę.

– Nie. Fuj.

– Spróbuj – nalegała Iza. – Nic ci nie będzie, spodoba ci się. Poza tym, i tak z tego przecież korzystasz, tylko pewnie nie zdajesz sobie sprawy. Musisz mieć jakiś stały punkt dostępu, dlatego możesz w ogóle robić te rzeczy z cieniem.

Misia nie była ani trochę przekonana do konceptu. Nie zaprotestowała jednak, kiedy Iza pochwyciła jej dłoń i wsadziła ją do wiadra. Natychmiast zalała ją fala całkowitego spokoju i pewności, że ma wszystko czego potrzebuje i niczego już nigdy jej nie zabraknie. Stała tak przez chwilę, z dłonią Izy na swoim nadgarstku, palcami wciąż muskając powierzchnię ciemnej, zimnej wody i mrużąc oczy w złocistym, popołudniowym słońcu. Na jeden moment wszystko stało się niemal czarno-białe: jej czarny T-shirt, niebo zalane bielą upału, ciemne pasmo lasu, bardzo jasna twarz Izy, jej ciemne rzęsy, bardzo jasne włosy. Widziała wszystkie cienie wokół wyraźniej. Wiedziała, jak po nie sięgnąć i do czego jest w stanie je zmusić. Wreszcie, po zdecydowanie zbyt długiej chwili, puściła dłoń towarzyszki i rozluźniła palce.

– No dobra – mruknęła, wycierając rękę o koszulkę. – Może nie aż tak bardzo fuj.

Iza uśmiechnęła się do niej, szeroko i nieco drapieżnie. Wyciągnęła z kieszeni szortów dość ekstrawagancką zapalniczkę na łańcuszku. Misia zmarszczyła brwi.

– Palisz?

– Fajek nie – odparła Iza, wciąż przeczesując kieszenie. Wyciągnęła z jednej z nich szklaną lufkę oraz przezroczystą, strunową torebkę. – Ale jak to mówią, nie ma dymu bez ognia.

Wyjęła z torebki grudkę czegoś, co wyglądało na ususzone liście, włożyła do lufki, zapaliła i wciągnęła powietrze do płuc. Po szklanej ściance natychmiast powędrował mlecznobiały dym. Iza odsunęła lufkę, wydmuchała go, następnie złapała w wolną dłoń. Powtórzyła proces jeszcze kilka razy, aż wreszcie lufka znów spoczywała bezpiecznie w kieszeni, za to dłonie były pełne dymu. Wzrok również miała nieco zamglony i umiarkowanie przytomny. Odsunęła od siebie dłonie, urabiając dym, jakby był drożdżowym ciastem.

– Gotowa? – spytała.

– Na co?

– Twoja kolej. Pokaż mi co potrafisz.

Iza dmuchnęła w dłonie, pozwalając, by obłok białego dymu popłynął w stronę Misi. Dziewczyna odskoczyła, zdziwiona. Smugi dymu owinęły się wokół jej kostek i nadgarstków, na moment unosząc ją do góry.

– Ej! – szarpnęła się, gdy kolejna smuga dymu owinęła się wokół jej szyi. – To łaskocze!

– To spróbuj się obronić – zachęciła Iza.

Misia zmrużyła oczy i rozejrzała się uważnie. Dostrzegła cień rzucany przez studnię i sięgnęła do niego. Nawinęła trochę na palec, wciąż jeszcze trochę wisząc w powietrzu. Uformowała go w trójkąt o ostrych krawędziach i za ich pomocą przecięła splecione z dymu więzy. Upadła na porośniętą trawą i pokrzywami ziemię.  Syknęła cicho.

– Nic ci nie jest? – spytała Iza, podbiegając do niej. Jednym, niedbałym gestem rozwiała dym. Wydawała się nieco wystraszona, a mimo to nie mogła przestać się śmiać, dość zresztą głupkowato.

– Nie, raczej nie – odparła Misia, podnosząc się. Popatrzyła na poparzone pokrzywami kolana i wzruszyła ramionami. – To było super! – przyznała.

– No nie?

Bawiły się w ten sposób większość popołudnia. Misia to atakowała Izę swoimi cieniami, to próbowała się bronić. Nie bała się już sięgać w ciemność, ale wciąż nie było to proste zadanie i wymagało od niej sporo kombinowania. Do tej pory wykorzystywała cień tylko do zabawy lub żeby coś sobie ułatwić. Iza była zdecydowanie bardziej ofensywna i zawzięta, jednak przewidywalna. Żeby cokolwiek zrobić, musiała przecież zapalić i uzbierać dym w dłonie.

– Co robisz, kiedy nie ma dymu? – spytała Misia, kiedy leżały na plecach, wpatrując się w słońce coraz bardziej chylące się ku koronom drzew.

– Podpalam coś – odparła Iza. Od niechcenia bawiła się zapalniczką.– Zazwyczaj nawet odrobina wystarczy, żeby kogoś podnieść. Sama widziałaś. Jest bardzo… skondensowane.

– Spaliłaś całą lufkę. Cokolwiek to było, nie wyglądałaś na jakąś szczególnie przytomną. Dalej nie wyglądasz.

– No i?

– To bezpieczne dla ciebie? Jak mieszkałaś z tymi ludźmi, pozwalali ci tak chodzić bić się z tymi całymi wędrowcami?

Iza wzruszyła ramionami.

– Sami zazwyczaj nie byli do końca trzeźwi, a przynajmniej nie wszyscy. Tak różnie. Jest w porządku. Jakby… Jak coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie.

– To musiało być dość niedawno, nie? – odezwała się po dłuższej chwili Misia, wpatrując się w niebo.

– Co znowu?

– To, co opowiadałaś przy studni. Że spałaś w pokoju kogoś, kto umarł. Skoro to było przed tym, jak starzy cię zgarnęli, to musiało być jakoś zaraz przed tym jak przyjechałaś tutaj.

– O wow – mruknęła z pewnym roztargnieniem Iza. – Słuchałaś tego, co mówiłam.

– Zazwyczaj słucham.

Przez dłuższą chwilę milczały obie.

– Jak się w ogóle czujesz? – spytała Misia. – Po tym wszystkim?

Odpowiedziało jej kolejne wzruszenie ramionami.

– W porządku, chyba. Nie wiem. Posiedzę tutaj pewnie ile będzie trzeba, i jak ciotka z wujkiem stracą czujność to znowu zwieję do swojego kręgu.

– Czego?

– Kręgu. Tak się mówi o tych grupach, w których się trzymamy. Moi starzy uważają, że to sekta albo nie wiem, dziwna komuna w której ćpamy i robimy nie wiem co. A oni mnie uczą jak robić magię chronić nasz świat przed wędrowcami i to przecież strasznie ważne, prawda?

