Nagrany na kasecie męski głos był cichy i ciepły, stworzony do opowiadania bajek.
— Myślałem o tym. Podróżowałem, zbierałem informacje i teraz już chyba wiem, co zgubiłaś wśród wzgórz.
Reflektory ciężarówki oświetlały podwójną, ciągłą linię wymalowaną na asfalcie oraz porośnięte drzewami pobocza. Suche liście wirowały na wietrze, tuż przed maską. Wieża miała wrażenie, że czarna wstęga drogi już dawno wyrwała się spod kół, wlała się do szoferki i teraz z każdym kolejnym nagranym na kasecie magnetofonowej słowem coraz ciaśniej oplata i otula, wślizgując się pod skórę. Płynie w żyłach zamiast krwi, dudni w skroniach. Zakrada się do każdego oddechu, napędza mięśnie, przenika dreszczem i ściska gardło.
Wsłuchiwała się w głos na kasecie.
— Magia wślizgnęła się do życia mieszkańców miasta i zniszczyła wszystko — Te słowa coś jej przypominały, coś ze świata sprzed ciężarówki. — Nikt jej nie chciał, nikt jej nie potrzebował, a mimo to przyszła i trzeba było coś z nią zrobić. Przyjęto ją z ufnością, z otwartymi ramionami, tak jak wszystko co ze sobą przyniosła. Wszystkie cuda i dziwy, wszystkich dziwnych przybyszów z miejsc, które magia zniszczyła już wcześniej. Całą śmierć i pokrywającą wszystko cienką warstwę rosy. Pod koniec przynajmniej część mieszkańców wiedziała, do czego to wszystko zmierza. Miasto miało już za sobą bardzo dobre czasy i bardzo złe czasy. Czasy ognisk i bajek. Rysy w rzeczywistości przypominające pajęczynę pęknięć na szybie, na sekundy przed tym, jak szkło rozpryskuje się w drobny mak. Niektórzy mieszkańcy miasta wciąż rozmawiają o tym przy ogniskach. Wspominają. Zastanawiają się, co by się działo, gdyby magia nie znalazła szczeliny, drogi do ich potrzeb i pragnień, tylko po to, by wyciągnąć złudnie pomocną dłoń. Gdyby nie wyciągnęła tej dłoni do ciebie, pewnie nie jechałabyś teraz ciężarówką przez ciemną noc, zastanawiając się, kim jesteś, gdzie są wzgórza i co tam zgubiłaś. Nie zastanawiałabyś się, czy chcesz to odnaleźć i czy masz na to dość siły i odwagi.
Głos umilkł, zaczęła grać muzyka — żadnych słów, po prostu dźwięki gitary.
Wieża sięgnęła do schowka w desce rozdzielczej, nie znalazła jednak więcej kaset. Na opakowaniu tej jednej, tkwiącej w odtwarzaczu ktoś napisał niezmywalnym markerem “Dla Wieży — Dzierzba”. Droga rozpościerała się przed nią, wciąż tak samo pusta i ciemna. Już od bardzo dawno nie nadjeżdżało nic z naprzeciwka.
— Kim ty jesteś, Dzierzba? — mruknęła Wieża, odkładając opakowanie po kasecie z powrotem do schowka. — I czego ode mnie chcesz?
***
Za zakurzonymi oknami stacji słońce przeświecało między pniami rosnących przy parkingu sosen.
— Podać coś? — zaryzykował sprzedawca po przeciągającej się chwili milczenia. Z trudem panował nad nieco zbyt wysokim, załamującym się głosem. Dzieciak, stwierdziła Wieża, podnosząc na niego wzrok. W błękitnych oczach czaiło się coś bardzo znajomego. Chociaż może to była kwestia uśmiechu. Usmiechał się do niej, jakby spotkał przyjaciela z dawnych lat przyjaciela, tylko nie do końca był pewien, czego się po nim spodziewać.
— Paliwo, dystrybutor czwarty.
— Coś jeszcze?
— Nie, raczej nie.
Chłopak przyjął od Wieży jeden pognieciony banknot. Nie była pewna, jaki to nominał, ani jaką naprawdę ma wartość, znalazła go w tylnej kieszeni spranych jeansów i nie była pewna, co z nim zrobić. Otworzył kasę, by wydać resztę. Poza kilkoma drobnymi monetami o równie nieznanym i nieistotnym nominale na ladzie znalazła się jednak również kaseta magnetofonowa w plastikowym opakowaniu.
