Zniszczone, stare okno z łuszczącą się farbą i roślinnością w środku.

Pomidory

Mitra wrócił na działki dopiero przed północą, z rudym kotem siedzącym mu na ramieniu. Rodzinny Ogród Działkowy „Promyczek” zdążył się już pogrążyć w łagodnej, sierpniowej ciemności, pachnącej lawendą i maciejką, rozbrzmiewającej głosami słowików, oraz z jakiegoś powodu, cioci Kosi.

Mitra z pewnym zdumieniem zapatrzył się na mijaną właśnie altankę. Szklarnia wciąż była rozświetlona blaskiem ogrodowych lampionów. Dostrzegł rzędy tyczek oraz uwijającą się między nimi sylwetkę w czymś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak szlafrok. Nad całymi działkami niosła się drżąca i nieco histeryczna, kabaretowa piosenka o pomidorach.

Młody mag spojrzał na kota. Kot spojrzał na maga, po czym zeskoczył mu z ramienia i pomknął w stronę szklarni. Mitra ruszył jego śladem przez mokrą trawę. Ostrożnie zapukał w szybkę szklarni, tuż przy wejściu.

– …Słoneczka zachodzące za mój zimowy stół! – zaśpiewała płaczliwie ciocia Kosia. – O, Mitreńka – Potarła zaczerwienione oczy. – Co tu robisz o tej porze?

– Właściwe pytanie brzmi – odparł Mitra. – Co ciocia tu robi?

– Miau! – poparł go Promyk, odrywając się na moment od starannego wylizywania rudej łapy.

– Ja? – zdziwiła się ciocia Kosia. Miała na sobie szlafrok, prawdopodobnie różowy, chociaż w świetle ogrodowych latarni wydawał się bardziej szary. We włosach o barwie platynowy blond tkwiły wałki, na nogach miała puchate bambosze, tu i ówdzie nieco przybrudzone ziemią.

– Owszem, ciocia. Jest środek nocy. I to nawet nie jest cioci altanka. 

– Tak tylko przyszłam na chwileczkę jeszcze, przed snem. Dobry znajomy bardzo prosił, bo, proszę ciebie, skręcił kostkę. A trzeba przecież podlać pomidorki, zaśpiewać im kołysankę…

– Kołysankę?

– Lepiej rosną, jak się im śpiewa, nie wiedziałeś?

Otaczało ją chyba dwadzieścia skrzynek pomidorów, na oko różnych gatunków, rodzajów i wielkości. Były żółte, zielone, malinowe, masywne bawole serca i maleńkie pomidorki cherry, w przynajmniej trzech kolorach.

Mitra popatrzył na nią. Popatrzył na widoczną za szybą szklarni altankę. Światło niby było zgaszone, ale przez woń pomidorów i ziemi przebijał się aromat kawy, a na stoliku przed wejściem stały dwa termosy.

– Ciocia tu nocuje, prawda? 

Ciocia Kosia nie zaprzeczyła, bo i nie było w sumie jak się wykręcać, zwłaszcza, że Promyk cały czas spoglądał wzrokiem bardzo oskarżycielskim na jej przybrudzone ziemią bambosze.  

Omiotła otaczające ją skrzynki nieco zaniepokojonym spojrzeniem i wróciła do śpiewania. Kiedy piosenka o pomidorach się skończyła, ciocia Kosia wzięła głębszy oddech i zaczęła śpiewać kabaretową piosenkę o byciu sprytną i wybitną. Pomidory zdawały się aprobować.

– Ciociu – Mitra podszedł i lekko ujął ją za ramię. – Niech się ciocia prześpi. Mamy środek nocy.

– Ale pomidory, Mitreńka – zaprotestowała ciocia. – Jak nie będę śpiewać, to się na mnie obrażą. Śmiertelnie. Romantyczna także jesteś jak ludowy wiec.

– No i co? – drążył mag. – Uschną? Przestaną rosnąć? Zgniją? Cioci znajomy zasadzi nowe, no, bywa. Co to za znajomy, w ogóle? – Mitra zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć, kto jest właścicielem opanowanej przez pomidory altanki. – I dlaczego akurat ciocię wrobił w pomidory? 

Ciocia Kosia zerknęła na niego, wyraźnie zmieszana, jakby Mitra zapytał o coś bardzo niewłaściwego..

– Mitreńka, dziecko – jęknęła cicho. – Dlaczego ty mnie zawsze musisz tak  przesłuchiwać? 

– Nie przesłuchuję cioci. Też mieszkam na tych działkach, prawda? Chciałbym wiedzieć, kto tu hoduje pomidory, którym trzeba śpiewać po nocach i dlaczego do tej pory nie miałem o tym pojęcia. 

Na moment zacisnęła usta w wąską kreskę i pokręciła głową, tylko po to, by po chwili znów ryknąć jak najbardziej entuzjastycznym refrenem.

– Niech ciocia się prześpi – powtórzył Mitra, nieco bardziej stanowczo. – Poważnie mówię. Najlepiej u siebie, w domu, nie w altance, bo znowu będzie ciocia narzekać, że ją boli kręgosłup. Już nie mówiąc o tym, że to nawet nie jest cioci altanka. No niech ciocia będzie przez chwilę rozsądna.

– A pomidory?

– A pomidory to chyba cioci wlazły na głowę, skoro aż do teraz nie słyszałem, żeby ktoś dla nich tak śpiewał, a mieszkam tu od zimy. 

– No może – Ciocia Kosia odwróciła wzrok. – Odrobinkę. Ociupinkę. 

Mitra westchnął cicho. 

– Niech się już ciocia nimi tak nie martwi – powiedział.. – Już ja się nimi zajmę. 

– Jesteś pewien? 

Chłopak wzniósł oczy ku niebu. 

– Przecież jestem waszym działkowym magiem. Dziedzicem pradziadunia i tak dalej, i tak dalej. Może się ciocia nie martwić i wracać do siebie, koty się pewnie niepokoją, że cioci nie ma. 

– Ale Mitreńka, nie sądzę, żeby to był repertuar, który znasz i który byłbyś w stanie udźwignąć.

– Usypiałem mandragory, kiedy miałem dziesięć lat – odparł, z całkowitą pewnością. – Poradzę sobie z jakimiś tam pomidorami.

Minął dobry kwadrans, zanim ciocia Kosia rzeczywiście została odprowadzona za furtkę Promyczka i wsadzona do taksówki, z tylko ograniczoną ilością protestów. 

W całym pomieszczeniu panowała złowroga, przesycona wonią nawozu cisza. Pomidory nie wyglądały na zachwycone. Nie miały co prawda oczu, ale Mitra czuł na karku ich drapieżne, spragnione rozrywki spojrzenia. Pozostawało więc tylko otworzyć usta i śpiewać. Mitra śpiewał więc, z każdą kolejną piosenką uświadamiając sobie, jak bardzo przypomina mu to śpiewanie mandragorom i jak bardzo śpiewanie mandragorom przypomina mu o wuju. Sierpniowa noc nagle stała się bardziej chłodna. 

***

 Krystyna Malinowska objawiła się w mieszkaniu Misi w całej swojej glorii i chwale o siódmej rano. 

– Meliskę może masz? – spytała już od progu. – Bo moja wyszła, a bez meliski, to dzisiaj chyba jednak nie da rady. W ogóle się nie mogę skupić na tym, co czytam.

– Mam zieloną herbatę z melisą – odparła Michalina. Kilka miesięcy temu może spanikowałaby w obliczu takiego porannego najścia i konieczności przyjmowania gości w pidżamie, z rozwianym włosem i godzinę przed wykładem z poezji angielskiej, ale kilka miesięcy temu nie dzieliły wraz z sąsiadką z piętra niżej opieki nad Mitrą i nie spotykały się o różnych dziwnych porach, by omawiać wszystkie szkolne problemy. 

– Może być.

Michalina przez moment zastanawiała się, czy to właściwie znaczy, że powinna wręczyć sąsiadce opakowanie, czy raczej tej herbaty zaparzyć, ostatecznie jednak uznała, że nie ma sensu sprzeciwiać się napierającym falom. Można po prostu płynąć z prądem, zwłaszcza o siódmej rano. Wstawiła wodę w elektrycznym czajniku.

– Trzeba chwilę odczekać aż woda przestygnie, zanim się zaleje – uprzedziła.