– Tak brzmi – zgodziła się Misia. Przeniosła wzrok na Izę. Dziewczyna leżała obok niej, z dłońmi wyciągniętymi nad głową. Oczy miała przymknięte, oddychała głęboko, wciągając w nozdrza zapach lasu. Wydawała się nieco bardziej zrelaksowana i mniej wyniosła niż te kilka dni temu, kiedy widziały się na ognisku.

– A ty jak się czujesz? – spytała niespodziewanie, otwierając oczy i spoglądając w stronę Misi. – Jakby… Wędrowiec zeżarł ci kumpla, nie?

Misia otoczyła kolana ramionami i oparła na nich brodę.

– To głupie, ale głównie myślę, o tym, że miałam jechać z nim i jego starszymi braćmi pod namioty. Wiem, że jakby, to jest najmniej istotne w całej tej sytuacji, ale też no… – Uśmiechnęła się smutno. – Najłatwiejsze.

Iza zapatrzyła się w przestrzeń. Niby od niechcenia nakryła dłoń Misi swoją.

– Ten typ, który się przekręcił u nas na mieszkaniu – odezwała się dopiero po chwili.  – Do tej pory myślę o tym, że raz kupił mu piwo i miałam się odwdzięczyć ale nie zdążyłam i teraz wiszę mu pięć złotych. Nie mam pojęcia, co z tym zrobić.

Misia również nie wiedziała, więc przez dobrą chwilę po prostu siedziały w milczeniu na polance, obserwując jak coraz bardziej pomarańczowe promienie słońca muskają źdźbła trawy, jednocześnie zachwycone widokiem, i zmęczone wszystkim, co działo się przez ostatnie kilka dni.

–  Powinnyśmy się chyba zbierać – stwierdziła wreszcie Iza, spoglądając w niebo. – Zaraz zacznie się ściemniać.

Misia pokiwała głową. Słońce zniknęło już za drzewami i cienie zaczynały robić się niespokojne. Wzięły rowery i ruszyły w drogę powrotną krętą, momentami zanikającą dróżką przez las. Zatrzymały się dopiero przy wyjeździe z lasu.

– Ja chyba już tutaj odbiję do siebie – rzuciła od niechcenia Iza. – Będę miała bliżej.

– Pewnie – zgodziła się Miśka. – To pewnie do zobaczenia?

– Jutro przy chatce wiedźmy? – zaproponowała Iza. – Jakoś o tej samej porze co dzisiaj?

– Spoko.

Iza uśmiechnęła się, nieco drapieżnie.

– To dobrze. Mamy jeszcze dużo do zrobienia –  oświadczyła, wskakując na siodełko swojego składaka. 

Misia jeszcze przez chwilę stała na skraju lasu, obserwując coraz bardziej ciemniejące niebo. Nad linią lasu jaśniała połówka księżyca.

***

Iza zazwyczaj przyjeżdżała na polankę pierwsza i czekała na Misię, paląc dziwne zioła ze swojej lufki i notując coś w zeszycie. Nie marnowały czasu na pogaduszki. Czerpały wodę ze studni i zanurzały w niej dłonie, następnie zaś aż do upadłego walczyły ze sobą z użyciem cienia i dymu. Wymyślały coraz nowsze sposoby na wykorzystanie swoich umiejętności.

Już po kilku dniach wspólnych ćwiczeń doszły do wniosku, że sparringi nie mają zbyt dużego sensu, skoro z założenia mają tego samego przeciwnika. Zaczęły pracować na tym, jak współdziałać i łączyć ze sobą ciemność i dym. Zgrywały się, tańczyły z nimi jak ze wstęgami, próbowały znaleźć wspólny rytm. Misia zaczęła nawet puszczać muzykę z telefonu.

Całe sobotnie popołudnie spędziły na tkaniu materii z pasm rzucanego przez drzewa cienia i ziołowego dymu. Leżały później pod stworzonym w ten sposób pledem, rozmawiając cicho, bo przecież dopiero po skończonym treningu był czas na rozmowy.

– Co w sumie robisz całymi dniami? – zainteresowała się wtedy Misia. – Poza tym, że mnie uczysz?

– Nie uczę cię – odparła Iza. – Obie się tak naprawdę uczymy, sama wiem niewiele więcej niż ty. A no, jak nie jestem tutaj, to pomagam ciotce w sadzie. Czasem łażę po Starym Ustroniu. 

– I co, znalazłaś coś ciekawego?

Iza popatrzyła na nią z politowaniem.

– W Ustroniu – powtórzyła z powątpiewaniem. – Ciekawego.

– No wiesz, poza znikającymi bez śladu nastolatkami, wędrowcami z innej rzeczywistości i studniami pełnymi magii? 

Iza przyjrzała się jej uważniej. Pociągnięte błyszczykiem usta rozciągnęły się w szerokim i nawet miłym uśmiechu. Misia zupełnie nie rozumiała potrzeby malowania się na ćwiczenia z magii w sercu lasu, ale nie zamierzała kwestionować. Zwłaszcza, że następne słowa, jakie padły z tych pomalowanym błyszczykiem ust brzmiały:

– Tak zasadniczo, to wygląda na to, że wszystkie interesujące części Ustronia mam na ten moment pod ręką.

Misia spoglądała na ciemniejące niebo poprzez półprzezroczysty, utkany z cieni i dymu materiał. Zanosiło się na deszcz, ale póki co słońce wciąż walczyło. Ostre, złociste płomienie ślizgały się po krawędziach chmur, zalewając polankę dusznym, czerwcowym upałem.

– Chyba powinnyśmy wracać. Zaraz będzie lało. 

– Nie szkodzi. Lubię burze.

– Ale burza w lesie…? – mruknęła z powątpiewaniem Misia. – Drzewo może ściągnąć piorun. Tu nic przecież nie jest uziemione.

– Zostańmy jeszcze chwilę – poprosiła Iza, splatając swoje palce z palcami Michaliny. Dziewczyna odwzajemniła uścisk.

– Zawsze możemy też podjechać do mnie – Zebrała się na odwagę. – Starzy wyjechali rano, mam wolną chatę. Mogłybyśmy posiedzieć w ogródku albo coś pooglądać…?

– Mam godzinę policyjną – mruknęła Iza. – Nic dziwnego zresztą, biorąc pod uwagę to, że pierwsze, co zrobiłam po przyjeździe, to dałam się zaprosić rudym na ognisko, na którym ktoś zaginął. Pierwsze i prawdopodobnie ostatnie w te wakacje – westchnęła nieco melancholijnie.

– Ale tutaj ci wolno przyjeżdżać…? I do Starego Ustronia też łazisz, nie? 

– Nawet więźniom przysługuje godzina na spacerniaku. 

Znów zagrzmiało, tym razem nieco bliżej. Misia podniosła się, jednym ruchem pozbywając się widmowego koca i ruszyła po swój rower. Iza usiadła, spoglądając w ślad za nią, wyraźnie zdezorientowana.

– Co jest…? Miśka?