— To dla ciebie — wyjaśnił chłopak, widząc zdumienie w oczach Wieży.
Zmarszczyła brwi.
— Od kogo?
Chłopak roześmiał się, całą swoją postawą mówiąc “no nie wygłupiaj się, przecież się znamy”. Wieża pochwyciła opakowanie i przyjrzała mu się dokładnie, w poszukiwaniu jakiekolwiek informacji, jakiegokolwiek kontekstu. “Dla Wieży — Dzierzba”, głosił nabazgrany markerem napis. Po raz drugi.
— Znasz go? — spytała, spoglądając na sprzedawcę ponad ladą. — Tego całego Dzierzbę?
Odpowiedziało jej pełne niedowierzania spojrzenie. Chłopak otwierał już usta, żeby coś powiedzieć, kiedy dzwonek przy drzwiach zadźwięczał cichutko i na stację wszedł kolejny klient. Mężczyzna był wysoki i smukły. Siwiejące włosy zaczesał na bok, odsłaniając szczupłą twarz z blizną idącą przez całą szczękę. Oczy miały barwę zimowego nieba. Sprzedawca stężał, całkowicie skoncentrowany na obserwowaniu nieznajomego.
— Kim on jest? — powtórzyła Wieża.— Typ od kasety?
Niebieskie oczy sprzedawcy wydawały się większe i jakby ciemniejsze. Pokręcił szybko głową i przyłożył palec do ust, nakazując milczenie.
Przez chwilę przyglądała mu się z namysłem. Drugi klient ustawił się za nią w kolejce do kasy, również nasłuchiwał.
— Jaki jest magik, jeśli straci magię? — spytała ostatecznie. — Rozczarowany — zakomunikowała, nie doczekawszy się odpowiedzi.
***
Mężczyzna o zimowych oczach dogonił ją, zanim zdążyła odpalić ciężarówkę i spytał, czy mogłaby go podwieźć.
— Wiesz, kim jest Dzierzba? — spytała.
Pokręcił przecząco głową.
— Wiesz, jak dojechać na wzgórza?
Tym razem potwierdził.
— Świetnie, wsiadaj.
Autostopowicz wspiął się więc do kabiny i rozsiadł się na miejscu pasażera. Przedstawił się jako Szkło, Wieża przedstawiła się, jako Wieża. Zastanawiała się, czy gdzieś się już nie spotkali. Wydawał się znajomy, chociaż w zupełnie inny sposób niż chłopak ze stacji paliw. Ta znajomość przenikała dreszczem.
— Co to jest: duże, niebieskie i je gwoździe? — spytała, by nieco rozluźnić atmosferę. Szkło popatrzył na nią, wyraźnie zaskoczony.
— Szczerze mówiąc nie mam pojęcia.
— Duży niebieski gwoździojad.
Mężczyzna zaśmiał się, krótko, acz z pewnym uznaniem.
— Muszę zapamiętać.
Ledwie wyjechali z parkingu, zaczęło padać. Ciężkie krople deszczu rozmywały się na szybie. Wycieraczki pracowały jak oszalałe, ale ledwie mogły nadążyć. Z tego, co mówił Szkło, musieli jechać tą samą trasą przez następne dwa dni. W żadnym momencie nie spytał które wzgórza, nie ciekawiło go, czy chodzi o jakieś konkretne pasmo. Może w tym dziwnym miejscu, pełnym niekończących się dróg i materializujących się cudownie kaset magnetofonowych istniały tylko jedne wzgórza i każda napotkana osoba umiała je wskazać. Może tak naprawdę prowadziły tam wszystkie drogi i nie dało się dojechać nigdzie indziej.
Zapadał zmierzch, w kabinie również zrobiło się ciemno, Wieża zapaliła więc światło nad siedzeniem kierowcy.
Mężczyzna uśmiechnął się do siebie, zapatrzony w rozmyty, senny krajobraz za szybą.
— Wiesz, jak przepłynąć ocean gwiazd? — spytał znienacka, po dłuższej chwili milczenia.
Wieża pokręciła głową, wpatrzona w oświetlone reflektorami samochodu pasy na jezdni.
— Powinnam?
— Zazwyczaj się tego nie pamięta. Mózg to blokuje, bo tak jest łatwiej. Chyba, że z jakiegoś powodu próbujesz wrócić. O tak, wtedy pamięta się wszystko, każdy szczegół.
— Opowiesz?
— Wsiadasz w czółno — Mężczyzna zapatrzył się w swoje pokryte bliznami dłonie — i machasz wiosłami tak długo, aż czujesz, że ręce zaraz ci odpadną, a pęcherze na dłoniach popękają. Wtedy wiesz, że jesteś na początku drogi. Na tyle blisko, by czuć przerażenie, i na tyle daleko od brzegu, żeby wiedzieć, że nic cię nie uratuje.
— Udało ci się?
— Byłbym tutaj, gdyby mi się udało? — odpowiedział pytaniem.
Wieża nie do końca wiedziała, co o tym wszystkim myśleć, a droga ciągnęła się dalej, w przód i w przód, poprzez deszcz i coraz gęstszą ciemność. Sięgnęła wolną dłonią do kieszeni bluzy. Wyciągnęła kasetę, odpakowała i wsunęła ją do odtwarzacza. Już po chwili kabinę ciężarówki wypełnił znajomy już, spokojny głos Dzierzby.
— Myślałem o tym i podróżowałem i zbierałem informacje i teraz już chyba wiem, Wiem, co zgubiłaś wśród wzgórz, tym razem już naprawdę.
— No, dajesz — mruknęła Wieża, wpatrując się z determinacją w drogę i zupełnie ignorując siedzącego obok pasażera. — Dajesz, typie.
— Dawno temu, kiedy magia wślizgnęła się do naszego świata, było sobie rodzeństwo: brat i siostra. Oboje powiedzieli dzień dobry magii i oboje uścisnęli sobie jej ręce, i przyjęli jak kogoś bliskiego. Po tym nie mogli już zostać w miejscu, z którego pochodzili, wyruszyli więc w długą podróż, żeby znaleźć miejsce gdzie oni i ich magia będą bezpieczni. Jeszcze zanim opuścili miasto i minęli rogatki, na swojej drodze napotkali pisklę. Pisklę było tak naprawdę niewiele mniejsze od nich, bo i oni byli mali i zagubieni. Popatrzyli pytająco na magię, która szła między nimi, trzymając ich za ręce, a magia tylko mrugnęła do nich i ze zrozumieniem pokiwała głową. Tak, było jej dość dla wszystkich, również dla małego, samotnego pisklaka. Tak, kiedy magia się nim zajmie, ani on nie będzie sam, ani rodzeństwo nie będzie samotne i razem będą mogli szukać dla siebie miejsca na świecie. Dzieci podeszły więc do pisklaka, opowiadały mu o magii, a pisklę słuchało, z fascynacją w błękitnych oczach. Chcę iść z wami, powiedziało, wzięli je więc za ręce i przedstawili magii. I tak ruszyli w świat — brat i siostra trzymający magię za ręce i pisklak, siedzący magii na ramionach. Szli ku wzgórzom.
— Więc wychodzi na to, że jedziesz na wzgórza znaleźć rodzinę? — zainteresował się Szkło.
Wieża wzruszyła ramionami.
— To tylko bajka — uśmiechnęła się. — Tak, jak na tej poprzedniej kasecie. Typ musi wyjątkowo lubić bajki.
— Myślisz, że to twój przyjaciel? — spytał Szkło, wpatrując się z uwagą w samochodowy odtwarzacz.— Czy wróg?
Wieża zastanawiała się nad tym przez chwilę, ale nie potrafiła znaleźć dobrej odpowiedzi. Nie miała nawet pewności, czy taka odpowiedź w ogóle istnieje.
***
Jechali naprawdę długo, przez deszcz i przez ciemność, słuchając nagranej na kasecie muzyki. Wieża uświadomiła sobie, że jest zmęczona, kiedy pasażer lekko szturchnął ją w bok łokciem.
— Myślę, że nie powinnaś zamykać oczu, kiedy kierujesz — podpowiedział jej.
— Myślę, że masz rację — zgodziła się Wieża. — Zabiłabym za kawę — przyznała. Potrząsnęła głową, przetarła twarz dłońmi. — Gdzie są te wszystkie stacje benzynowe, kiedy człowiek ich szuka.
— Cóż, nie tutaj — stwierdził z pewną melancholią mężczyzna. — Ale myślę, że dobrze byłoby poszukać noclegu. Jeśli nadal chcesz dotrzeć na wzgórza, czeka cię daleka droga. Powinnaś wypocząć.
— Dlaczego miałabym nie chcieć? — zdziwiła się Wieża. — Wszystko wskazuje na to, że powinnam tam pojechać.
— Skąd wiesz, że to nie pułapka?
Kobieta wzruszyła ramionami.
— Nie wiem. Nie mogę wiedzieć.
— I mimo to, jesteś skłonna jechać gdzieś, tylko dlatego, że zasugerował ci to głos jakiegoś szaleńca nagrany na kasecie?
Wieża rozejrzała się po kabinie.
— Nie mam dosłownie nic innego do roboty.
— Masz ciężarówkę.
— Z tego co się zorientowałam, nawet nie jest załadowana. Nie mam żadnego transportu do dostarczenia ani żadnej informacji o tym, że miałabym gdzieś coś odebrać. Może po prostu ktoś w bardzo efekciarski sposób chce mi przekazać, że potrzebuje zabrać stamtąd fortepian — zasugerowała, może nieco rozbawiona swoim pomysłem.
W jasnych oczach towarzysza błysnęła troska.
— Myślę, że przede wszystkim powinnaś odpocząć — spostrzegł. — Zanim podejmiesz jakąkolwiek decyzję. Zmęczenie jest złym doradcą. Gorszym są tylko głosy nagrane na przypadkowych kasetach.
— Hej, a wiesz, jak się nazywa narzędzie do usuwania twarzy?
Szkło przez chwilę przyglądał jej się z wahaniem, ostatecznie jednak po prostu pokręcił głową.
— Odtwarzacz.
***
Deszcz zelżał nieco. Za oknami samochodu migało coraz więcej rozświetlonych kwadracików okien, patrzących na nich zachęcająco poprzez ciemność. Ogromna, ozdobiona światełkami ciężarówka zwracała uwagę mijanych kierowców. Jakiś spóźniony rowerzysta zatrzymał się na przejściu i po prostu patrzył. Bliżej centrum budynki były wysokie i wąskie, co jakiś czas za szybą przemykały ciemne plamy parkowych drzew, a większość trasy prowadziła nad kanałem.
— Zatrzymaj się tutaj — poprosił Szkło, kiedy przejeżdżali obok podłużnego, piętrowego budynku opisanego jako hotel. — Znam to miejsce. Załatwię nam nocleg.
Wieża posłusznie zjechała na parking, chociaż droga nad kanałem przyzywała. Niosący się od rzeki zapach wilgotnej ziemi, kwiatów jabłoni i wiatru budził tęsknotę, którą ciężko było opanować. Nie wiadomo skąd pojawiły się myśli o siedzeniu na dachu budynku i obserwowaniu gwiazd. To kusiło o wiele bardziej niż najwygodniejszy hotelowy pokój z hotelowym łóżkiem.
— Myślę, że jednak sobie poradzę — powiedziała, kiedy Szkło zeskoczył już z kabiny na parking i teraz patrzył na nią wyczekująco z dołu. — Z noclegiem.
— Tak? — zdziwił się. — Naprawdę wyglądasz na zmęczoną. Nie powinnaś już dzisiaj wsiadać za kółko.
— Nie zamierzam — zapewniła. — Wydaje mi się, że poznaję to miejsce. Mam tu znajomą — To ostatnie stwierdzenie zaskoczyło również ją. Nie miała pewności, skąd się wzięło, ale uświadomiła sobie, że to prawda. Rzeka i obserwowanie gwiazd wiązało się nierozerwalnie z długimi rozmowami, z radosnym, śpiewnym głosem i miłym uśmiechem.
— Nie wspominałaś.
— Jak sam zauważyłeś — ziewnęła. — Jestem dość zmęczona. Ale skoro już tu jestem, chętnie skorzystam z okazji i ją odwiedzę. Jak chcesz możesz zresztą jechać ze mną — zaproponowała. — Może być milej niż w bezdusznym, przydrożnym hotelu.
— Zostanę przy hotelu — odparł Szkło. Nie zmartwiło jej to, chociaż nie miała pewności czemu. Może przez te oczy. Może przez trudne pytania.
— Jak uważasz.
— W takim razie tutaj nasze drogi się rozchodzą. — Mężczyzna skinął jej dłonią. — Dziękuję za podwózkę. To była bardzo pouczająca podróż. Poznałem wiele dobrych żartów.
— Do zobaczenia — odparła Wieża, zamykając drzwi po stronie pasażera. Zdziwiło ją, jak dużą ulgę czuła odjeżdżając z parkingu i obserwując w lusterku stojącą przy bramie postać. Robiła się coraz mniejsza, aż w końcu przypominała jedynie kropkę.
Jechała jeszcze przez jakiś czas jasną, oświetloną latarniami drogą nad kanałem, po czym skręciła w zaułek tak wąski, że ciężarówka zajmowała całą jezdnię. Zatrzymała się na żwirowym parkingu nad rzeką. Kawałek dalej znajdował się pomost, a obok niego piętrowy, ceglany budynek, przypominający hangar do przechowywania łodzi. Okna na parterze zabito deskami. Te na piętrze wydawały się ciemne i puste. Po niebie wciąż płynęły ciężkie chmury i nie zanosiło się na to, że rozwieją się jakoś szybko.
Pchnęła podwójne drzwi hangaru. Rzeczywiście stały w nim dwie zardzewiałe łodzie. Po chwiejącej się metalowej drabince weszła na piętro. Wymacała na półce zapałki i zapaliła stojącą obok lampę naftową. Uniosła ją nad głowę, rzucając krąg światła na ściany pokryte łuszczącą się, kwiecistą tapetą. Drewnianą podłogę pod jej nogami pokrywał utkany ze szmatek dywanik. Oświetlając sobie drogę, ruszyła w głąb korytarza.
Wciąż nie opuszczało jej wrażenie, że wszystko tu jest znajome. Problem był w tym, że nie potrafiła sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek tu była, czy po prostu odtwarza sobie w głowie coś, co kiedyś jej opowiadano.
— Dobrze, że już jesteś. — dobiegł ją głos z głębi mieszkania. — Właśnie wstawiłam wodę na herbatę i kończę przygotowywać śniadanie.
Zatrzymała się w drzwiach kuchni i przez chwilę po prostu przyglądała się krzątającej się po pomieszczeniu dziewczynie. Gospodyni odgarnęła opadające na twarz ciemne loki i uśmiechnęła się tak, jakby widok Wieży był najmilszy na świecie. Wieża odwzajemniła uśmiech, nieco onieśmielona i speszona tym, że mimo największych chęci nie potrafi przyporządkować twarzy do imienia.
— Śniadanie — powtórzyła, znacząco spoglądając przez okno na spowijającą wszystko ciemność. Pod wieczór znad rzeki podnosiła się mgła, otulając świat miękką, srebrzystą watą.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
— Śniadanie jest wtedy, kiedy się obudzisz — odparła, takim tonem, jakby tłumaczyła coś dziecku po raz kolejny. — Pierwszy posiłek dnia i tak dalej. A jeśli tak wypadnie, że dzień zaczyna się późnym wieczorem, to wtedy mamy późne śniadanie. Zrobiłam konfiturę z mirabelek, powinna się nadać do naleśników. I nastawiłam kawiarkę. Dodałam trochę kardamonu, więc kawa będzie taka, jaką lubisz. Wiesz, kawa a’la Jaskółka. Tak jak kiedyś, na wzgórzach.
— Jesteś najlepsza — odparła Wieża, siadając przy stole. A więc Jaskółka, pomyślała z pewną ulgą, że nie musi się już nad tym zastanawiać i sytuacja ma potencjał być nieco mniej niezręczną. Jaskółka ze wzgórz. Pasowało, i zaskoczyło ją to, jak bardzo. Na stole przed nią wylądował talerz ze stertą naleśników. Jaskółka postawiła obok słoik z miodem i miseczkę z konfiturą.
— W spiżarce mam też nalewkę z porzeczek — powiedziała. — Myślę, że możemy się napić, tak pod spotkanie. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że wreszcie udało ci się mnie odwiedzić. Myślałam, że nigdy nie dotrzesz.
Wieża pokiwała głową, między jednym kęsem a drugim. Trochę spodziewała się, że gdy dotknie jedzenia, okaże się zrobione z plastiku, albo będzie miało posmak kurzu i piasku, jak to czasem bywało w jej snach Wyczuwała jednak każdą nutę smakową, wszystkie niuanse. Słodycz miodu, drożdżowy posmak ciasta, cierpkość mirabelek.
Jaskółka zakręciła się po kuchni i po chwili wróciła z pękatą butelką i dwoma kieliszkami ze rżniętego kryształu. Napełniła je ciemnoczerwonym trunkiem, gęstym i aromatycznym.
— Dziękuję — mruknęła Wieża. — Szkło nie wie, co traci — mruknęła.
Jaskółka zmarszczyła brwi.
— Szkło? — upewniła się.
— Autostopowicz. Dosiadł się do mnie na stacji benzynowej. Pokazał mi drogę na wzgórza.
Kieliszek wyślizgnął się z dłoni Jaskółki i upadł na drewnianą podłogę, roztrzaskując się na kawałki. Obie zanurkowały pod stół w tym samym momencie.
— Przepraszam — mruknęła Jaskółka, próbując pozbierać większe okruchy kieliszka. Pisnęła, kiedy ostra krawędź przecięła skórę i odruchowo przysunęła palec do ust. — Wystraszyłaś mnie.
— Wzmianką o Szkle? — upewniła się Wieża. — Wiesz, kto to jest?
Jaskółka popatrzyła na nią z lękiem, ostatecznie pokręciła jednak głową. Burza loków zafalowała, dziewczyna wróciła do sprzątania z podłogi, unikając wzroku Wieży.
— Wiesz, prawda? — nalegała Wieża.
— Co o nim myślisz? — odpowiedziała pytaniem Jaskółka. — Zamierzasz z nim dalej podróżować? Aż na wzgórza?
Wieża zastanawiała się nad tym przez chwilę. Podniosła się i zajęła miejsce za stołem. Jaskółka skończyła sprzątać i usiadła naprzeciwko.
— Wydawał się sympatyczny — powiedziała Wieża. — Ale poczułam ulgę, gdy straciłam go z oczu. Więc… chyba nie. Nie sądzę.
Dziewczyna odetchnęła, nagle widocznie mniej spięta. Nalała nalewki do pustego już kubka po herbacie, najwyraźniej nie chcąc ryzykować stłuczenia kolejnego kieliszka.
— Znasz go — podjęła Wieża. — Znasz i jego, i Dzierzbę. A skoro tak, to ja też powinnam ich znać, prawda?
Jaskółka z ociąganiem, ale jednak pokiwała głową. Z jakiegoś powodu nie była już wystraszona i spięta, tylko trochę smutna.
— Nie pamiętam żadnego z nich — przyznała Wieża. — I nie pamiętam ani ciebie, ani dzieciaka ze stacji, chociaż wszyscy chyba znacie mnie bardzo dobrze. Jedyne co wiem, to że jechałam ciężarówką i słuchałam kasety, na której Dzierzba opowiadał mi o magii. Nie mam pojęcia, co działo się wcześniej i nie wiem, jak niby miałabym się dowiedzieć. Na tych całych wzgórzach, prawda? Powinnam jechać na wzgórza?
— Przede wszystkim powinnaś odpocząć. — Dłoń Jaskółki sięgnęła przez stół i musnęła jej policzek.
Wieża przymknęła oczy, pozwalając, żeby drobna, pokaleczona dłoń gospodyni przebiegała przez jej włosy. W jakiś sposób było to przyjemne. Potrzebne. Brakujące, chociaż, podobnie jak z jedzeniem, nie zdawała sobie sprawy z tego jak bardzo, dopóki tego nie poczuła.
— Byłyśmy blisko? — spytała sennie. — No wiesz, wcześniej?
— Mieszkałyśmy razem w małej chatce na wzgórzach — odparła Jaskółka.— Byłyśmy szczęśliwe.
— A później…?
Dziewczyna przygryzła wargi. Pokręciła głową.
— Nie musimy ruszać tego od razu — powiedziała cicho, spuszczając głowę. — Możesz tutaj zostać, tak długo, jak będziesz potrzebowała. Jak długo obie będziemy potrzebować. Zostaniesz?
— Okay.
Jaskółka pociągnęła ją za rękę i poprowadziła z powrotem do sypialni, gdzieś po drodze ściągając bluzę Wieży i swój sweter. Wieża pozwoliła się prowadzić, i popchnąć na przypominającą gniazdo stertę kolorowej włóczki. Posłusznie ściągnęła koszulkę przez głowę. W milczeniu śledziła ruchy drobnych dłoni. Oddawała pieszczoty, zafascynowana sposobem, w jaki ciało układa się pod jej palcami. Wiedziała, że to coś wartego zapamiętania. Starała się więc pamiętać ciężar drobnych piersi w dłoni, wyczuwalne pod skórą żebra, wszystkie te łagodne kontury i krzywizny, stapiające się z miękkim półmrokiem sypialni. Niespiesznie, z pewnym roztargnieniem odwzajemniała pieszczoty, wciąż trochę senna i zmarznięta. Wciągała w nozdrza wpadające przez uchylone okno powietrze. Pachniało dymem, wilgotną ziemią, kwiatami jabłoni i morelami. Z każdym oddechem wspomnienie dotyku skóry i bliskości opuszczały ją, jak fale odpływu, pozostawiając ją samotną na brzegu. Wiatr wywiewał sypki piasek spomiędzy jej palców, aż nie zostało w nich zupełnie nic.
***
Naprawdę się starały. Próbowały dotrzymywać sobie towarzystwa i spędzać razem czas i nie rozmawiać o wzgórzach, ani o kasetach Dzierzby ani o mężczyźnie zwanym Szkłem. Kiedy tylko udawało im się znaleźć wspólny rytm, dało się wziąć swobodniejszy oddech, wspomnienie wzgórz wracało jak fala. Piasek przesypywał im się przez ręce, aż nie zostawało nic. Smutne i sfrustrowane zaczynały więc od początku. Coś prostszego, mówiły sobie. Nie musimy nic planować, nie musimy iść na spacer nad rzekę, możemy po prostu siedzieć na dachu hangaru i patrzeć na gwiazdy. Może to wystarczy, może nie potrzebujemy nic więcej, może to będzie dostatecznie dobre. Kiedy jednak Wieża po raz kolejny zaczęła na głos zastanawiać się, czy powinna jechać na wzgórza, Jaskółka wybuchnęła płaczem.
— Hej? — Wieża lekko dotknęła jej ramienia. — Przepraszam. Już nie będę.
Dziewczyna tylko pokręciła głową.
— Miał rację — wykrztusiła, przyciskając pięść do ust. — Cały czas miał rację. Nie słuchałam go, nie chciałam słuchać, ale miał rację.
— Kto?
— Dzierzba.
Wieża lekko objęła Jaskółkę ramieniem i przyciągnęła bliżej siebie.
— Więc rzeczywiście go znasz.
— Był u mnie — Jaskółka pociągnęła nosem. — Zostawił kasetę. Poprosił, żebym ci ją przekazała. Żebym dopilnowała, że jej wysłuchasz i później pojedziesz na wzgórza, że to ważne. Musisz wiedzieć, musisz pamiętać, co tam się stało. Musisz pamiętać o nas wszystkich, ale to przecież straszne. Tak straszne, że nie potrafię ci tego opowiedzieć, żadne z nas nie potrafi, nawet Dzierzba. Musisz tam pojechać i sama zobaczyć. Jeśli ty o nas zapomnisz, wszyscy inni też zapomną. — Umilkła na moment, ale tylko po to, by zaczerpnąć tchu. — Przecież mogłabyś wcale nie chcieć, sama powiedziałaś, że się boisz. Mogłabyś zostać tu ze mną. Mogłoby być miło.
Wieża lekko przeczesała dłonią jej gęste, ciemne loki.
— Próbowałyśmy — przypomniała jej. — Od kiedy przyjechałam.
— Przecież wiem! Widzę! Wiem, że to nie działa, i to on miał rację, a nie ja, ale musiałam spróbować! Ja się w tobie strasznie kochałam — wyznała. — Wtedy na wzgórzach. I nie chciałam, nie chcę cię znowu tracić.
Wieża wsparła skroń o jej skroń.
— Przecież zawsze mogę tu wrócić — spostrzegła.— Po tym, jak już dowiem się, co się stało na wzgórzach, przyjadę do ciebie. Zostanę. Będziemy tu razem mieszkać, bo już będę wiedziała, kim jestem i co nam się przydarzyło, i czego tak strasznie się boisz.
Jaskółka tylko pokręciła głową i rozpłakała się jeszcze bardziej. Przez dłuższy czas nie była w stanie nic powiedzieć, a gwiazdy na niebie blakły coraz bardziej.
— Nie przyjedziesz — wydusiła z siebie wreszcie, po namowach Wieży. — Właśnie o to chodzi, że jak się dowiesz, to ze mną nie zostaniesz. Właśnie o to chodzi, żebyś tu nie zostawała, tylko, żebyś wróciła, bo ludzie muszą wiedzieć i pamiętać. Ludzie muszą zapłacić, Dzierzba tak mówi. Do tej pory miał rację, więc teraz pewnie też ma.
Wieża lekko ucałowała ją w czubek głowy.
— Chciałabym z tobą zostać — zapewniła. — Bardzo. Brakowało mi ciebie, nawet kiedy nie wiedziałam, że jesteś. Ale chyba muszę jechać.
— Wiem.
Jaskółka otarła łzy. Wyciągnęła z kieszeni spódnicy kasetę w plastikowym opakowaniu i wcisnęła ją w dłonie Wieży.
— Jedź bezpiecznie — poprosiła.
Nie zeszła z dachu. Wieża musiała sama przejść przez mieszkanie nad hangarem, zebrać swoje rzeczy i zejść na dół po chwiejnej drabince. Kiedy wsiadała do auta, wciąż widziała na tle jaśniejącego nieba samotną postać.
***
Wysłuchała wiadomości od Dzierzby jeszcze zanim wyjechała z miasta. Było w niej coś takiego, że natychmiast przewinęła, żeby posłuchać po raz drugi. I jeszcze jeden. Nie mogła przestać. Kiedy wyjechała z miasta na otwartą drogę, nad polami wstawała już mgła, świat wciąż spowity był w zimne szarości przedświtu. Poboczem zaś wędrowała samotna postać w skórzanej kurtce. Wieża aż się wzdrygnęła. Pamiętała, co mówiła jej Jaskółka, a mimo to coś nakazało jej zatrzymać ciężarówkę kawałek dalej i pozwolić, by Szkło podszedł bliżej. Uprzejmość, wytłumaczyła sama sobie. Posłuszeństwo, zasugerował głos z tyłu jej głowy, który uparcie ignorowała. Zanim zdążyła rozstrzygnąć, czemu właściwie nacisnęła hamulec, mężczyzna zdołał już dotrzeć do ciężarówki. Stał teraz pod drzwiami od strony kierowcy na czarnej, pustej drodze i spoglądał w górę, na Wieżę.
— Nie sądziłem, że cię jeszcze kiedykolwiek spotkam — przyznał. — Myślałem, że zostaniesz w odwiedzinach nieco dłużej.
— Wyszło jak wyszło — uśmiechnęła się blado. — Też nie sądziłam, że cię tu spotkam.
Kącik jego ust drgnął nieznacznie. Oczy miały barwę śniegu o świcie.
— Przeznaczenie?
— Może. Podrzucić cię kawałek? — zaproponowała. — Skoro już oboje tu jesteśmy?
Mężczyzna uśmiechnął się z wdzięcznością.
— Wiesz, jak śmieje się las? — spytał, gdy zajął już miejsce pasażera.
— Wiem — odparła po prostu, bo rzeczywiście wiedziała. — Mech mech mech.
Pojechali więc razem.
Czerwień wschodzącego słońca przeciekała przez chmury. Krajobraz stawał się mniej monotonny. Droga wiła się teraz między wzniesieniami, gdzieniegdzie unosił się dym z kominów pojedynczych domostw. Wieża zerknęła na pasażera, i ostatecznie, po chwili wewnętrznej walki, jednak nacisnęła przycisk przewijania w magnetofonie. Uchyliła okno, pozwalając, by nieco rześkiego, zimowego powietrza wpadło do środka.
To jeszcze nie były wzgórza, z tego co wytłumaczył jej Szkło. Od wzgórz dzielił ich jeszcze jeden nocleg i przynajmniej dzień drogi, ale robiło się już zauważalnie chłodniej. Śnieg pokrywał pobocze niczym warstwa lukru, połyskująca różowo w świetle wstającego słońca. Kiedy szum przewijania kasety wreszcie ustał, po raz kolejny tej nocy wsłuchała się w dobrze jej znany głos.
— …Myślałaś może o tym, Wieża, że to, co naprawdę zgubiłaś wśród tych wzgórz, to było coś dobrego? — pytał Dzierzba.. — Że działo się tam coś dobrego, a ty nie mogłaś zrozumieć jak to możliwe i to właśnie przez to odeszłaś? Co, jeśli to, czego nie pamiętasz i czego ci teraz brakuje, to wspólne posiłki i muzyka ze starego gramofonu i kawa z kardamonem i śnieg za oknem otulający wszystko i ten moment, kiedy wszyscy są w pomieszczeniu śpiewają na jedną nutę, zupełnie niezależnie od siebie i mimo woli? Co, jeśli tam nie ma nic strasznego, po prostu poczucie, że gdzieś się pasuje i to jest najzupełniej w porządku?
Dzierzba umilkł i rozległy się pierwsze gitarowe riffy. Wieża mocniej nacisnęła pedał gazu.
— Byłem kiedyś w takim miejscu — powiedział cicho Szkło. — W chacie, w której był stary gramofon i wszyscy śpiewali na tę samą nutę. To wydawało się w miarę przyjemne.
— Więc czemu odszedłeś?
— Nie byłem tam mile widziany
— Przykro mi — Zabębniła palcami w kierownicę. — Pamiętałabym — stwierdziła. — