Jak sądzisz, dziewczynko? Kontroluję twoje ręce, czy duszę?
Ręce, pomyślała, spoglądając na egzaminatora wyzywająco. Tylko ręce, tylko ciało. Do duszy nie masz dostępu, jest moja.
Świetnie. Mężczyzna ironicznie wykrzywił wargi i wskazał jej siedzisko przeznaczone dla mistrza marionetek na chwiejnym, drewnianym podeście nad sceną. Zatańcz dla mnie w takim razie.
Wzięła do rąk krzyżak i wprawiła marionetkę w ruch. Zatańczę, żebyś wiedział, że zatańczę. Najlepiej jak umiem. W skupieniu spoglądał na jej poruszające się zręcznie palce. Tańczyła z zimną precyzją i pewnością, że jest wolna, że jest mistrzem marionetek, że nikt jej nie kontroluje. Pierwszy błąd.
Erika zadrżała, widząc jak jej marionetka rozbija się na kawałki. Brzdęk. Brzdęk. Podnosi się, ale za chwilę znów chwila nieuwagi, roztargnienie i kolejny odgłos przywodzący na myśl spadającą ze stołu szklankę. A ona przecież nawet nie była ze szkła. To tylko jej wyobraźnia. To tylko…
Brzdęk.
Nie to jednak było najgorsze. Nie ten denerwujący, przerywający absolutną ciszę odgłos. Niezadowolenie, rozczarowanie w oczach instruktora. Karcące spojrzenie. Przypływ poczucia winy, kolejne nieopanowane drgnięcie dłoni. Znów brzdęk i znów karcący, urażony wzrok. Łzy zapiekły pod powiekami. Jesteś do niczego. Zawiodłaś.
Spoglądała w górę, przełykała ślinę i nakazywała sobie spokój. Oddychaj, żadnego więcej drgnięcia, żadnej pomyłki, żadnego…Kontroluj emocje. Nie płacz. Łzy utrudniają widzenie. Czuła, jak drży jej broda, ale nie była w stanie nic z tym zrobić.
Dobra dziewczynka, zdawały się mówić oczy mistrza. Nie zawiedź mnie po raz kolejny.
Szybsze uderzenie serca, nagły przypływ ciepła. Chciała uznania, chciała żeby ją dostrzegł. Żeby ją kochał, żeby był z niej dumny. Chciała się pławić w jego łasce więc manipulowała lalką najlepiej jak potrafiła. Od czasu do czasu zerkała jeszcze na mistrza próbując wyczytać coś z jego oczu.
Spoglądał na nią z wyczekiwaniem, napięciu. Chciał, żeby ukończyła ten test równie mocno, jak ona tego chciała. Rozluźniał się i uśmiechał lekko, gdy poprawnie wykonywała szczególnie trudne zadanie, marszczył brwi gdy ze sceny docierał ten przerażający, niosący się echem brzdęk. Nie zawiedź mnie znów. Nie waż się.
Zupełnie tak jakby to jego mimika twarzy sterowała dłońmi Eriki, jej myślami, jej zdolnością do skupiania się na egzaminie. Miał ją w swojej władzy, wyczuloną na każde drgnięcie ust, każde skrzywienie, próbującą spełniać rozkaz zanim ten zdążył paść. Dobrze wytrenowaną, pragnącą służyć marionetkę.
Z przerażenia na moment zamarła. Już nie była wolna. To nie ona przechodziła test, tylko on. On sterował marionetką, mimo że sznurki były w dłoniach Eriki.
– Nie ma mowy – krzyknęła, zrywając się z miejsca. Pozbawiona manipulatora marionetka upadła z kolejnym przyprawiającym o dreszcz brzękiem i tym razem rozbiła się na kawałki. – Nie! Nie kontrolujesz mnie, nie masz prawa!
Zeskoczyła z podestu, odepchnęła mistrza, który próbował ją powstrzymać i – nie panując już nad łzami – rozpaczliwie rzuciła się w stronę tylniego wyjścia z teatru.
Stina językiem przesunęła gumę do żucia z lewego kącika ust do prawego i odchyliła się na obitym czerwonym aksamitem fotelu.
– To było dziwne, co nie, Merry? – zwróciła się do zajmującego sąsiednie miejsce towarzysza. Poza nimi dwojgiem na widowni nie było nikogo. – Cały czas byłam pewna, że marionetka jest ze szkła, a przecież to by było zupełnie niepraktyczne… i pierwszy raz widziałam, żeby przedstawienie się tak kończyło. Jakoś.. w środku? Chyba nie do końca zrozumiałam, o co chodzi, a ty?