– Nic. Grzmi. Więc muszę wracać do domu. Zostań, jeśli chcesz.

Iza westchnęła cicho. Podniosła się i przeciągnęła.

– Chodź no tutaj – mruknęła, zbliżając się do Misi. Przez chwilę po prostu wpatrywała się w nią w milczeniu, wyższa o niemal głowę, opalona i wyraźnie zamyślona. – Mogę cię pocałować?

Misia zamrugała.

– A chcesz?

– Już od jakiegoś czasu.

Dziewczyna przyglądała jej się nieufnie, chociaż z pewnym zaciekawieniem. Ostatecznie tylko pokiwała głową, zbita z tropu i niepewna jak takie rzeczy właściwie powinny się odbywać.

Całowały się przez chwilę, po czym Misia jakby nigdy nic wzięła swój rower i pojechała do domu, ścigana przez burzowe chmury.

Oberwanie chmury nastąpiło jeszcze zanim Misia zdążyła wyjechać z lasu. Liście trochę chroniły przed deszczem, chociaż i tak już po chwili była całkowicie przemoczona. Nad jej głową przewalały się grzmoty, co chwila gdzieś błyskało i za każdym razem serce trochę stawało jej w gardle. Miała nadzieję, że Izie nic nie jest i znalazła bezpieczne schronienie. Może nie znalazła. Może wyszła na spotkanie burzy, tak jak lubiła.

Wyjeżdżała już z lasu na asfaltową drogę, kiedy przed kołami roweru wyrosła oberwana przez silny wiatr gałąź. Misia krzyknęła, ale nie zdążyła już wyhamować. Z pełną prędkością najechała na przeszkodę, wybiła się odrobinę w powietrze i razem z rowerem poleciała do rowu. Poderwała się natychmiast, mokra, ubłocona i wściekła. Kolana bolały po stłuczeniu, podobnie jak łokcie i była pewna, że trochę przygryzła sobie koniuszek języka, poza tym jednak obyło się bez poważniejszych obrażeń. Z rowerem było nieco gorzej. Przednie koło zdecydowanie wyglądało na zósemkowane. Zaklęła pod nosem. Sięgała już po cień, by upleść sobie jakieś, chociażby tymczasowe, schronienie przed deszczem i zawlec zepsuty rower do domu, dostrzegła jednak światła wyłaniającego się zza zakrętu auta. Samochód zwolnił na zakręcie, a po chwili zwolnił jeszcze bardziej i zatrzymał się. Misia zamrugała, gdy drzwi otworzyły się i z wysłużonego, granatowego Matiza wysiadł Jasny.

– …Michalina? – Zmarszczył brwi na jej widok, chyba równie zaskoczony co ona sama. – Co ty tu robisz w taką ulewę?

– Wracałam od koleżanki – mruknęła, obejmując ramiona dłońmi, by jakoś się ogrzać. – Złapało mnie po drodze.

Podszedł bliżej, uważnie obejrzał rower. Pokręcił głową, potwierdzając jej diagnozę.

– Potrzebujesz może podwózki? Rower się weźmie na hak z tyłu, mam miejsce.

– A mógłbyś…?

– Żaden problem. Zapraszam – otworzył jej drzwi po stronie pasażera, żeby nie musiała już dłużej moknąć.

– Dziękuję.

Rzeczywiście, wziął rower, podniósł go i, zamocował pojazd na haku za bagażnikiem. Misia obserwowała jego poczynania w tylnej szybie auta, chociaż po ciemku i za ścianą deszczu nie było widać zbyt wiele. Koszulka kleiła się jej do ramion. Za oknem raz po raz błyskało.

– Pasy – przypomniał dziennikarz, kiedy już zajął miejsce po stronie kierowcy. – Fatalna pogoda, prawda?

Pokiwała głową.

Przez dłuższą chwilę milczeli oboje, wpatrując się w spływający po szybach deszcz. Wycieraczki ledwo nadążały. Z radia sączyła się ścieżka dźwiękowa z Miasteczka Twin Peaks i zrobiło się nieco sennie.

– Od Stolarków wracałaś? – spytał Jasny, zerkając na nią w przerwach od wpatrywania się w ścianę deszczu. 

– Słucham?

– Mówiłaś, że jechałaś od koleżanki i złapała cię burza. To była Iza Stolarek, prawda? Ta z ogniska?

Misia zamarła, nie bardzo wiedząc, jak zareagować na tak sformułowane pytanie. Ostatecznie z rezygnacją pokiwała głową.

– Skąd wiesz?

– Nie miałem pojęcia – odparł. – Strzelałem.

Misia milczała przez dłuższą chwilę, zaplatając i rozplatając ręce.

– Skąd w ogóle wiedziałeś, że Iza była wtedy na ognisku? 

– Jest nowa w mieście. Ludzie gadają. Ma… specyficzną reputację. Przynajmniej z tego co słyszałem od kolegów z redakcji. 

– O tobie też gadają? 

–  Pewnie tak. Zawsze się trochę gada, o czymś trzeba. 

Michalina również zapatrzyła się na drogę przed nimi, ledwie widoczną w ulewie. 

– Dlaczego w ogóle założyłeś, że możemy się razem bujać? Też mam specyficzną reputację? – zaciekawiła się mimo woli. 

Jasny pokręcił głową, wpatrzony w strugi deszczu za szybą. 

– Nic mi o tym nie wiadomo. Ale to po prostu bardzo częsty scenariusz, nie uważasz? 

Misia wywróciła oczami. 

– Jaki znowu scenariusz? 

– Znajomi, a w tym przypadku znajome zaginionego wiedzą więcej, niż mówią. Wiedzą, że poszukiwania są daremne i wiedzą, że nikt im nie uwierzy. Próbują działać na własną rękę, żeby samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość. Rozmawiałam z twoimi rudymi kolegami, ale, zupełnie między nami i bez urazy dla nikogo, nie wydają się najbystrzejszymi grzybkami w tym barszczu. Raczej nie podejrzewam ich o awanturniczą żyłkę. Co innego ty i Iza Stolarek.

Misia wywróciła oczami. 

– Nie wiem, jakich seriali kryminalnych ty się naoglądałeś – prychnęła. – Ale to na pewno nie jest ten serial. 

– I bardzo dobrze – Jasny w zadumie pokiwał głową. – Niektóre sprawy lepiej zostawić profesjonalistom. 

– A wiesz, mogłabym ci powiedzieć to samo –  zakpiła Michalina. –  I no, dzięki za podwózkę – mruknęła, widząc w światłach samochodu znajomą furtkę. Byli na miejscu. 

Jasny wysiadł, żeby odpiąć zepsuty rower. Może jej się wydawało, ale mrugnął do niej porozumiewawczo. 

– Uważaj na siebie – poprosił jeszcze, siadając za kółkiem. – Ostatnio łatwo tutaj wpaść na zabłąkanych wędrowców. 