Krystyna Malinowska rozsiadła się więc w fotelu Misi, co jakiś czas z niedowierzaniem kręcąc głową i wzdychając. Misia wzięła kilka głębszych oddechów i wytłumaczyła sobie, że prawdopodobnie to jest sposób w jaki pani Krystyna stopniuje napięcie i nie ma nic wspólnego z jej umiejętnościami w zakresie parzenia herbaty i przyjmowania gości.

Spokojnie naszykowała więc imbryczek i czekała na wystygnięcie wrzątku, podczas gdy za oknem Zarzewie powoli budziło się do życia. Ludzie szli po zakupy, przejeżdżały autobusy i samochody, ktoś kłócił się na podwórku, ktoś gwizdał na psa. Zgodnie z przewidywaniami Misi, Krystyna odezwała się dopiero kiedy gospodyni postawiła przed nią kubek z herbatą. Powąchała nieufnie, upiła łyk.

– Ja już z nią nie mogę! – powiedziała, dramatycznie zapadając się w fotel. – Nie wiem, jak jej przemówić do rozsądku!

Misia zamrugała.

– Persefona? – zaryzykowała, pamiętając, że statystycznie był to najczęstszy temat narzekań sąsiadki. Krystyna popatrzyła na nią z niecierpliwieniem.

– Jeszcze Tośki tam brakowało – obruszyła się. – Nie, wyjątkowo o dziwo nie, ona.  Zresztą chyba ostatnio sobie coś złamała, i siedzi w tej swojej wieży z kości słoniowej. Jak akurat by była może potrzebna, to ani śladu. I teraz się jeszcze bardziej zdenerwowałam – stwierdziła i upiła kilka kolejnych łyków zielonej herbatki z melisą. Misia miała nadzieję, że melisa zadziała szybciej niż później, bo pani Krystyna wydawała się jeszcze bardziej intensywna niż zazwyczaj. – Kosi próbowałyśmy przemawiać do rozsądku, ale nie, uparcie zmierza prosto ku katastrofie. 

– A czemu trzeba przemawiać jej do rozsądku? – zainteresowała się Misia. – I czemu zmierza ku katastrofie? Wydawała mi się zawsze bardzo poukładana.

– A tam, poukładana. Głupia jest jak but i tyle! Mówiłyśmy jej, żeby trochę przystopowała z tymi romansami, ale gdzie tam. Wplątała się w miłosną aferę i teraz stoi oszołomiona jak ta sarenka oślepiona przez reflektory, a świat wokół niech płonie, trudno.  

Misię ogarnęło to nieprzyjemne, swędzące uczucie, że gdzieś umyka jej istotna część fabuły, niezbędna do zrozumienia tej piętrowej metafory.

– Więc pani Konstancja z kimś się spotyka? – spytała więc, żeby jakoś zapanować nad informacyjnym chaosem.

– Michalinko, przecież ci opowiadałam – zganiła ją Krystyna. – O bukietach z marchewek i balonach i wszystkim. Ale mogłam się domyślić, że cię nie zainteresuje – westchnęła z wyraźnym żalem i pokręciła głową. – Ciebie raczej nie interesują takie rzeczy jak zaloty, randki i wielbiciele. Pamiętam, jak to było z tymi kwiatami zimą, co zalotnik zostawił, a ty, dziecko, siedziałaś i patrzyłaś jak cielę na malowane wrota.

– Ależ bardzo mnie interesują!  – zaprotestowała Misia.

Krystyna Malinowska popatrzyła na nią z pewnym powątpiewaniem.

– Skoro twierdzisz – Upiła łyk herbaty, i Misia pojęła, że jeśli rzeczywiście chce usłyszeć coś więcej, sama deklaracja nie wystarczy. Musi wykazać inicjatywę. 

– Długo to w ogóle trwa? – spytała więc. – Dawno się poznali? 

 Dopiero wtedy pani Krystyna przechyliła się trochę do przodu, zniżyła głos do szeptu, co było całkowicie niepotrzebne, bo w kawalerce były tylko one dwie.

– Kosia zanim się zeszła ze swoim byłym mężem, to miała chyba dwóch albo trzech zalotników. Szaleli za nią zresztą wszyscy,  bo najmilsza i najładniejsza w całym zakładzie. Ostatecznie wybrała tego swojego profesora. co ją zawsze trochę traktował jak dekorację i wystawił za drzwi jak sobie ostatecznie znalazł młodszą. Kosia nie mówi tego wprost, ale spotyka się z takim Czarkiem co to wtedy siedział w księgowości, a teraz bierze udział w wystawach pomidorów. 

– A jak to wygląda jeśli chodzi o obecną oś czasu? – spytała rzeczowo Misia, narażając się na karcące spojrzenie Krystyny. 

– Ty dziecko naprawdę nie rozumiesz miłosnych afer – stwierdziła sąsiadka. – Brakuje ci tej pasji, tej dociekliwości. 

Misia upiła łyk ze swojego kubka. Odkryła, że jej melisa też dobrze robi na opinie pani Krystyny.

– Robię co mogę – zapewniła. 

Pani Krystyna co do tych starań ewidentnie też miała opinię, ostatecznie jednak nie zdecydowała się jej wyrazić. 

– W kwietniu zaczęła się wykręcać z kijków – powiedziała zamiast tego.– Wymyślała różne rodzinne okazje, i ona rzeczywiście ma imponujące drzewo genealogiczne, dużo kuzynów i siostrzeńców i bratanic, zresztą zdaje się kogoś z tych krewnych uczysz, ale bez przesady. I teraz już znika praktycznie co wieczór, prawie się jej nie da złapać.  

– I w tym jest problem? – spytała Michalina, świadoma, że stąpa po kruchym lodzie. – Że nie da się jej złapać? 

– Proszę cię, dziecko, za kogo ty nas masz? – spytała z wyrzutem Krystyna. – Nie  masz pojęcia o czym mówisz. Przecież te jej romanse się źle skończą dla niej, dla Promyczka, dla nas wszystkich. Pół dnia jej z Dzidką i Jadziunią próbowałyśmy ją przekonać, żeby była ostrożna, a ona co? Jak grochem o ścianę! Brnie w ten kompost jak dzika. 

Misia mniej więcej znała temperament i Dzidki Cieślak, i Jadziuni, nauczycielki z liceum Mitry. Zaczęła współczuć pani Konstancji, bo mało kto potrafił wytrzymać starcie z takim żywiołem.

– Ale zdaje się, że pani Konstancja jest dorosła i bez zobowiązań? – zasugerowała nieśmiało. – Ten drugi pan najprawdopodobniej też. Poza tym, minęły lata, moźe im się trochę zmieniła dynamika. 

– A tam – Malinowska machnęła ręką. – Zmieniła. Nic dziecko nie wiesz o życiu, i nic dziwnego, skoro nawet nie masz żadnego adoratora, to i skąd masz wiedzieć? Ona żyje jak w tanim romansie, wielkie gesty, piękne wyznania, a później nic z tego nie wychodzi, i nic się nie zmieniła. Złamie człowiekowi drugi raz to samo serce i ją w końcu zjedzą te romanse i pomidory!

– Jakie pomidory? – Misia prawie zakrztusiła się ostatnim łykiem herbaty, zaskoczona tak nagłym zwrotem akcji. 

– Jak to jakie? Te, co je Czarek hoduje po godzinach w Promyczku, na wystawy! – tłumaczyła z przejęciem pani Krystyna. – Dopiero co do mnie Dzidka dzwoniła, że się wymknęły spod kontroli i całą noc Mitreńka je próbował uśpić, bezskutecznie. Przecież to kwestia czasu, aż cały Promyczek będzie w niebezpieczeństwie. 

– Przez pomidory?! – niedowierzała Misia. – I dopiero teraz mi to pani mówi?!

– Przez pomidory – odparła grobowym tonem Krystyna. – Przecież po to przyszłam, żeby ci o tym powiedzieć. Może wy, dzieciaki dacie radę jakoś Mitreńkę wspomóc i coś zaradzić, ale ja się tam nie zbliżam. Pomidory to dranie, mamusia to zawsze powtarzała. 

***

– Przecież wszyscy wiedzą, że pomidory to dranie i nie mają duszy – oświadczył Tężec, wezwany na miejsce zdarzenia, gdy tylko Mitra ochłonął po upiornej nocy. 