– Idziesz, czy nie?
Odwróciła wzrok od powoli opadającej kurtyny. Merry wstał i po swojemu wcisnął ręce w kieszenie długiego, burego płaszcza. Kosmyk półdługich, niemal białych włosów opadł mu na czoło.
– No już, już – mruknęła Stina, również się podnosząc i zgarniając kurtkę z sąsiedniego siedzenia. – Ale naprawdę jestem ciekawa, co się stało, ty nie? Może to przedstawienie miało mieć zupełnie inne zakończenie, tylko z jakiegoś powodu je przerwali? Albo to taka improwizacja, że za każdym razem jest trochę inaczej?
Merry skrzywił się lekko, wyraźnie zniecierpliwiony i zdecydowanie nie w nastroju na artystyczne rozważania.
– Pospiesz się.
– Bo co? – Stina rzuciła mu wyzywające spojrzenie. – Krzywda ci się stanie jak pogadamy trochę o sztuce? Powinniśmy się przecież uwrażliwiać i otwierać na świat, przynajmniej tak nam powtarza pani Hansen….
Merry tylko wzruszył ramionami.
– Pani Hansen chyba jednak zakładała, że ktoś potrafi gadać, oddychać i poruszać się jednocześnie. Rusz się, zanim nas tu zamkną.
Stina ruszyła za nim do foyer, przy okazji krytycznym wzrokiem obrzucając swój wyjściowy strój. Nie wzięła na obóz żadnych sukienek, nie to, żeby jakieś posiadała, do teatru poszła więc w żółtym sztormiaku, luźnych trampkach, poprzecieranych spodniach od dresu i nieco znoszonym golfie, bo deszczowe, szwedzkie lato postanowiło przejść w równie dżdżysty i deszczowy wstęp do jesieni. Sierpniowy jeszcze wieczór przyniósł ze sobą zaskakująco gryzący chłód i wilgotne powietrze znad kanału Zresztą, Merry w swoim długim, przypominającym szlafrok, burym płaszczu i nieco absurdalnych, kraciastych kaloszach nie wyglądał lepiej. Ramię w ramię ruszyli wąską uliczką nad kanałem, w stronę Stadsträdgården.
– To powiesz mi wreszcie, jak ci się podobało przedstawienie? – drążyła Stina. Podskakiwała co chwila, starając się nie następować na szpary między płytami chodnika. – Co o nim myślisz, Merry? Co ci siedzi w głowie?
– Amatorszczyzna.
– A co, pewnie potrafiłbyś lepiej, geniuszu?
– Każdy, kto ma cokolwiek w głowie, potrafiłby lepiej. Chociaż tak, to rzeczywiście może być zarezerwowane dla osób, które potrafią rozmawiać i przebierać nogami w tym samym czasie – spostrzegł chłopak, kiedy Stina zatrzymała się tak niespodziewanie, że prawie na nią wpadł. – Co tak znowu stoisz?
– Spójrz – Stina pociągnęła go za rękaw. – Tam, w bocznej uliczce, przy schodach.
O ścianę kamienicy opierała się dość wysoka, szczupła dziewczyna ubrana w coś, co wyglądało jak szkolny mundurek o bardzo nietypowym kroju. Mogła mieć około osiemnastu lat. Wydawała się zdecydowanie wyższa niż Stina, nawet teraz, gdy kuliła się, obejmując ramiona dłońmi i łkając bezgłośnie. Drżała w chłodnych powiewach wiatru.
– Przepraszam… – odchrząknęła Stina. – Wszystko okej? Wyglądasz, jakbyś miała jakiś problem.
Dziewczyna obrzuciła ją wyjątkowo nieprzychylnym spojrzeniem wciąż jeszcze załzawionych oczu.
– To nie ja wciąż uparcie trzymam się ludzi, którzy wcale nie chcą mnie w pobliżu, więc obawiam się, że z nas dwóch to raczej nie ja mam problem.
– Przepraszam, słucham, co? To ja się tu próbuję zatroszczyć, a ty taka…?