Zanim zdążyła w jakikolwiek sposób na to zareagować, życzył jej dobrej nocy, i ruszył w dalszą drogę.

***

Lało przez całą noc. Ulewa podniosła poziom wody w rzece, sprawiając, że płynęła wściekłą, spienioną falą. Możliwe, że dlatego właśnie udało się wreszcie znaleźć Franka. Rozwścieczona rzeka po prostu wyrzuciła jego ciało na brzeg.

  Misia dowiedziała się o tym z samego rana, kiedy wyszła do ogrodu. Po niebie pędziły ciężkie, sine chmury, przez które usiłowało się przebić słońce, cały świat pachniał wilgotną trawą, resztki wody spływały po liściach. Umundurowany policjant stał w progu domu Milczarków, rozmawiając z gospodarzami. Michalina siedziała na schodkach ganku, odbijając piłkę o ścianę garażu, dopóki nie dostrzegła, że Jasny – jak zwykle w skórzanej kurtce i z torbą na aparat przewieszoną przez ramię – kręci się przy jej furtce. Zerwała się i ruszyła przez ogród w jego stronę, gubiąc gdzieś po drodze cieniową piłkę.

– Nawet się nie waż –  warknęła, wychylając się do niego przez siatkę. –  Zostaw Milczarków w spokoju!  

Jasny lekko uniósł brwi, wyraźnie zbity z tropu.

– Nie przyszedłem do Milczarków, Michalina –  odparł zadziwiająco miękko. –  Nie wiem, za kogo mnie masz, ale nie jestem taką osobą. 

–  Ta, mhm. 

Jasny przełknął ślinę. 

–  Przyszedłem do ciebie. 

–  Po co? 

–  Usłyszałem w redakcji, co się stało, i pomyślałem, że lepiej sprawdzę, jak się czujesz. I czy wszystko z tobą w porządku. Przyjaźniliście się. 

Spojrzała dziennikarzowi w oczy i nagle cały świat znów na moment stał się jaśniejszy, jak prześwietlona klisza. Cienie wokół pogłębiły się. Próbowała skoncentrować się na tym, co Jasny ma do powiedzenia, ale bezskutecznie. Potakiwała tylko, zdziwiona tym, jak szybko bije jej serce. Przecież wiedziała, i to już od tygodnia. Była przygotowana. Widziała policjanta na progu. Słyszenie, jak mówi o tym ktoś poza nią albo Izą było jednak dziwne. Niewłaściwe. Niepotrzebne.

Jasny zdołał jakoś zaprowadzić ją do domu i zmusić, żeby skontaktowała się z rodzicami. Rozmawiał z nimi uprzejmie, ale rzeczowo i zdołał zdobyć potwierdzenie, że ktoś wróci w przeciągu dwóch godzin. Z początku chyba nawet chciał dotrzymać jej przez ten czas towarzystwa, ale zapewniła, że jakoś sobie poradzi. O czym niby miałaby z nim rozmawiać? O rosie? O tym, że wędrowiec z innej rzeczywistości zabił Franka już tydzień temu?

Ojciec przyjechał nieco po południu. Najwyraźniej rzeczywiście postanowił dopilnować, żeby Misia nigdzie się tego dnia nie włóczyła. Z początku rzeczywiście nawet nie miała zamiaru. Wzięła sobie koc do ogrodu, żeby poczytać książkę, słowa uciekały jednak przed nią, i gubiły znaczenie chwilę po tym, jak już zdążyła je przeczytać, wciąż i wciąż wracała więc do tego samego zdania: “nie umiera się wtedy, kiedy trzeba, ale kiedy można to zrobić.[3]” Nie potrafiła się od niego uwolnić i nawet, gdy doszła dwie strony dalej, z powrotem przewracała kartki, by upewnić się, że zdanie tam było i że nadal jest w niezmienionej formie. Wreszcie, gdy znała je już prawie na pamięć i miała go po dziurki w nosie, zatrzasnęła okładkę książki i powłócząc nogami ruszyła do domu.

Cały dzień był szary i jakby niezdecydowany. Wyraźnie widziała odcinający się na tle chmur jasny okrąg, i myślała o tym, że to tak naprawdę jedyny moment, kiedy da się patrzeć prosto w słońce i nie mrużyć oczu. Myślała też o tym, że to dobrze, że jest tyle chmur, bo Iza musi mieć przecież z czego splatać zaklęcia, gdy pójdą zmierzyć się z gościem.

Im bliżej było godziny szesnastej, tym bardziej była pewna, że jednak jakoś wymknie się ojcu i pójdzie do lasu, bo przecież trzeba iść.

Koło trzeciej kręciła się już po domu i podwórku, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Muskała opuszkami palców gromadzące się w kątach cienie; dobrze znane, przyjazne cienie, tłumiące jej kroki i sprawiające, że tak naprawdę trudno było ją zauważyć. Rower wciąż stał w garażu, zepsuty, całą drogę przebyła więc pieszo.

Iza siedziała na cembrowinie studni. W dłoni trzymała butelkę wina, do połowy już zresztą pustą.

– Jesteś – powiedziała po prostu, obdarzając Misię spojrzeniem zimowo błękitnych, mroźnych oczu. – Wiesz już, że go…?

– Tak, wiem. Weźmy się do roboty.

Iza pokiwała głową i odłożyła butelkę. Nabrały wody ze studni, zanurzyły dłonie i tak jak przez kilka ostatnich dni, sięgnęły po dym i chmury.

Szło im o wiele lepiej niż wcześniej i Misia widziała postęp – widziała swobodę ruchów, widziała, z jaką łatwością celują w jabłonkę, która pełniła rolę ich wyimaginowanego wroga, jak idealnie się synchronizują. Może dlatego tak zaskoczyło ją, gdy Iza nagle po prostu rozwiała dym jednym dmuchnięciem i z całej siły kopnęła w pień drzewa. Upiła łyk ze swojej butelki i kopnęła po raz drugi. Twarz wykrzywiła się w maskę bezsilności. Kopała raz po raz, aż z drzewa zaczęły osypywać się liście.

– Iza…? – Misia zerknęła na nią, zdezorientowana. – Co jest, co się dzieje?

– Ty naprawdę nie łapiesz, co? – burknęła na nią Iza, między jednym kopnięciem a drugim. – Nie rozumiesz, że to wszystko nie ma sensu? To, co tu robimy? Już jest po wszystkim i sobie możemy. Bawić się w jakieś treningi i udawać, że jesteśmy w stanie coś zrobić. Znaleźli go, to znaleźli. Koniec tematu. Możemy się tu spotkać i sobie poćwiczyć i porzucać zaklęcia, ale to tak naprawdę tyle. Nic nam to nie da. To nigdy nic nie daje. Przykro mi, nie potrafię ci pomóc.