Mitra nie pamiętał, jak właściwie wylądował w swojej altance, troskliwie ułożony na materacu i okryty kocem, ale jakoś tak kojarzył zmartwioną Dzidkę Cieślak. Kiedy zresztą wstał koło południa, by przejść się po włościach, dostrzegł pod altanką z pomidorami niemałe zbiorowisko. Działkowiczki stały wokół szklarni, chórem śpiewając piosenkę o tym, że w czasie deszczu dzieci się nudzą. Mitra przyglądał im się ze zgrozą, wyławiając z tłumu i ciocię Dzidkę, i odesłaną wcześniej do domu ciocię Kosię i nawet ciocię Nelę, spowitą jak zwykle w ażurowe chusty. Pokręcił się wokół szklarni, próbując wypatrzeć jakiś sprytnie ukryty urok, zdradliwą nitkę albo pętelkę, ale ku swojej frustracji niczego takiego nie znalazł. Pomidory po prostu były i domagały się uwagi wszystkich mijających altankę działkowiczów. Do zgromadzenia dołączały coraz to nowe osoby. Sięgnął po telefon, by skontaktować się z pozostałymi członkami kręgu. 

Misia i Tężec przyszli prawie natychmiast, Magma utknęła w szkole, na fakultetach z matematyki.  

– Jak to: nie mają duszy? – dociekała Michalina. – Pani Krystyna mówiła coś podobnego, jak mi opowiadała o tym bałaganie. Kiedy już mi o nim opowiedziała, znaczy się. To była długa droga do prawdy. 

– Z większością roślin jakoś idzie się dogadać – odparł ogrodnik. – Jeszcze się cieszą jak przychodzisz i podlewasz, maliny w ogóle są super–miłe, zawsze próbują złapać za rękaw i podziękować. A pomidory zawsze takie urażone jak się spóźnisz chociażby o minutę z konewką, bardziej marudne są chyba tylko mandragory. A jak już się zbiorą większą grupą to już w ogóle, nie masz człowieku życia, ani kroku w tył, trzymać krótko, tuż przy szypułkach. Jak raz ulegniesz, to już długa droga w dół, robisz co chcą, albo zostajesz nawozem. 

Ciocia Dzidka i ciocia Nela przysłuchiwały się temu wykładowi z wyraźną fascynacją. Ciocia Kosia chyba czuła się trochę winna, bo wbiła wzrok w tym razem już dzienne pantofle. Wszystkie trzy cały czas poruszały ustami, jakby trochę obawiały się, że pomidory przyłapią je na przerwie od śpiewania “Piosenka jest dobra na wszystko”. Promyk krążył wokół szklarni i miauczał gniewnie to na ciocie, to na pomidory. 

– Poważnie? – zdumiała się Michalina. – W sumie babcia tych pomidorów to miała zawsze z grządkę, nigdy więcej. Jak mama chciała więcej, to pytała na co jej to, przecież przetworów i tak mamy zawsze po sufit. 

Ciocia Dzidka i ciocia Nela popatrzyły na Misię, najwyraźniej wstrząśnięte tym, że jakaś jej krewna  wierzyła w zbyt dużo przetworów.

– Tężec, a nie sprzedawałeś nikomu ostatnio pomidorów?– drążyła Miśka. – Ani żadnego magicznego nawozu do pomidorów albo czegoś, co może sprawić, że pomidory się robią jeszcze bardziej marudne? 

– To są pomidory, koleżanko, nie da się sprawić, żeby były jeszcze bardziej – odparł cierpliwie Tężec. –  One po prostu takie są w większych grupach. Nakręcają się nawzajem. I nie, nic nie sprzedawałem, sam mam tyle co na własny użytek. 

– …Bardziej marudne tylko mandragory – powtórzył półgłosem Mitra. Tężec zmarszczył brwi. 

– Co?

– Wczoraj jak to odkryłem, też mi się skojarzyły te mandragory. Wujek hodował, śpiewałem im do snu, wrażenie było podobne – Młody mag wzdrygnął się, pobladł nieco. – Ale jak miałby… 

Misia zerknęła na niego, zaalarmowana. 

– Mitra…? 

– On musi wiedzieć, że tu jestem – wyszeptał chłopak, obserwując jak do chóru działkowiczów dołączają kolejne osoby, by śpiewać pomidorom piosenki kabaretowe. – Musiał wiedzieć, że się tu ukryłem, musi tu mieć jakichś swoich szpiegów, tylko udaje, że niczego się nie domyśla, żebym poczuł się bezpiecznie.. 

 Misia położyła dłoń na jego ramieniu, uścisnęła. 

– Wiesz, to może być też po prostu kwestia tego, że ktoś nie dopilnował swoich pomidorów i wymknęły się spod kontroli. Nie sądzę, żeby były tutaj od wczoraj. 

Młody mag wciąż był czujny, spięty i bardzo blady, złociste oczy błyszczały gorączkowo. 

– Od wczoraj może nie, ale od listopada? Co jeśli wuj wiedział, że tutaj przyjadę i już zawczasu umieścił tu szpiega? To musi mieć z nim coś wspólnego, ja przecież pamiętam, jego mandragory miały tak samo, to po prostu jest on, jego esencja. To jest złe. I podłe, i podstępne i on chce, żeby komuś tutaj stała się krzywda, tak mi powiedział… 

Tężec przysłuchiwał się całej wymianie, jednocześnie wciąż przyglądając się widocznym w uchylonych drzwiach szklarni pomidorom i poczynaniom cioć, które teraz już nie tyle stały wokół, co przechadzały się między grządkami, przyciągane jakąś magnetyczną siłą. 

– A wiesz, że ty możesz mieć rację, kolego? – odezwał się. – One rzeczywiście są jakieś wyjątkowo charakterne. Ej! – Niespodziewanie rzucił się przez tłum działkowców, by dostać się do środka szklarni. – Gdzie?! Co kombinuje, co to ma być?! – krzyknął tonem tresera dzikich zwierząt. – Niedobry pomidor! Niegrzeczny! Zostawi panią! Zostawi, sio, już, poszedł! Nie wolno!

Mitra ruszył za nim, z Misią depczącą mu po piętach. Ku swojemu przerażeniu dostrzegł bardzo bladą, wyraźnie wstrząśniętą Dzidkę Cieślak, podtrzymywaną aktualnie przez ogrodnika, który drugą ręką wygrażał ogrodowymi grabkami ogromnemu pomidorowi bawole serce. Sama Dzidka zaś przyciskała do piersi owinięty w chustkę palec. Po dłoniach spływała krew, pod jej stopami zaś leżał sekator. 

– Wyprowadżcie ją stąd – zakomenderował Tężec. – Odsunąć się proszę, zrobić pani miejsce. Już nie trzeba śpiewać – zapewnił zgromadzony przed szklarnią chórek wykonujący właśnie “Grawerską miłość”.– Jestem ogrodnikiem, już ja tu sobie porozmawiam z tymi psiankowatymi potworami – Podwinął rękawy kraciastej koszuli. – Zaprowadzę tu porządek. 

Jego ogrodniczy autorytet zdawał się mimo wszystko przewyższać wśród działkowców autorytet Mitry, bo ostatecznie chórek przycichł, przestał nucić i zaczął się rozchodzić. Zostały tylko Nela i Kosia i Wróżka Łuna, która musiała dołączyć do zbiorowiska jakoś w międzyczasie. Wszystkie trzy obserwowały – Kosia z przerażeniem, Nela i Łuna z fascynacją – jak Mitra z pomocą nici złocistej, słonecznej magii zszywał właśnie ranę na palcu Dzidki. Kobieta siedziała na ławeczce użyczonej przez właścicielkę sąsiedniej altanki i uśmiechała się do maga z wdzięcznością. 

– Ładnie tak – oceniła. – Fachowo. Pielęgniarka na SORZe by mi tego tak ładnie nie zszyła. Przepraszam cię, Kosiu, wiem, że ta twoja kuzynka tam pracuje – dodała natychmiast. – Ale jest jak jest – na próbę poruszyła palcem i skrzywiła się mimo wszystko. 

– Nie uzdrawiam – uprzedził ją Mitra. – Tylko zszywam. Będzie ciocia musiała trochę poczekać, aż się zagoi. 

W szklarni tymczasem Tężec wciąż strofował pomidory, i – sądząc po gestykulacji – wygłaszał płomienne mowy w chyba nie do końca ludzkim języku. 

Misia chyba nie była pewna, czy powinna gapić się na niego, czy na Dzidkę, zaskakująco żywotną jak na niedoszłą ofiarę pomidorów. 

– Co się tam właściwie stało? – spytała, przysiadając na stołeczku obok kobiety. – Nic nie widzieliśmy, bardzo dużo was się tam kręciło.

– Ach, kochana, właściwie nic takiego – odparła pogodnie Dzidka.  – Weszłam, pomyślałam, że trochę biedactwa przytnę, bo może takie marudne dlatego, że im niewygodnie. Ręka mi się omsknęla, zdarza się. 

– Omsknęła się? – powtórzył z powątpiewaniem Mitra, doskonale świadom tego, że ciocia codziennie gotuje, kompletnie ignorując zastępy głodnych dzieci i nastolatków. – Tak po prostu? 

– Wydawały się głodne – bąknęła Dzidka. – I chyba im smakowało. Bardziej niż woda, a to tylko kilka kropel. 

Misia aż się wzdrygnęła. 

– Głodne pomidory, głodne pomidory – zanuciła Łuna. – Trochę owoce a trochę potwory, zjedzą nas wszystkich nim nastaną nieszpory, zostaną kości, ktoś wrzuci je w wory. 

Mitra łypnął na nią z pretensją. 

– Jakoś wolałem cię jak śpiewałaś kabaret razem z resztą chóru – stwierdził. 

– Och nie – pokręciła głową z lekkim uśmiechem. – Nie śpiewałam, kompletnie nie mój repertuar. Tak wpadłam zobaczyć jak sobie radzicie z tymi bestyjkami. One tak się domagają uwagi od wczoraj, byłam ciekawa, czy ktoś się nimi ostatecznie zajmie, czy jednak nie. 

Misia i Mitra obejrzeli się za siebie. Ceglany domek Łuny znajdował się dokładnie po drugiej stronie ścieżki, prawie drzwi w drzwi ze szklarnią. Musiała coś wiedzieć, musiała coś widzieć. 

– I to się zaczęło wczoraj, tak? – upewnił się Mitra. Skinęła głową. Chyba miała już w zanadrzu kolejny wiersz, najprawdopodobniej w oparciu o rymy do słowa “wczoraj”, ale zadał następne pytanie, zanim zdążyła się rozkręcić. – Coś wyglądało inaczej niż zwykle? Coś się zmieniło? 

– Sąsiad nie przyszedł podlać – odparła, w zadumie nawijając na palec rude pasemko włosów, które wymknęło się spod turkusowego turbana. – Zwykle przychodzi wtedy co ja i wymieniamy jakieś, jak to mówicie, chłodne dzień dobry, też jest z tych spracowanych. Spracowanych, zmordowanych, przemęczonych i zgorzkniałych – zanuciła. – Ale nawet tacy spracowani, rozczarowani i zgorzkniali przychodzimy tu na działki, bo tu się czujemy cali. 

– A to nawet ładne było – pochwalił Tężec, który właśnie ten moment wybrał sobie, by wyjść ze szklarni, otrzepując ręce po dobrze wykonanej robocie. Mitra rzucił mu nachmurzone spojrzenie. 

– Wie pani coś więcej o tym człowieku? – drążyła Misia. –  Poza tym, że przychodzi wieczorami i podlewa pomidory? 

Łuna zmarszczyła cienkie, rudawe brwi. 

– Nie za bardzo, szczerze mówiąc. Raczej nie z tych, co przychodzą do mnie do salonu. Ale dam znać, kiedy sobie coś przypomnę – obiecała. – Może zresztą dzisiaj już przyjdzie podlać swoje bestyjki. Bestyjki, małe bestyjki, nieobliczalne jak loteryjki – Nuciła, wędrując ku swojej altance a oni odprowadzali ją wzrokiem. – Za to lubią melodyjki, i zostaną, ach zostaną elementem kolacyjki. 

– W każdym razie porządek zaprowadzony – obwieścił z dumą Tężec. Rzeczywiście, musieli przyznać że roszczeniowa aura pomidorów jakby nieco przycichła. – Powinna być cisza i spokój, a jak nie to inaczej pogadamy. 

***

Cisza i spokój trwały mniej więcej do dziesiątej wieczorem. Trudno powiedzieć, do jakich scen doszłoby w Rodzinnym Ogrodzie Działkowym “Promyczek” gdyby Mitra wraz z resztą swojego kręgu nie zdecydował się na wszelki wypadek czuwać w swojej altance. Tężec sam zaproponował, że zostanie do towarzystwa, Misia również nie miała nic przeciwko, nawet Magma postanowiła dołączyć do wspólnej przygody, chociaż przyniosła ze sobą repetytorium maturalne z historii. Czytała zawzięcie i robiła notatki, podczas kiedy Misia, Mitra i Tężec grali w planszówkę, na wszelki wypadek nasłuchując hałasów z zewnątrz. Świerszcze cykały w trawie, przez jakiś czas śpiewał słowik, kilka razy zahuczała sowa, stopniowo jednak zapadała cisza, przerywana tylko miarowymi odgłosami ogrodowych spryskiwaczy. 

A później zaskakująco mocny, damski głos ryknął:

  • ŚPIEWAĆ KAŻDY MOŻE, TROCHĘ LEPIEJ LUB TROCHĘ GORZEJ… !

Magowie popatrzyli po sobie zaniepokojeni i wypadli z altanki. Prześcigając się, ruszyli w stronę szklarni z pomidorami. Piosenka, że nie o to chodzi jak co komu wychodzi towarzyszyła im przez całą drogę, wciąż tak samo głośna i rozpaczliwa. Pierwszy szklarni dopadł Tężec. Mitra prawie zatrzymał się na jego plecach i wychylił się, by spojrzeć. Właścicielką mocnego, donośnego głosu była Krystyna Malinowska. Śpiewała, stojąc tuż nad grządką, z sekatorem w drżącej dłoni. 

– Nie! – krzyknął Mitra, podbiegając i szarpiąc ją za ramię. Misia złapała z drugiej strony. – Ciociu, nie!

Wspólnymi siłami wyciągnęli panią Krystynę ze szklarni i odebrali jej ostre narzędzie. Tężec znów zaczął strofować pomidory, chociaż z mniejszą energią, niż przed południem. Magma przyglądała się całemu zajściu szeroko otwartymi, niedowierzającymi oczami. 

– Co ciocia tu robi? – spytał z wyrzutem Mitra, kiedy już udało im się odprowadzić oszołomioną Krystynę na bezpieczną odległość. – Przecież tu jest niebezpiecznie. 

– Umawiałyśmy się przecież – poparła go Misia. – Że ja pójdę zobaczyć co się dzieje, a pani się dzisiaj trzyma od Promyczka z daleka, wszystko podlejemy i nie ma potrzeby przychodzić. 

– Kolację chciałam Mitreńce podrzucić – odparła pani Krystyna, zaskakująco potulna, może po prostu zmęczona wcześniejszym występem. – Drożdżówki wam upiekłam, żebyście mieli na dzisiaj i na jutro na śniadanie, do herbatki. A dziewczyny mówiły, że pan ogrodnik już przyszedł i wszystko załatwił i jest bezpiecznie. 

W obliczu drożdżówek gniew Mitry nieco osłabł. 

– A z czym? – zaryzykował. 

– Z brzoskwiniami i kruszonką, tak jak lubisz najbardziej. 

– To wciąż było niebezpieczne – powiedział łagodne, przyjmując wciśniętą mu reklamówkę z owiniętymi w papier bułeczkami, wciąż jeszcze ciepłymi i pachnącymi. – I nie powinna ciocia tu przychodzić, nie mieliśmy pewności czy to co Tężec zrobił zadziałało, dlatego tu wszyscy nocujemy. Odprowadzę ciocię do domu, dobrze? – zaproponował. – W razie jakby cioci jeszcze przyszło coś nierozsądnego do głowy.

Wziął ją pod ramię i pewnym krokiem ruszył z nią ku bramie Promyczka, chociaż pani Krystyna raz po raz oglądała się na szklarnię, chyba nie do końca rozumiejąc, co się właściwie wydarzyło. 

Misia zaś wróciła do pozostałych magów. Tężec wciąż tłumaczył coś pomidorom, Magma przyglądała mu się, coraz bardziej zdumiona, może dlatego, że jego mowa z każdą chwilą wydawała się bardziej i bardziej obca.

– Jak idzie? – spytała Michalina. 

Odwrócił się do niej i bezradnie pokręcił głową. Rude kosmyki lepiły mu się do spoconego czoła, w oczach czaiło się znużenie. 

– Nie dogadamy się raczej – odparł. – Nic do nich nie dociera, nic ich nie obchodzi, chcą, żeby im śpiewać i żeby je podlewać krwią, i może, ewentualnie rozważą zdrzemnięcie się. 