Merry demonstracyjnie odwrócił się od nich plecami, osłaniając się od wiatru kołnierzem płaszcza. Jak na końcówkę sierpnia było zdecydowanie zbyt chłodno. Zdaniem Stiny, zmierzch nadciągał też znacznie szybciej niż powinien. Nad kanałem zapaliły się pierwsze latarnie.
Erika mierzyła Stinę uważnym spojrzeniem, jakby szukając słabego punktu, w który mogłaby uderzyć.
– Co, starzy znów cię gdzieś wysłali w świat, żeby się ciebie choć na chwilę pozbyć? Myślisz, że tym razem będą pamiętali, żeby cię odebrać?
– O co ci chodzi, co? – warknęła Stina. Zbliżyła się do dziewczyny, i wspięła się na palce, by dorównać rozmówczyni wzrostem. – Nic ci do tego i nie twoja sprawa. Taki masz problem z tym, że do ciebie zagadałam? Mam ci dać powód do płakanka na ulicy?
W ładnych, ciemnych oczach nieznajomej pojawił się dziwny błysk.
– Kolego – wyciągnęła rozczapierzoną dłoń w stronę Merry’ego, jakby próbowała go dosięgnąć. – Bądź tak łaskaw i uspokój jakoś naszą małą Stinę. Zaczyna się chyba nieco za bardzo ekscytować.
Merry nawet nie spojrzał w jej kierunku. Zbyt zajmowało go spoglądanie w ciemne wody kanału. Szczupła, blada dłoń wciąż wyciągała się w jego kierunku.
– Powiedziałam: zajmij się nią – powtórzyła z tłumioną frustracją dziewczyna.
– Nie chce mi się
Ciemne oczy rozszerzyły się w niedowierzaniu. Palce dłoni to prostowały się, to zaciskały w pięść.
– S-słucham? – wykrztusiła nieznajoma po dłuższej chwili bezproduktywnego poruszania ustami.
– Nie chce mi się – powtórzył Merry. – Której części wypowiedzi nie zrozumiałaś?
– Ale przecież… powinieneś… – Dziewczyna z trudem panowała nad drżeniem głosu. Znów chyba zbierało się jej na płacz, chyba tym razem głównie z bezsilności. Stina na jakimś poziomie ją nawet rozumiała: ostatnie dwa tygodnie wyjazdu usiłowała zachęcić Merry’ego do jakiejś większej aktywności i nie było to łatwe zadanie. – Ty… – Dziewczyna powoli opuściła dłoń, wciąż spoglądając na niego z przerażeniem i jakby z fascynacją. – Jesteś poza moją kontrolą? Ale jak….?
– O, widzę, że nie tylko ja zaczynam się tutaj za bardzo ekscytować – Stina zamierzała puścić wcześniejszych zaczepek płazem. – A skoro już przy tym jesteśmy, skąd wiesz o moich starych? I skąd w ogóle znasz moje imię, hm?
Nieznajoma nie spuszczała Merry’ego z oczu, co było deprymujące tym bardziej, że chłopak zdawał się tego nie dostrzegać. Wreszcie chyba podjęła jakąś decyzję, bo znów wyciągnęła w jego stronę dłoń, tym razem w geście powitania.
– Jestem Erika – powiedziała, siląc się na uśmiech. Merry tylko wzruszył ramionami, po czym spokojnym krokiem oddalił się w dół ulicy.
– To już jakiś postęp. Skąd wiesz, że ja jestem Stina?
– Słyszałam waszą rozmowę. Jak on ma na imię? Twój przyjaciel?
– Merry. Ale wydaje mi się, że częściej ja zwracałam się po imieniu do niego, niż on do mnie – spostrzegła Stina.
– Więc spostrzeżenie, że przykleiłaś się jak rzep do psiego ogona do kogoś, kto wcale nie chce z tobą gadać nie jest takie odległe od prawdy, hm? – rzuciła Erika, ruszając śladem Merry’ego. Stina niechętnie zrównała z nią krok, bo owszem, chciała dogonić przyjaciela, choć niekoniecznie w tym towarzystwie.
– Nie wiem, co to ma do rzeczy – burknęła. – Chciałam być tylko dla ciebie miła, bo wyglądałaś na strasznie przejętą i stałaś zupełnie sama na ulicy. Nie musiałaś od razu startować z chamskimi tekstami, nie? Tak źle, że ktoś cię przyłapał jak ryczysz, że od razu musisz się odgryźć?