– Ale przecież on gdzieś tam jest – sprzeciwiła się Misia. – Ten wędrowiec. Skoro zaatakował raz, pewnie zaatakuje drugi.

– Nie mamy takiej pewności. Może to była jednorazowa akcja. Może ktoś go tutaj zaprosił, pozwolił kogoś porwać i rozwalił albo wygonił z powrotem. Może już więcej nie wróci i niepotrzebnie tracimy czas.

– Kto niby chciałby nasyłać wędrowca na Franka? I niby po co?

– Może wcale nie na Franka. Ja tam byłam, ty tam byłaś, może komuś chodziło o którąś z nas, skąd mam wiedzieć?

– Musimy mieć pewność, Iza. Znaleźć tego wędrowca, albo kogoś, kto sobie spontanicznie nasyła potwory na ludzi. Obiecałaś, że mi pomożesz! Że nie można tego tak zostawić i że robimy to wszystko, żeby chronić świat!

Iza sięgnęła po butelkę z winem i pociągnęła solidny łyk.

 – Też chcesz?

Misia zawahała się.

– A daj – mruknęła ostatecznie, zabierając od niej butelkę. Wino było obrzydliwie słodkie i jakby lepkie w smaku. Pachniało trochę wiśniami a trochę siarką. – Mogłybyśmy poszukać pomocy, wiesz? Może jest w okolicy ktoś silniejszy i bardziej doświadczony, kto mógłby nam pomóc? 

– Nic z tego nie będzie – odparła Iza. – Jutro stąd spadam. Wracam do nich.

– Przepraszam, co?

– Normalnie – Dziewczyna wzruszyła ramionami. – Fajnie było, ale chyba już cioteczkę rozpracowałam. Wiem, jak zwiać tak, żeby się nie połapała w sytuacji.

– I zamierzasz tak po prostu stąd wyjechać? – dopytywała Misia. – Jakby nigdy nic? Jakby nic się nie wydarzyło?

Iza tym razem zwlekała z odpowiedzią.

– Jak chcesz, możesz zabrać się ze mną – powiedziała wreszcie. – Jesteś zdolna. I szybko się uczysz. Polubiliby cię. Mogłabyś się bujać razem z nami, uczyć się, polować na wędrowców, imprezować…

Misia upiła jeszcze łyk wina. Skrzywiła się.

– W sensie, uciec z domu i brać narkotyki?

– Nie no – Iza zawahała się. – Prochy chyba są opcjonalne, nikt by cię przecież raczej nie zmuszał, jak potrafisz sięgać do cieni bez. Wyjedź ze mną, Misia – poprosiła. – Chociaż na trochę. Spodoba ci się, zobaczysz. 

– Sama nie wiem To nie brzmi jak impreza dla mnie.

– Bo co, jesteś lepsza, bo nauczyłaś się sama i nie potrzebowałaś wspomagaczy? – spytała Iza, z jakiegoś powodu bardziej poirytowana.

Misia pociągnęła jeszcze dwa łyki i wyciągnęła dłoń, by oddać butelkę Izie. Dziewczyna tylko pokręciła głową.

– Zeruj – poleciła. – I odpowiedz na pytanie.

– No Iza, przecież wiesz, że nie. Do głowy mi to nie przyszło. I nie chcę się z tobą kłócić, po prostu…

– Po prostu się boisz.

– No pewnie, że się boję – odparła z frustracją Misia. – Nie mam nawet osiemnastki, a ty chcesz, żebym z dnia na dzień zniknęła z domu i pojechała z tobą do dużego miasta, żeby mieszkać z jakimiś ludźmi, którzy polują na potwory pod wpływem nie wiem i nie chcę wiedzieć czego. Oraz, to nie jest ta część magii, która mnie tak naprawdę interesuje. 

– No z nas dwóch to ty jesteś nakręcona, żeby trenować i pomścić Franka. 

– Teraz tak – przyznała Misia. – Bo to jest rzecz do zrobienia, muszę chociaż spróbować. Ale tak poza tym… – zawahała się. – Chciałabym robić kiedyś piękne rzeczy, tak jak babcia, wydaje mi się, że to nie jest coś, czego mogłabym się nauczyć na prochach. Boję się, że to mogłoby mi jakoś zaszkodzić. Mojej magii. 

Iza uśmiechnęła się chłodno.

– Czasem trzeba przełamać strach i skoczyć na główkę – odparła. – Żeby zobaczyć, co oznacza prawdziwa wolność. Szkoda, że nie każdy potrafi się na to zdobyć.

– Jeśli to z jakiegoś cytatu motywacyjnego, który sobie zawiesiłaś nad łóżkiem to przykro mi, ale chyba nie taką wolność autor miał na myśli – Misia zaplotła dłonie na piersi, zraniona i coraz bardziej zła.. – Dlaczego tak bardzo ci zależy, żebym z tobą pojechała?

– W ogóle mi nie zależy – obruszyła się Iza. – Po prostu, człowiek chce dla ciebie zrobić coś dobrego. Otworzyć oczy, pokazać, że jest jakiś świat poza tym zadupiem, na którym mieszkasz, ale no pewnie, po co ci to, lepiej sobie siedzieć w ogródku babci i taplać się w rosie i marzyć o wielkiej magii, bo tak wygodniej.

– Ale to o co ci tak właściwie chodzi?

– O nic.

Misia westchnęła i rzeczywiście wyzerowała tę butelkę.

– Ja dobrze wiem, że jest jakiś inny świat, Iza – powiedziała. – I zasadniczo nie mam nic przeciwko temu, żeby się prędzej z nim później zmierzyć. W swoim czasie. I na moich warunkach. 

– No ale co cię tu trzyma w sumie? – Iza uśmiechnęła się krzywo. W zimowo–błękitnych oczach błysnęło coś bardzo okrutnego. – Starzy nie zauważą różnicy, sądząc po tym jak często mi mówisz, że masz wolną chatę, a pod namiot z Franusiem przecież i tak już nie pojedziesz…

Misia nie była pewna, czemu wypuściła butelkę z dłoni i czemu bez słowa ruszyła biegiem w stronę ścieżki. Od wypitego alkoholu coś ściskało ją w żołądku. Dym, który przecież już dawno zdążył się rozwiać, gryzł ją w oczy i w gardło. Coś, chyba cienie, kazały jej biec, uciekać stąd i nie oglądać się za siebie. Mimo wszystko wciąż trochę im jeszcze ufała.

Iza coś na za nią zawołała, najwyraźniej nie miała jednak zamiaru jej zatrzymywać. Może i dobrze.

Tej nocy Misia nie zmrużyła oka.

Cały wieczór spędziła oglądając z ojcem serial dokumentalny, przy którym jakiś czas wcześniej pracował. Nie przeszkadzało jej to, nawet sama zaproponowała. Na ogół się do tego nie przyznawała, ale lubiła zdjęcia ojca: długie, stabilne ujęcia, odległe, tchnące samotnością i niedopasowaniem kadry. Oglądając je czuła, że jednak trochę, na jakimś poziomie się rozumieją.

Kiedy wreszcie zamknęła się u siebie na górze, już wykąpana i gotowa do snu, również nie mogła znaleźć sobie miejsca. Włączyła na komputerze jakiś horror, ale przypomniała sobie, że przecież mieli go obejrzeć razem z Frankiem. Znalazła w Internecie piosenkę, którą Zakwas śpiewał tamtej nocy na ognisku i odtwarzała ją raz po raz. Od niechcenia bawiła się wyciągniętą spod łóżka kulką cienia, odbijając ją od podłogi, ścian i sufitu. Sama też czuła się trochę jak piłka, gotowa z niesamowitą energią odbijać się od wszystkich powierzchni, zapętlać coraz bardziej i przyspieszać, nie mogąc się zatrzymać. Myśli galopowały w głowie, nie dając się pochwycić. W ustach – mimo, że myła zęby, nawet dwa razy – wciąż miała słodkawy, wiśniowy posmak taniego wina.

Chmury wciąż przewalały się po nocnym niebie, burza jednak nie nadchodziła. Robiło się tylko coraz bardziej duszno. Michalina narzuciła sweter na t-shirt w którym spała i niemal bezszelestnie zeszła po schodach. Wymknęła się na zewnątrz do ogrodu. Pod stopami czuła trawę, chłodną i wilgotną od rosy. Niebo wisiało nad nią, zachmurzone i ciemne. Podeszła do starej czereśni, żeby urwać kilka owoców. Popatrzyła w ciemne okna domu Milczarków. Wszyscy spali, albo przynajmniej starali się udawać, że śpią. Może gdzieś pojechali i wcale nie zauważyła.

Księżyc usiłował przebić się przez chmury. Co jakiś czas mu się udawało i wtedy cały ogród zalewał się blaskiem. Źdźbła trawy i liście drzew połyskiwały, jakby posrebrzane, a cienie ożywiały się, tańcząc wokół Misi. Dziewczyna uklękła w wilgotnej trawie i wyciągnęła dłoń, zapraszając cienie bliżej siebie. Pochwyciła w palce cienką, rozedrganą smużkę, przypominającą nieco ogon żmii i zaczęła ciągnąć. Cień nie stawiał żadnego oporu. Należał do ogrodu, ufał jej. Nawinęła trochę na nadgarstek, a później nawijała dalej, aż miała w dłoniach całkiem pokaźny kłębek. Ostrożnie zaniosła go na strych. Tam również pełno było rozedrganych cieni, ale były też krosna po babci. Usiadła przy nich.

Nawinęła cień na drewniane czółenko i nieco drżącymi palcami narzuciła osnowę na drewniane ramy. Później po prostu tkała i tkała i tkała, przeplatając kolejne rzędy cienia przez osnowę za pomocą drewnianego czółenka.  Palce same pamiętały co robić, odtwarzały obserwowane kiedyś godzinami ruchy. Z cienia tkało się o wiele szybciej niż z normalnej wełny, o tym również pamiętała. Tamtą tkaninę z kawałkami wieczornego nieba babcia skończyła przecież w czasie jednej nocy.

 Dłonie bolały i sztywniały, a w głowie piosenka z ogniska przeplatała się z wierszem babci. Pod powiekami miała piasek, wiedziała jednak, że i tak nie zaśnie. Musiała tkać. Nie wiedziała nawet, czemu to robi i dla kogo ta cienka, chłodna w dotyku materia. W cieniach gromadzących się wokół krosna wciąż wyczuwała jednak babcię i to ją uspokajało.

Niebo za oknem zaczynało już nieco jaśnieć, kiedy Misia nagle zaczęła myśleć o Izie. Wydawało jej się, że cienie szepczą jej imię, chociaż nie potrafiła rozróżnić słów, przed oczami wciąż miała ich ostatnie spotkanie, wszystkie słowa, które padły. Wypuściła czółenko z dłoni. Ściągnęła z warsztatu gotowy kawałek tkaniny. Ubrała się pospiesznie i wyszła z domu. Zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę lasu i chatki wiedźmy.

Dopiero, gdy dotarła na miejsce, zrozumiała, że cienka materia, którą utkała z cieni to tak naprawdę pogrzebowy całun.

Słońce wznosiło się już nad dachem trzypiętrowej kamienicy, kiedy Misia dotarła wreszcie do centrum miasteczka. Siedziba redakcji “Głos Ustronia”  znajdowała się tuż przy parku. Zadzwoniła domofonem, nikt jednak nie odpowiedział. Może przyszła za wcześnie. W bramie nie widziała żadnego samochodu. Usiadła na ławeczce naprzeciwko budynku i obserwowała jak słoneczne promienie ślizgają się po dachu. Niebo było blade i jakby nieco zamglone, cienie pogłębione i wyraźne. Gałęziami w parku nie poruszył nawet jeden podmuch wiatru, trwały więc nieruchomo, jakby cały świat był prześwietloną fotografią.

Wreszcie dostrzegła znajomego Matiza. Obserwowała, jak auto tyłem wjeżdża w bramę kamienicy. Dopiero kiedy słońce zniknęło na moment za chmurami, podniosła się i również ruszyła w stronę bramy. Jasny akurat wysiadał z samochodu. Uśmiechnął się do Misi, chociaż wydawał się chyba nieco zaskoczony jej widokiem.

– Dzień dobry? – zaryzykował. – W czym mogę ci dzisiaj pomóc? 

Misia przestąpiła z nogi na nogę.

– Masz teraz czas?

Dziennikarz zerknął na zegarek. Pokiwał głową.

– Chodź do biura – zaproponował. – Zrobię ci herbaty. Chyba, że kawa? – Lekko przekrzywił głowę. – Wyglądasz bardziej na amatorkę kawy.

– Kawa – zgodziła się z roztargnieniem Misia. – Ale nie teraz. Teraz musimy jechać.

– Jechać? Gdzie?

– Ja pokażę – zapewniła. – I wszystko opowiem i wyjaśnię. Tylko już jedźmy. Proszę.

Jasny przyglądał jej się przez chwilę z powątpiewaniem i trochę z troską. Ostatecznie jednak wskazał jej dłonią miejsce pasażera.

– To gdzie się kierujemy? – spytał, kiedy już wyjechali z bramy.

– Nowe Ustronie. Pamiętasz to miejsce, gdzie zgarnąłeś mnie z drogi?

Pokiwał głową.

– Zechciałabyś mi może powiedzieć, o co chodzi?

– Zobaczysz na miejscu. Zaprowadzę cię. Ale jedźmy już, proszę. 

– Mhm – Zerknął na nią czujnie. – Pod siedzeniem jest woda – powiedział. – Jakbyś potrzebowała.

Sięgnęła po butelkę i odkręciła. Dopiero po pierwszym łyku uświadomiła sobie, jak bardzo chce jej się pić. Ostatecznie przyszła przecież do Starego Ustronia pieszo, prawie biegiem, w tej beznadziejnie dusznej pogodzie. Wciąż było jej nieco niedobrze na myśl o polance i chatce wiedźmy. Dziennikarz włączył odtwarzacz. W aucie znów rozbrzmiała muzyka z Twin Peaks.

– Oglądałeś to w ogóle? – spytała cicho Misia. Pokiwał głową. – Pamiętasz ten odcinek, kiedy wszyscy siedzieli w knajpie i słuchali koncertu i było im smutno, chociaż nie wiedzieli czego, i się okazało, że równolegle, gdzie indziej morderca ponownie zaatakował?

– Pamiętam.

– To jest właśnie ten odcinek serialu.

Dziennikarz zerknął na nią z niepokojem.

– Misia… Co ty mówisz? – Zatrzymał samochód na światłach. – Co się dzieje? Możesz mi teraz opowiedzieć?

Milczała, wpatrzona w pierwsze krople deszczu spływające po szybie. Czerwone światła skrzyżowania odbijały się w nich i rozlewały. Zaczęło padać bardziej. Kiedy wyjechali z miasteczka, detektyw musiał zjechać na pobocze i zatrzymać się, bo nie widział drogi.

– Zaraz ruszymy dalej – zapewnił. – Jest ślisko, a dalej są zakręty i most.

Misia pokiwała głową, po czym po prostu zaczęła płakać. Jasny zerknął na nią z wahaniem, po czym podał jej wyciągnięte ze schowka opakowanie chusteczek higienicznych.

– No już – mruknął. – Wiem, że ci przykro z powodu Franka Milczarka. Mnie też przykro, tak uczciwie to miałem nadzieję, że znajdzie się żywy. Te zaginięcia to bardzo przygnębiająca sprawa tak naprawdę. 

– Nic nie rozumiesz – obruszyła się Misia, spoglądając na niego zaczerwienionymi oczami. – Przecież wiedziałam, że nie ma szansy, żeby  wrócił. Cały. Widziałem, jak to coś… On już wtedy nie żył, jak tamten wędrowiec ze sobą zabierał. I miałeś rację, wtedy, wieczorem. Planowałyśmy z Izą iść i go znaleźć, a teraz ona też…

– Misia – Mężczyzna nieco mocniej złapał go za ramię. Wydawał się zaniepokojony. – Co dokładnie widziałaś? Kiedy?

Zawahała się. Przełknęła ślinę.

– Nad rzeką – powiedziała wreszcie, bardzo cicho i niewyraźnie. – Tamtej nocy. Widziałam wędrowca. Potwora. Miał skrzydła i zabił Franka.

Dziennikarz nie wyglądał na bardzo zaskoczonego.

– Ty jesteś wnuczką Tkaczki, prawda? To znaczy, pani Chmielewskiej?

Misia pokiwała głową.

– Znałeś ją?

– Słyszałem o niej dość dużo od okolicznych hm… – zawahał się, szukając właściwego słowa.

– Magów?

– Tak.

– To znaczy, że ty też…?

Jasny zapatrzył się na spływające po szybie strugi deszczu. Na razie nie zanosiło się na to, by miało przestać padać.

– Na to wychodzi.

– To znaczy, że wiedziałeś, co się wydarzyło?

– Niestety. Tamtego wieczora zobaczyliście coś na wyspie, prawda? I próbowaliście za tym pójść?

– Oczy – odparła Misia. – Oczy jak latarnie. I to Franek poszedł. Martwiłam się. Poszłam za nim na wyspę.

– I słusznie zgaduję, że tamtej nocy nie byłaś jedynym magiem nad rzeką?

Misia pokiwała głową. Zdołała się już nieco uspokoić i głos drżał jej tylko trochę.

– Iza Stolarek. To też zgadłeś.

Jasny uśmiechnął się lekko.

– Ludzie mi mówią, że mam niezłą intuicję – powiedział bez wesołości. – Chociaż czasem wolałbym nie mieć. Co chciałyście zrobić?

Misia wbiła wzrok w splecione na podołku dłonie. Niemal siłą powstrzymywała się, by nie sięgnąć po kłębiące się pod nogami cienie. Nie chciała znów się rozpłakać. Chociaż po wczorajszym ataku paniki i ratunku od Jasnego, zaczynała się powoli przyzwyczajać do tej dynamiki. 

– Znaleźć tego potwora i go rozwalić. Pomścić Franka. Wymierzyć sprawiedliwość. Uczyłyśmy się magii, żeby mu porządnie nakopać. Pewnie powinnam była powiedzieć wcześniej, nie? 

– Ciężko być młodym magiem –  westchnął dziennikarz. –  To w gruncie rzeczy dość rozsądne, że nie zdecydowałyście się, żeby od razu mi zaufać.

–  Czemu?

– Są różni magowie, Michalina. Przyjemni i mniej przyjemni. Niektórzy, bardziej niż inni, lubią kontaktować się z wędrowcami, zawierać z nimi różne układy i wykorzystywać te znajomości do swoich celów. Staramy się na nich uważać i możliwie szybko rozbrajać, są dość nieobliczalni. Skoro w okolicy pojawił się wędrowiec, miałyście prawo podejrzewać, że w okolicy jest mag, który go przywołał. Mógł to zrobić niechcący, nawet nieświadomie. Mógł próbować kogoś unieszkodliwić. Nigdy nie wiadomo na kogo się trafi, zwłaszcza na początku drogi. Ale, tak długo, jak jesteście ostrożne i wiecie, kiedy i do kogo zwrócić się po pomoc, jest dla was nadzieja.

– N-nie ma – wyjąkała Misia. – Dla niej nie ma.

Jasny zerknął na nią z niepokojem. Deszcz ustał i zza chmur znów wyszło słońce, blade, senne i wciąż nieco zamglone.

– Jedźmy lepiej – powiedziała dziewczyna. – Zaraz… zaraz zobaczysz. Dobrze?

Resztę trasy pokonali już w milczeniu. Jasny zaparkował auto przy leśnej drodze, po czym ruszył w głąb lasu w ślad za Misią. Pozwalał jej prowadzić, choć nie wydawał się zbyt zaskoczony obranym kierunkiem. Uświadomiła sobie, że przez obecność studni chatka wiedźmy mogła być dość popularnym miejscem na mapie lokalnych magów. Po deszczu las parował, wszystko zdawało się lepkie i wilgotne, w powietrzu latały roje komarów. Szła, raz po raz oglądając się na towarzysza.

Gdy dotarli do polany, Jasny zapatrzył się na cieniowy całun, rozciągnięty na trawie przy studni. 

– Och – powiedział po prostu. – To ona?

Misia objęła ramiona dłońmi.

– Spotykałyśmy s-się tutaj, żeby ćwiczyć. Wczoraj też. Po tym, jak dowiedziałam się o Franku. Pokłóciłam się z nią, a-ale jak odchodziłam, jeszcze żyła. Nic jej nie było. Przyrzekam, że to nie… ja jej nic nie zrobiłam! Po prostu przyszłam i ją tu znalazłam i…. 

– I postanowiłaś przyjść z tym do mnie. 

Wzruszyła ramionami. 

– Gadałeś coś o tych zbłąkanych wędrowcach jak mnie odwoziłeś do domu. I przyszedłeś ze mną wczoraj pogadać i zadzwoniłeś po moich starych i nie miałam gdzie pójść, to znaczy pewnie powinnam na policję, ale tu aż wszystko było czuć rosą i… 

Jasny na moment przygarnął ją do siebie. 

– Ćśśś. Wiem, że to nie ty. I dobrze, że po mnie przyszłaś. Zaraz się przekonamy, co się stało – powiedział, odsuwając się i znów zerkając na cieniowy całun. – Nie musisz iść ze mną – zapewnił. – Możesz zostać tutaj.

Dziewczyna nie miała zamiaru podchodzić ani kroku bliżej. Wiedziała przecież, co zastanie pod całunem. Ten sam widok, co wtedy, gdy dotarła na polankę o świcie. Ciało pocięte pazurami, krew, złociste włosy rozsypane na mchu, nieporządnie jak nigdy. Puste, zimowe oczy wpatrzone w zamglone niebo. Potrząsnęła głową, żeby jakoś zapanować nad łzami.

– C–co… co zamierzasz zrobić?

– Pokazać ci moją magię – odparł Jasny. Zostawił ją na skraju lasu i pewnie ruszył w stronę studni. – Skoro pokazałaś mi swoją. To płótno, którym ją okryłaś to przecież twoja robota, prawda?

– T-tak.

– Bardzo sprytnie. Nawet jakby trafił tu jakiś przypadkowy grzybiarz, raczej nie zauważyłby nic dziwnego. Jeszcze jedno pytanie – odezwał się dziennikarz, odwracając się w jej stronę przez ramię. – Skąd wiedziałaś, żeby tu przyjść?

– Miałam przeczucie, że dzieje się coś złego. Jak w serialu. A to… to było nasze miejsce. I tu ją ostatnio widziałam.

Jasny pokiwał głową, najwyraźniej akceptując wytłumaczenie. Podszedł do ciała, po drodze podwijając mankiety koszuli. Przyklęknął przed całunem i odchylił go lekko, dotknął twarzy Izy. W powietrzu coś się zmieniło. Cienie zrobiły się ciemniejsze i bardziej obce. Odległe. Misia zbliżyła się nieco, wystraszona, ale też zafascynowana. Widziała, że dziennikarz coś mówi, że porusza ustami. Nachylił się nad Izą, najwyraźniej oczekując odpowiedzi i pokiwał głową, najwyraźniej tą odpowiedź otrzymawszy. Pobladł nieco i potoczył wokół przerażonym wzrokiem. Spytał o coś jeszcze, i znów otrzymał odpowiedź. Rozmawiali tak przez chwilę, wreszcie jednak cienie nieco się rozproszyły i na polanie znów zrobiło się sennie i po-deszczowo. Jasny podniósł się i ruszył z powrotem w stronę Misi, spięty i blady jak kreda. Oddychał ciężko, oczy był rozszerzone strachem, szczęka zaciśnięta. Potrzebował dobrej chwili, by dojść do siebie.

– To był wędrowiec – powiedział cicho. – Ten sam, co w przypadku Franka. Wygląda na to, że twój przyjaciel potrafił ich przywoływać, tylko że nie miał o tym pojęcia. Dowiedział się w najbardziej brutalny sposób. To się zdarza. Magia bywa bezlitosna. 

– To znaczy, że… ?

– Zajmę się tym – zapewnił. – Ale najpierw odwiozę cię do domu, dobrze?

– Mogę ci pomóc – zaoferowała. – Z tym potworem. Mam z nim przecież rachunki do wyrównania. Pozwól mi.

Przez chwilę Jasny przyglądał jej się uważnie, najwyraźniej rzeczywiście rozważając taką możliwość.

– Nie obraź się, ale wolałbym nie – odparł wreszcie. – I już tłumaczę dlaczego. Jesteś przemęczona, wyglądasz, jakbyś nie spała całą noc, i nic dziwnego. Nawet, gdybym miał do czynienia z w pełni wykształconym, doświadczonym magiem, wahałbym się, czy brać go ze sobą na polowanie na wędrowca. Nie wiem, czy byłbym w stanie zapewnić ci bezpieczeństwo.

– Co, jeśli będę się upierać? – Misia łypnęła na niego ponuro.

– To wtedy zaproponuję ci układ.

– To znaczy?

– Pozwól mi się zająć tym wędrowcem – poprosił. – I zostań dzisiaj w domu, bez żadnych numerów, wymykania się i łażenia po lesie. A w zamian za to będę cię szkolił, najlepiej, jak potrafię. Cienie i śmierć nie leżą tak znowu daleko od ciebie. Myślę, że będę w stanie pomóc ci odpowiednio wykorzystać twój talent.

– Znaczy chcesz… chcesz, zostać moim nauczycielem?

– Jeśli nie masz nic przeciwko temu. I jeśli się nie boisz.

– I będziemy później razem polować na innych wędrowców i na tych złych magów, którzy im pomagają?

– Jeśli współpraca ułoży się dobrze – uśmiechnął się nieco pogodniej dziennikarz. – A mam przeczucie, że się ułoży, to nie widzę przeszkód. A na razie odwiozę cię do domu. I masz tam siedzieć, zrozumiano? Odezwę się, jak już będzie po sprawie.

– Obiecujesz?

– Tak. A teraz wracamy do samochodu.

Misia posłusznie ruszyła w stronę ścieżki. Szła powoli, nieco sennym, sztywnym krokiem, jakby nie do końca była pewna, co się dzieje i gdzie się znajduje.

*

Jasny utwierdził się w przekonaniu, że odwiezienie jej teraz do domu to dobry pomysł. Pomijając wszystko inne, wciąż widział twarz Izy i to zimowo-błękitne spojrzenie. W uszach szumiał mu jej głos zza zasłony cieni

“Wiem, że to był twój gość” powiedziała mu wtedy, i cieszył się, że Misia stała za daleko by to usłyszeć. “To ty go tu zaprosiłeś. Nie pozwolę ci o tym zapomnieć”.

Co do tego nie miał wątpliwości.


[1] Czarne słońca; Kult(z płyty „Spokojnie”)

[2] Poeta pragnie szaty niebios, William Butler Yeats;  przeł. Leszek Engelking

[3] Sto lat samotności; Gabriel Garcia Marquez

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Content is protected !!
Przewijanie do góry