– Ale myślałam, że… – Misia urwała, czując, że coś obcego wyrywa jej się z ust, pędzi, by wyjść na przeciw biednym, głodnym i porzuconym przez jedynego opiekuna owocom.–  A poza tym nic na działkach się nie dzieje…  – zanuciła, po czym zasłoniła usta dłonią. – O nie – stwierdziła. – Nie. Ani trochę mi się to nie podoba. Co niedziela działkowiczów barwny tłum…Nosz cholera. 

Magma i Tężec wymienili zaniepokojone spojrzenia. Kiedy Mitra wrócił, śpiewała już cała trójka;

Z papierowej torby co stała w altance

Dzikim winem gęsto wokół obrośniętej

Zamiast marchwi wydobyto cztery palce

A za nimi kciuk i resztę czyli rękę. 

– Nie – krzyknął, widząc, że pani Krystyna, która przecież została odprowadzona za bramę ogrodu, maszeruje ku nim, też z pieśnią na ustach. – Nie, nie, nie! Ciocu, co ciocia tu robi?! Przecież mówiłem cioci, żeby stąd poszła, odprowadziłem nawet!

– Kiedy mi się przypomniało, że zostawiłam w swojej altance okulary do krzyżówek.  A poza tym nic na działkach się nie dzieje… 

–Rosną w siłę – powiedział Tężec, wyrywając się na moment szponom ogólnego napadu muzykalności. – Skoro potrafią kogoś ściągnąć z powrotem i biorą się do magów. 

– To zrób coś! – wydarła się na niego Magma, między kolejnymi zwrotkami. – Jesteś ogrodnikiem, czy nie jesteś? Wymyśl coś?  Tam poziomek w krąg czerwienią się jagody…

– Gruszki wiszą ciężkie sokiem na gałęzi… Teraz nic nie zrobię – odparł bezradnie. – Jest noc. Potrzebuję słońca!

– Ja też! – jęknął Mitra. – Nie zakłóca nic radości i pogody

– Ja nawet nie wiem, co miałabym zrobić z pomidorami – pożaliła się Misia. – Sałatkę umiem, taką z cebulą. – Choć w wspomnianych już poziomkach ktoś zarzęzi.

– Czyli musimy dotrwać do rana? – upewniła się Magma, wciąż walcząc z potrzebą śpiewania prześmiewczej piosenki o ogródkach działkowych. Zacisnęła mocniej dłonie na tulonym do piersi przedmiocie i zorientowała się, że to jej kompendium maturalne, którego ani na moment nie wypuściła z rąk. Zerknęła na książkę, na śpiewających przyjaciół – i panią Krystynę – po czym otworzyła kompendium na oślep i zaczęła czytać, idealnie znużonym i pełnym rezygnacji głosem niedoszłej maturzystki. Padło na wojnę stuletnią, a pomidory umilkły, zaskoczone nagłym zwrotem akcji. Pozostali magowie i pani Krystyna odetchnęli z ulgą.

**

Szybka narada pomogła wytypować Misię jako najsłabsze ogniwo w pomidorowej wojnie, zdecydowano więc, że cieniowa magiczka wróci z panią Krystyną do kamienicy i będzie pilnowała, by sąsiadka nie wymyśliła już żadnego pretekstu, by wrócić na działki. Przystała na to, chociaż bez szczególnego entuzjazmu. Mitra, Tężec i Magma planowali dotrwać świtu w Promyczku, zmieniając się przy dostarczaniu rozrywki pomidorom, odpoczywaniu i pilnowaniu, że nie przyplącze się żaden inny nadmiernie ciekawski działkowiec. Z pozoru wydawała się to nadmierna ostrożność, jednak podczas swojego dyżuru przy bramie, Mitra grzecznie acz stanowczo odprawił do domu narzekającą na bezsenność panią Zosię – działkową sąsiadkę Dzidki Cieślak, bardzo zmartwioną i przejętą ciocię Kosię oraz ciocię Nelę, której tak po prostu przypomniało się, że miała zajrzeć i zapytać jak wygląda sytuacja. 

Magma powtórzyła sobie dogłębnie przełom średniowiecza i renesansu, opowiadając pomidorom o kluczowych wydarzeniach, związkach przyczynowo–skutkowych i przemianach społecznych, nawet próbowała zadać roślinom kilka podchwytliwych pytań, co dodatkowo osłabiło ich ducha i wolę walki. 

– Bardzo spokojnie do tego podchodzisz – zauważył Mitra przy okazji zmiany warty. Magma zamknęła swoje kompedium. 

– Po prostu cały czas myślę o tym wspaniałym przecierze pomidorowym, który zawsze z mamą robimy na jesieni – powiedziała pogodnie. – Bardzo to lubię. Mielimy pomidory w takiej starej maszynce do mięsa, gotujemy w ogromnym garze i później wykorzystujemy jako bazę sosu do pizzy, zawsze wychodzi super. Czemu my ich w sumie po prostu nie przerobimy na sos do pizzy? 

– Po pierwsze nie nasze – przypomniał jej Mitra. – Po drugie, czy na pewno chcesz mieć w spiżarce słoiki sosu z przeklętych pomidorów? Kto wie, jakie to może mieć skutki uboczne. 

– Coś w tym jest.

Zanim pomidory zdążyły otrząsnąć się z maturalnego marazmu i zaczęły domagać się zabawiania, Mitra był już na posterunku, podczas gdy dyżur przy bramie objął Tężec a Magma wróciła do cichej nauki. Zmieniając się regularnie, pilnując bram i odpoczywając, zdołali jakoś dotrwać do momentu, kiedy działkowe słońce – blada kula na stałe zawieszona na niebie, urokiem przywiązana do najwyższego drzewa jak balonik – rozjaśniło się i wreszcie zapłonęło złocistym, sierpniowym blaskiem. Tężec odczekał pół godziny, aż zrobiło się naprawdę ciepło. Sięgnął po stojącą w kącie szklarni metalową konewkę, z szerokim, drapieżnym uśmiechem napełnił ją wodą po czym bardzo, bardzo dokładnie podlał wszystkie grządki, nawet po dwa razy, i po prostu czekał aż słońce, muskające promieniami ściany szklarni zrobi swoje. Mitra dopilnował, by szklarnia dostała dostatecznie dużo światła i ciepła. 

Mitra streścił to wszystko Michalinie, kiedy następnego dnia szli złożyć wizytę tajemniczemu Cezaremu Pomidorskiemu, pod adres podany przez panią Malinowską. 

– Zamordowaliśmy człowiekowi pomidory? – spytała, z odcieniem grozy. – Dobrze rozumiem?

– Tężec zamordował – Młody mag wzruszył ramionami. – Po dwóch uczciwych upomnieniach. Co, mieliśmy pozwolić, żeby wabiły przypadkowych działkowców na manowce i kazały sobie śpiewać? 

– Aha – odparła Michalina. – Czyli w sumie właśnie idziemy do obcego człowieka przekazać mu smutną wieść o jego roślinkach? 

– Też. Ale przede wszystkim to przesłuchać i spytać, skąd je on w ogóle wziął i dlaczego od mojego wuja. Bo jestem już na mur–beton pewien, że to jego robota. One powiedziały Tężcowi, że chcą pić krew! Krew, Miśka, rozumiesz? Pomidory!

– A jeśli się okaże, że to rzeczywiście twój wuj? – drążyła Michalina. – Co wtedy?

Mitra zastanawiał się nad tym przez chwilę.

– Pytasz, czy znowu zamierzam uciekać? – domyślił się. Nie zaprzeczyła. Przez chwilę oboje szli w milczeniu. Młody mag od czasu do czasu kopał jakiś przypadkowy kamień. Dłonie wbił w kieszenie.

– Jesteśmy z tobą – przypomniała mu Misia. – Cokolwiek by się nie okazało. Wiesz o tym, prawda?

Mitra posłał jej naprawdę szczery i pełen wdzięczności uśmiech.

– Wiem.

Pan Pomidorski, drobny, nerwowy człowieczek zbliżający się na oko do szóstej dekady życia, powitał ich w progu, z prawą z kostką w ortopedycznym stabilizatorze i o jednej kuli. Szpakowate włosy strzygł krótko, podkreślając zakola. Nawet mimo kontuzji wymagającej odpoczynku w domu, założył pod sweter i szlafrok koszulę z kołnierzykiem. 

– Czemu zawdzięczam wizytę działkowych magów? – spytał, spoglądając na nich wyczekująco, z lekkim niepokojem. – Zaproponowałbym herbatę, ale wyszła, ale sami widzicie – zerknął na uszkodzoną nogę. – Trzecie piętro, gdyby nie Konstancja, to nie miałbym nawet czym chleba posmarować. 

– Bardzo mi przykro – odparła z całkowicie neutralnym wyrazem twarzy Misia. – Ale pana pomidory nie przeżyły, mimo największych starań całego ogródka Promyczek, by zachować je przy życiu.

Mężczyzna pobladł, jakby w jednym momencie cała krew odpłynęła z jego twarzy. Zdecydowanie ta wiadomość bardziej go przeraziła niż rozgniewała. 

– Jak to nie przeżyły? – spytał. – Co się stało? 

– Wymknęły się spod kontroli – odparł Mitra. – I okazały się mieć dość… silną wolę. Dla dobra ogródka działkowego Promyczek i wszystkich działkowców musieliśmy…

– Coście zrobili? – Pan Cezary jedną ręką kurczowo przytrzymał się futryny, kłykcie zbielały. – Co… jak je zniszczyliście? Co zrobiliście, żeby się ich pozbyć? 

Mitra i Misia spojrzeli po sobie z niepokojem. 

– Podlaliśmy – odparł Mitra, niechętnie i z ociąganiem. – Kiedy słońce już grzało. Zaparzyły się. Naprawdę, nie mieliśmy wyboru, zagrażały innym działkowcom. 

Pan Cezary Pomidorski wyglądał jakby miał zemdleć, co biorąc pod uwagę kontuzję  mogło generować osobny zestaw problemów. Oddychał bardzo szybko, panicznie, jak ktoś przyparty do muru przez wroga. 

– Naprawdę bardzo nam przykro – zapewnił Mitra. 

– Chcieliśmy tylko wiedzieć, skąd pan wziął te pomidory – podjęła Misia. – Wydawały się dość… szczególne.

Pan Cezary potrząsnął lekko głową, puścił futrynę i uniósł dłoń w uspokajającym geście.. 

– Ćśś, dziecko, ćśśś – poprosił. – Nie mów teraz, już wystarczy. 

Michalina popatrzyła na niego, oszołomiona. 

Słucham? 

– Wracajcie na działki, dzieci – ciągnął mężczyzna, zaskakująco łagodnie, jak na stan wzburzenia, w którym się znajdował. – Idźcie, dopilnujcie, żeby nikt się tam nie kręcił, dobrze? To bardzo ważne. Przyjdę tam później i wszystkim się zajmę, ale teraz idźcie, zanim zrobi się niebezpiecznie.

Mitra zmarszczył brwi. 

– Ale przecież… 

Pan Cezary uspokoił się wyraźnie, wyglądał raczej jak ktoś, kto zaakceptował swój los, jaki by nie był. 

– Nie, nie zniszczyliście ich – powiedział, najwyraźniej domyślając się, o co Mitra chciał spytać. – Tylko bardziej rozwścieczyliście. Ostrzegano mnie, że tak będzie, że jak przyjdzie co do czego to… – Pokręcił głową. – Ale to nieważne, już nieważne. Wszystkim się zajmę, dzieci. Idżcie już. Upewnijcie się, że nikogo tam dziś wieczorem nie będzie, was też nie, dla własnego bezpieczeństwa.

Patrzyli na niego, kompletnie nie wiedząc co zrobić z tą nagłą łagodnością, smutkiem i akceptacją. Żadnemu z nich nie było z tym specjalnie wygodnie. Mitra zamknął oczy i wziął głęboki oddech. 

– Skąd pan wziął te pomidory? Proszę odpowiedzieć chociaż na to jedno pytanie.

– Myślę, że wiesz – Pan Cezary uśmiechnął się smutno. – Miałem najpiękniejsze pomidory, ale zaczęły mi chorować, na kilka tygodni przed ważną wystawą. Te pomidory i ta hodowla to wszystko, co mam, nic innego mi w życiu nie wyszło. Szukałem odpowiedzi, jeździłem po sklepach ogrodniczych i zielarskich, ten nasz, przy działkach stał wtedy jeszcze pustkami. Wreszcie trafiłem do antykwariatu. Nie musiałem go nawet o to prosić, sam zrozumiał. Odratował je, i są piękne, naprawdę są piękne i są moją dumą – zapewnił. – Chociaż są też bardziej wymagające niż były kiedykolwiek wcześniej. I mają cenę. Zaakceptowałem ją i płaciłem od wielu miesięcy, więc jedyne, co mogę teraz zrobić, to zdjąć z ciebie odpowiedzialność za ten konkretny problem. Nie przejmuj się za bardzo. Idź ostrzec swoich bliskich. 

Mitra cofnął się te kilka kroków i przysiadł na schodku, opierając twarz na dłoniach. Misia również wycofała się, by usiąść przy nim. 

– Ile… ile on wie? – spytał młody mag. – Ile mu pan mówił? 

– Wszystko, co widziałem jako anonimowy działkowiec, niezwiązany z twoim bezpośrednim kręgiem przyjaciół – odparł że znużeniem pan Pomidorski. Możliwe, że nawet rozważał zaproszenie obu magów do mieszkania, żeby nie siedzieli tak na schodach pod jego drzwiami, ale w obliczu nowo ujawnionych faktów było to zdecydowanie zbyt niezręczne. – Mieszkasz w Zarzewiu, w ogródkach działkowych Promyczek i jesteś dyżurnym magiem do rozwiązywania drobnych problemów. Masz swój magiczny krąg, zostałeś adoptowany przez panią Krystynę, chodzisz do szkoły i dobrze sobie radzisz. Szczerze mam nadzieję, że żadna z tych informacji nie przysporzy ci problemów w przyszłości. Przykro mi. Naprawdę kochałem te pomidory.

– Dlaczego poprosił pan ciocię Konstancję, żeby je podlewała pod pana nieobecność? – spytał Mitra. – Przecież one by ją zjadły. 

– Nie chciałem jej skrzywdzić – zapewnił. – Po prostu byliśmy razem na wycieczce, kiedy poszła mi kostka, nalegała, żeby mi się jakoś przydać. Zapewniałem, że zakupy wystarczą, ale uparła się, że pójdzie do mnie na działkę i sprawdzi, czy czegoś nie podlać. A miałem nadzieję, że prześpią te dwa dni, że zdążę wrócić, zanim się jakoś bardzo wyrwą spod kontroli. 

Mitra pokręcił głową. 

– Podlewałem mojemu wujowi ogródek – odparł, wbijając wzrok w swoje prawie nowe tenisówki. – Nie było szans. Pan go pewnie tak dobrze nie poznał, ale nie było. Nie z roślinami, których dotknął. 

– Nie dowie się, że ty się dowiedziałeś – zapewnił pan Pomidorski. – To jedno mogę ci obiecać. A teraz idźcie już, dzieci. Jest mało czasu. 

Michalina zawahała się. 

– Nie potrzebuje pan pomocy z no… z transportem? – upewniła się. 

– To tylko zwichnięcie, dziecko. Nie nadwyrężam, kiedy nie muszę, ale dam sobie radę. W swoim czasie. Powodzenia! 

***

Na działki wracali w całkowitym milczeniu, spiesząc się by przekazać ponurą informację. Większość dnia rzeczywiście spędzili na tłumaczeniu działkowcom, że mają trzymać się z daleka, wytrzymają tę jedną kolację bez szczypiorku i natki pietruszki, jabłka też można zebrać następnego dnia, ich bezpieczeństwo jest ważniejsze. Nie musieli nawet zaglądać do altanki pana Pomidorskiego, by wiedzieć, że pomidory mimo ekstremalnego podlewania, mają się świetnie. Sama obecność na działkach sprawiała, że człowiek dość poważnie myślał o tym, by po wypieleniu własnych grządek i zebraniu leżących pod drzewami owoców iść prosto do szklarni i dobrowolnie zostać nawozem. Na szczęście wspólnymi siłami, magowie zdołali wyprosić działkowców z ogrodu, zanim ktokolwiek zdecydował się na wprowadzenie tego planu w życie. Misia także zdołała się jakoś powstrzymać, chociaż z jakiegoś powodu sprawiało jej to większą trudność niż pozostałym. 

– Nie rozumiem kompletnie – stwierdziła nawet z pewną frustracją. – Was to naprawdę kompletnie nie rusza? Tylko mnie? 

– Mandragory – odparli prawie jednocześnie Mitra i Tężec. 

– Naprawdę – podjął ogrodnik. – One potrafią być tak marudne, że człowiek się uodparnia. Chociaż to tutaj to rzeczywiście jest wysoki poziom. 

– A ty? – Misia przeniosła wzrok na Magmę, sprawdzającą właśnie, czy ciocia Dzidka na pewno nie wróciła po coś do swojej altanki. 

– A ja to głównie myślę o maturze, to mi dość skutecznie nadpisuje wszystko inne – Dziewczyna posłała Misi niepewny uśmiech. – I tak, Misia, wiem, że ty też masz teraz dużo na głowie, ale możliwe, że to jest jednak cięższe i bardziej rozproszone niż po prostu powtarzanie rzeczy. Może ci być ciężej się bronić jak myślisz o dziesięciu rzeczach na raz i wszystkie są raczej ponure. 

– No może  – westchnęła Misia. – Rzeczywiście, strasznie mnie rozprasza jak one tak ciągle czegoś chcą – przyznała. 

 Kiedy wyprosili już wszystkich, mniej lub bardziej ociągających się miłośników ogrodnictwa, musieli jeszcze pilnować, by nikt nie próbował przemknąć się do środka pod dowolnym pretekstem. Pan Pomidorski przyszedł o zmierzchu, tym razem już nie w szlafroku, a w kompletnej garderobie. Mitra, wraz z resztą kręgu siedział na krawężniku, naprzeciwko bramy Promyczka, by mieć pewność, że rzeczywiście nikt inny nie dostanie się do strefy pomidorowego skażenia. Na widok znajomej już, utykającej sylwetki podskoczył na równe nogi. 

– One teraz domagają się nawozu – ostrzegł. – Proszę pana, niech pan się lepiej zastanowi, naprawdę. Pomożemy panu. Jesteśmy działkowymi magami, ma pan nasze wsparcie. Może… może da się to jednak rozwiązać inaczej, co? 

Pan Cezary Pomidorski zatrzymał się, oparł na swojej kuli i uśmiechnął się smutno do Mitry. 

– Obiecałem ci, że on nigdy się nie dowie, że wiesz – przypomniał. – Że tyle mogę dla ciebie zrobić, po tym jak przekazywałem mu informacje przez cały ten czas. A bycie nawozem dla pomidorów to tak naprawdę jedyny sposób, żeby to zapewnić, na tyle zdążyłem go poznać. I zdecydowanie lepsza opcja niż czekanie, aż sam zorientuje się, że dałem się zdemaskować, bo przewróciłem się i nie byłem w stanie podlać moich własnych roślin – uśmiechnął się krzywo.. – Decyzje mają konsekwencje. Jestem gotów przyjąć swoje. 

Mitra zamrugał, zaskoczony i zbity z tropu. Znał wuja na tyle dobrze, by przyznać mężczyźnie rację. Jako zdemaskowany szpieg, miałby życie krótkie i nieprzyjemne. 

– Wciąż mógłby pan udawać, że nic nie zaszło – stwierdził, bez przekonania. – Nic by to pana nie kosztowało, tak naprawdę, mógłby je pan sobie spokojnie dalej uprawiać, skoro przeżyły. 

Pan Pomidorski popatrzył na kutą bramę ogrodu i uśmiechnął się z pewną melancholią.

– Za bardzo lubię te działki – odparł – Nie spędziłem tu tyle czasu ile bym chciał, ale dawały mi spokój i ukojenie. I dały mi szansę na odnowienie kontaktu z Konstancją, to było miłe. Dużo dla niej znaczysz, chyba dla nich wszystkich. Nie chciałbym tego zniszczyć, i tak już było mi wstyd, gdy zorientowałem się, co właściwie muszę robić w zapłacie za moje pomidory. 

– Może chociaż wejdziemy z panem? 

– Nie, dzieci, nie trzeba. Ale dziękuję. Jesteście aż nazbyt mili – To powiedziawszy, zasalutował Mitrze i pozostałym. Utykając lekko i podpierając się na kuli, ruszył ku bramie Promyczka i zniknął za nią, by ostatecznie rozprawić się ze swoimi pomidorami. 

– Ja nie wiem, czy samo zostanie nawozem rzeczywiście rozwiąże sprawę – stwierdziła bez przekonania Michalina, gdy tak siedzieli w zapadającej ciemności, obserwując wejście do ogrodu, i zastanawiając się, skąd będą wiedzieć, czy jest już bezpiecznie. – Dlaczego on właściwie założył, że to działa? 

– Może ma kieszenie pełne zarodników różnych takich wrednych grzybów – odparł z rozmarzeniem Tężec. – Zaraza ziemniaczana, takie tam. Pomidory to na dłuższą metę łatwo dojechać grzybami, tylko to zajmuje czas. Wymyślilem to podlewanie w słońcu, bo to przynajmniej było szybkie, skąd miałem wiedzieć, że to je jeszcze bardziej rozwścieczy.

 – Nie twoja wina – zapewnił Mitra. – Próbowałeś. Nie sądzę, żeby nosił zarodniki w kieszeni i… Nie – Niespodziewanie poderwał się na równe nogi. – Tak nie będzie. Nie może być. Idę tam. 

– Mitra, robi się ciemno – przypomniała mu Misia. – Co z twoją magią? 

– Robi się ciemno tylko tutaj, na działkach będziemy mieć jeszcze trochę czasu – odparł, podwijając rękawy zrobionego przez ciocię Nelę zielonego swetra. – A właściciel jest na miejscu, właściwie możemy zrobić z tymi paskudami cokolwiek, nawet i sos na pizzę – uśmiechnął się znacząco do Magmy. – Po to jesteśmy działkowymi magami, żeby nie stać z boku i patrzeć, jak ktoś się daje przerobić na nawóz. Poza tym pomyślcie, to pomidory, które pomógł wskrzesić mój wuj, nawet jeśli rzeczywiście powiedział, że zostanie nawozem rozwiąże problem, to kłamał. Przecież tak na zdrowy rozsądek to się nie klei, te pomidory nam wszystkim musiały paść na mózg. 

– Nic dziwnego – westchnęła Magma. – Nikt normalnie nie śpi od dwóch nocy, ganiamy się po działkach i staramy się nie śpiewać, nic tylko pomidory i pomidory. Oszaleć można. 

Tężec pokiwał głową, i również się podniósł, gotów na kolejną tego dnia porcję prac ogrodniczych. 

– A co, jak on nie chce być uratowany? – zaniepokoiła się Misia. – Nie brzmiał, jakby chciał być. Chyba za bardzo boi się twojego wuja. 

– Możliwe, że mam pomysł, jak to załatwić – młody mag posłał jej wyzywający uśmiech. – Może i jest szpiegiem, ale nie jestem moim wujem, żeby go za to karać i żeby stać tu i spokojnie patrzeć. Chodźcie, trzeba uratować człowieka przed pomidorami. 

Zdążyli w ostatniej chwili. 

Pan Pomidorski stał pośrodku szklarni, z koszem w rękach. Zrywał do niego niektóre, co piękniejsze bawole serca, starając się nie zwracać uwagi na to, że jego kontuzjowana noga jest powoli, ale konsekwentnie oplatana zielonymi łodygami i siłą wciskana w ziemię. Twarz miał bladą i napiętą, pracował jednak w skupieniu, zdeterminowany, by ocalić to, co najpiękniejsze. Mitra pochwycił promień odbijającego się od ścian szklarni blednącego już światła i uformowanym z niego biczem uderzył w unieruchamiające nogę ogrodnika pędy. 

– Czy teraz pozwoli pan sobie pomóc? – spytał, spoglądając mu w oczy. Pan Pomidorski przez chwilę chyba rozważał nawet, by zapewnić, że nadal nie potrzebuje pomocy, ale ostatecznie jednak przełknął dumę i skinął głową. 

– Przegadaliśmy to jeszcze jako krąg – powiedziała łagodnie Misia. – I doszliśmy do wniosku, że to absolutnie nic nie da, jak pan da się przerobić na nawóz. Ja tam osobiście podejrzewam, że jak dostaną czego chcą, to będzie tylko gorzej i nie pozostanie nikt, kto ma nad nimi jakąkolwiek kontrolę. 

Mitra ponuro pokiwał głową. 

– Biorąc pod uwagę kto za tym wszystkim stoi, to mogło być bardzo starannie zaplanowane działanie – stwierdził, i to chyba Pomidorskiego przekonało, bo popatrzył na ubrudzoną ziemią nogawkę z odcieniem grozy i jęknął cicho, osuwając się na ziemię. 

– Ostrożnie! – poradził Tężec, podbiegając, by go podnieść i odeskortować poza zasięg zielonych łodyg. – Nie po to pana kolega uwalniał, żeby teraz się pan kładł i dawał im zjeść. Tak zupełnie realistycznie, najlepiej byłoby je wyrwać i spalić za szklarnią – tłumaczył.. – Przetworów to bym za bardzo nie polecał, na dłuższą metę, chociaż ja tam bym sobie kilka pomidorów przerobił na przecier, tak z ciekawości. 

– A co będzie ze mną? – wyjąkał pan Pomidorski, spoglądając z przerażeniem na Mitrę. – Chcesz, żeby się wszystkiego dowiedział? Wyciągnie to ze mnie bez problemu. 

– Nie, jeśli będzie przekonany, że pan nie żyje. Są ludzie, którzy żyją, mimo że uważa ich za zmarłych. I co więcej, mogę się z nimi skontaktować. Co by pan powiedział na miłą emeryturę w okolicach Ojcowa?

Mężczyzna powoli podniósł się na nogi, wciąż opierając się lekko o Tężca i pokiwał głową. 

– W takim razie jak pan powiedział – zwrócił się do ogrodnika. – Wyrywamy i palimy.

Wyrywali więc. Nie było to łatwe, bo krzaków pomidorów było dużo i zdecydowanie nie chciały być wyrywane, chciały być nawożone, teraz i zaraz. Tężec mówił do nich w tym obcym, roślinnym języku pełnym szelestów i skrzypnięć, Mitra i Misia za pomocą słońca i cienia trzymali wyciągające się gałązki i młode pędy z dala od dłoni, nóg i innych części ciała ogrodników, przy czym Misia musiała chronić głównie siebie. Magma recytowała z pamięci przyczyny upadku Bizancjum,i zaciekle szarpała się z krzakami pomidorów, trochę świadoma, że walczy o życie. Nie minęło pół godziny a wszyscy spływali potem, ledwie dyszeli w dusznej szklarni, ręce i przedramiona mieli pełne śladów po walce z wściekłymi, drapieżnymi łodygami. Misia miała cięcia nawet na policzkach, Tężec prawie ochrypł, do wyrwania zostało im jeszcze pół szklarni, a nadomiar złego działkowe słońce zaczynało stopniowo blednąć, dając coraz mniej światła. Mitra rozejrzał się z przerażeniem.

I wtedy usłyszeli, jak ktoś gra na gitarze. Misia nasłuchiwała, myślami przy zupełnie innym sierpniowym wieczorze, odległym w czasie choć równie dusznym i dziwnym. 

– Nie teraz – syknęła jej do ucha ta druga Misia, ta czająca się w zakamarkach jej świadomości, silna i zdecydowana. – Rwij te pomidory, jakby jutra miało nie być, nie daj dziadowi wygrać. 

Misia rozejrzała się, zaskoczona, szukając tej drugiej wzrokiem, ale jak zwykle nic nie znalazła. Popatrzyła po twarzach przyjaciół. Magma również słuchała, próbując rozpoznać melodię, Mitra nerwowo oglądał się na słońce, Tężec zaś miał wzrok zwierzątka złapanego w światła reflektorów i wyglądał dokładnie tak, jak Michalina czuła się jeszcze chwilę temu.

One more cup of coffee – zorientowała się Magma. 

– Może być – wydyszał Tężec. – Mnie pasuje. 

– Im też – spostrzegła dziewczyna. – Bardziej niż kabarety. Tyle zachodu, a wystarczyło zmienić repertuar – mruknęła, z pewnym rozbawieniem. 

Misia wyszła ze szklarni, otarła spocone czoło. Sięgnęła po spowijającą trawnik plamę cienia i zrolowała ją, jak dywan. Wróciwszy do środka, rozwinęła płachtę i okryła nią pozostałe piętnaście najbardziej upartych krzaków. Muzyka nadal grała. Zrobiło się spokojniej, mniej duszno, łatwiej było zaczerpnąć tchu, wrażenie uporczywej, wściekłej obecności powoli słabło, aż pomidory wreszcie usnęły. 

– Wreszcie – mruknął Tężec, przysiadając na jednej ze skrzynek. – Dobra, proszę państwa, ostatnia prosta – zapowiedział. – Można już powoli zacząć wynosić je na zewnątrz, zaraz wszystko ładnie spalimy i będzie spokój. 

Wróżka Łuna jakby nigdy nic wyszła z czerwonego, ceglanego domku, kiedy pomidorowy stos płonął już w najlepsze, rozświetlając sąsiednie altanki. Zatrzymała się przed altanką pana Pomidorskiego, jak zwykle w przepastnym, wielobarwnym płaszczu i jeszcze bardziej kolorowym turbanie.

– Co tu robisz? – spytał Mitra, podnosząc się powoli na nogi, czujny i spięty. – Mówiłem, żeby nikt dzisiaj nie przychodził do Promyczka, że tam jest niebezpiecznie. Chodziłem po altankach i wypraszałem wszystkich. 

– Och, najwyraźniej nie szukałeś zbyt dokładnie – odparła z pewnym znudzeniem. – Nie przejmuj się, zwariowany dzień. Wygląda na to, że problem rozwiązany, pomidory nikomu już nie zaszkodzą, aczkolwiek tę szklarnię to bym radziła zburzyć i zasypać solą. Śpią sobie małe, krwiożercze maleństwa – zanuciła, nawet z pewną czułością – Skończyły się już ich błazeństwa, wszelkie podłości i okrucieństwa, płoną na stosie swego bezeceństwa – zachichotała. Pomachała im i pewnym krokiem ruszyła w stronę bramy, odprowadzana wzrokiem oszołomionych magów. 

– Hej – Obróciła się jeszcze na pięcie i obejrzała się na Mitrę. – Przypomniało mi się, co miałam ci powiedzieć. Kilka razy słyszałam jak mój sąsiad z naprzeciwka rozmawia z kimś o tobie przez telefon.

Coś w jej głosie sprawiło, że przez dłuższą chwilę nikt się nie ruszał. Po prostu trwali wbici w ziemię, niezdolni do najmniejszego ruchu, dopóki nie skręciła w boczną uliczkę i nie zniknęła im z oczu.

Kurz po bitwie opadł dopiero następnego ranka, kiedy działkowcy zaczęli wracać do Promyczka, by podlać to, co wcześniej nie zostało podlane, nazrywać owoców czy wypielić grządki. Bardzo dobrze, uznał Mitra, przechadzając się w sobotni ranek żwirowymi alejkami. Promyczkowi nie było do twarzy z ciszą i pustką, o wiele bardziej pasował do ogrodu ten ruch, pełna skupienia, milcząca praca. Milcząca, bo jednak nie dało się raz po raz nie zerkać na tę jedną, opustoszałą altankę pana Pomidorskiego, nie sposób było nie myśleć o poprzednim wieczorze i o tej plotce, że pan Cezary poświęcił się dla dobra całej działkowej społeczności. Pozwolili tej plotce krążyć w najlepsze. Przemilczeli to, że późnym, kwietniowym wieczorem, gdy tylko ognisko już się dopaliło, pan Pomidorski opuścił swoją altankę i wsiadł w pociąg jadący na południe, nie żegnając się z nikim i nikogo nie zawiadamiając.

– Nikt go nie zmuszał, żeby tam trzymać dwadzieścia gatunków pomidorów – burczała pod nosem Krystyna Malinowska, niezbyt przejęta domniemaną tragedią. – Każdy wie, że pomidory to dranie bez duszy. Naprawił co sam zepsuł, nie ma nad czym się rozczulać. 

Jadziunia potakiwała energicznie i dodawała coś o tym, że Zarzewie nie byłoby Zarzewiem, gdyby nie było kilku zaginięć i niewyjaśnionych śmierci na rok, zaś ciocia Nela i ciocia Dzidka uciszały je syknięciami i spoglądały znacząco na pogrążoną w zadumie ciocię Kosię. Ciocia Kosia zaś, co zrozumiałe, chodziła smutna i melancholijna, dopóki Mitra nie oświadczył jej z promiennym uśmiechem, że powinna wypatrywać listu z Ojcowa i być otwarta na opcję dłuższego urlopu.

Przez całe to zamieszanie minęło dopiero kilka dni, nim zauważono nieobecność wróżki Łuny. Przestała pojawiać się na działkach, domek z czerwonej cegły stał ciemny i cichy, prowadząca do niego ścieżka stopniowo ginęła w gąszczu chwastów. Zniknęła tabliczka reklamująca salon wróżb, sam lokal zaś okazał się kompletnie opuszczony, ktoś nawet zerwał tapetę do gołej ściany. 

Wróżka Łuna zniknęła z Zarzewia równie niepostrzeżenie, jak się w nim pojawiła. 

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Content is protected !!
Przewijanie do góry