– Nie wiem, co to ma do rzeczy – odparła Erika, tylko trochę przedrzeźniając jej sposób mówienia. – On zawsze jest taki… zdystansowany? Merry? – Nawet nie próbowała udawać, kto z dwójki nowych znajomych interesuje ją bardziej. Tu też bez większych sensacji.
– Raczej tak. Nie przepada za towarzystwem. Chociaż może to przedstawienie też na niego jakoś podziałało, trudno powiedzieć… Zwykle jest jednak mniejszym bucem, no.
– Przedstawienie? – powtórzyła Erika. – Byliście w teatrze?
– Ta, zwialiśmy z potańcówki na obozie, bo gdzieś nie nasze klimaty. Chociaż to przedstawienie też w sumie strasznie dziwaczne się trafiło. Niby teatr kukiełkowy, ale była tylko jedna lalka, na dodatek z drewna, ale na koniec upadła i się potłukła.. jakby była ze szkła. – Dziewczyna, do tej pory skupiona na plecach Merry’ego, przeniosła wzrok na Stinę. – Przecież drewno nie wydaje takich odgłosów, a…
– Podobało ci się? – spytała cicho.
– I widzisz, właśnie tego nie umiałam rozstrzygnąć. Brakowało zakończenia, jakby miało trwać dalej ale z jakiegoś powodu je przerwano.. Ta tłukąca się lalka i… i w ogóle wcześniej to było tak jakby z czymś walczyła. I… – Stina ściszyła głos do pełnego przejęcia szeptu. – Nie wiem, może to tylko ja miałam to wrażenie, ale wydawało mi się, że to przedstawienie było specjalnie dla nas… No wiesz, teatr o którym nigdy nie słyszałam, jakieś przypadkowe dziwne przedstawienie i pusta widownia… takie nierealne. Dziwaczne przedstawienie dla dziwaków, może tak miało być?
– Jesteście dziwakami – Erika uśmiechnęła się pod nosem. – Ale to przedstawienie nie było dla was. Trafiliście na nie zupełnie przypadkiem.
– Skąd wiesz?
– Zwykle na takich przedstawieniach w ogóle nie ma widowni. Skoro byliście, to musiała zajść pomyłka.
– Pomyłka? I skąd wiesz, że zwykle nie ma…? Pracujesz w tym teatrze? I po co przedstawienie, na które nikt nie przychodzi? To jakaś próba, czy coś w tym rodzaju? Wbiliśmy na próbę?
– Może.
– Ale był przecież afisz z godziną i bileter i w ogóle…
– Jesteś pewna, że twój kolega poradzi sobie sam? – Erika wskazała znikającą za rogiem sylwetkę w burym płaszczu.
– Raczej – przyznała Stina, wciskając ręce do kieszeni. – Zwykle sobie jakoś radzi. Jak kot.
Kiedy doszły jednak do rogu ulicy, Merry’ego tam nie było. Nie było też najmniejszego śladu po nim, mimo, że główna ulica była szeroka i jasno oświetlona. Stina rozejrzała się. Podbiegła do drzwi najbliższej restauracji, ale ta już dawno była zamknięta, podobnie jak piekarnia obok.
– Gdzie on mógł pójść…? – Stina zerknęła na towarzyszkę, ale ta tylko wzruszyła ramionami.
– Ty znasz go lepiej i wiesz, co mu w duszy gra.
Problem w tym, że na ile Stina zdążyła Merry’ego poznać, w jego duszy raczej nie grało nic dobrego.
– Osz… – mruknęła i, ignorując nową znajomą, puściła się biegiem przed siebie,
Sznurówki w trampkach zdążyły się rozwiązać, kurtka przeciwdeszczowa krępowała ruchy. kurtka krępowała ruchy. Mocując się z zapięciem dobiegła do kolejnego skrzyżowania, próbując zorientować się, gdzie też mógł pójść Merry. Gałęzie rosnącego na klombie kasztana zaszumiały groźnie w nagłym porywie wiatru.
Wzdrygnęła się. Warto poszukać jakiegoś schronienia. Kierując się instynktem ruszyła w lewo. Nie słyszała za sobą stukotu obcasów, wszystko wskazywało więc na to, że Erika poszła jednak w swoją stronę.
Dotarła aż do następnej przecznicy, nigdzie nie zauważywszy wysokiej postaci w burym płaszczu. Zawróciła kawałek, po czym skręciła w pierwszą lepszą ulicę, tak samo pozbawioną śladów Merry’go jak wszystkie poprzednie. Niedobrze. Niby mogła wrócić do akademików, gdzie uczestnicy obozu zostali zakwaterowani sama, ale to na pewno wzbudziłoby wątpliwości. Mogła założyć też, że Merry po prostu zostawił ją w tyle bo się wlekła i sam zdążył wrócić do swojego pokoju, ale coś jej mówiło, że wcale tego nie planował.
Herbata,
W pierwszym momencie nie zrozumiała, czemu właściwie ta myśl pojawiła się w tej głowie. Herbata. Gorąca, rozgrzewająca dłonie filiżanka herbaty. Cynamonowej albo pomarańczowej. Nerwowo przełknęła ślinę. Wychwycony kątem oka szyld niewielkiej herbaciarni. Rozejrzała się w poszukiwaniu jakiegokolwiek wejścia do lokalu. Dłoń, którą oparła się o mur nagle natrafiła na kutą z żelaza klamkę i nacisnęła ją. Drzwi ustąpiły, sprawiając że Stina straciła równowagę i z impetem wpadła do środka. Tylko to, że dłoń wciąż zaciśnięta była na klamce uchroniło ją przed upadkiem z dość stromych, ciemnych schodów.
Zeszła na dół, kierując się szmerem głosów i trafiła do korytarzyka. Podłogę pokrywał dywan w kolorze czerwonego wina. Częściowo wypalona świeca stojąca pod lustrem rzucała na ściany nierówne cienie. Obok leżało kilka kart do gry, karciane symbole Stina dostrzegła również na pokrywającej ściany korytarza tapecie.
Zbliżyła się do uchylonych drzwi i z ciekawością zajrzała do środka przez szparę. Wnętrze lokalu utrzymane było w podobnym stylu, co przedsionek. Czerwono-czarna tonacja, niewielkie stoliki pokryte koronkowymi obrusikami, karty do gry na każdej wolnej przestrzeni, leżące u stóp gości lub zatknięte za lustra, karciana tapeta. W powietrzu kłęby dymu z fajki wodne. Goście tłoczyli się przy stolikach, pogrążeni w cichej rozmowie.
– Proszę, proszę. – Stina drgnęła, słysząc wysoki, dziecinny głosik. – Kolejny gość. Jak miło, jak uroczo.. W czym mogę panience pomóc?
Właścicielka kawiarni miała wzrost może pięcioletniego dziecka, idealną, gładką twarz młodej kobiety i przewiązane czerwoną kokardą, lśniące ciemne włosy i szklane oczy z firanką rzęs ocieniającą policzki. Była najpiękniejszą lalką, jaką kiedykolwiek Stina widziała.
Stina boleśnie odczuła, że stoi w otwartych drzwiach w brudnych butach, dresie i żółtym sztormiaku i że wszyscy pięknie ubrani goście przypatrują jej się z rozbawieniem sponad swoich filiżanek i wachlarzy z kart. Poczuła się nagle bardzo onieśmielona.
Jak ręcznie uszyta szmacianka w na półce pełnej porcelanowych lalek.
– Cześć – Uśmiechnęła się promiennie dla dodania sobie otuchy. – Jestem Stina i szukam kolegi – wyciągnęła szyję i stanęła na palcach, również dokładniej przyglądając się obecnym. – Był ubrany w bury płaszcz, taki z łatami. Bardzo ładny, mnie się tam podoba, ale ciągle ma kiepski nastrój – Wykorzystując zaskoczenie właścicielki dreptała między stolikami, zaglądając gościom w twarze i niepostrzeżenie podbierając z talerzy czekoladki.
– Ale… widzę, że jednak go tutaj nie ma, więc niezwykle dziękuję… zachwycający lokal. Do widzenia.
Zręcznie wyminęła lalkę i rzuciła się ku schodom, nieświadoma tego, że z jednego z foteli podniósł się kot i wymknął się z herbaciarni w ślad za nią.
– Co do…?
Nie ulegało wątpliwości, że ulica na której znalazła się po opuszczeniu herbaciarni różniła się od ulicy, przy której znalazła wejście. Przede wszystkim wcześniej nigdzie w pobliżu nie było szerokiej rzeki z wyspami i mostami. Tabliczka na murze dumnie głosiła “ulica Myslíkova”. To ani trochę nie brzmiało jak Uppsala i zdecydowanie nie przypadło Stinie do gustu.
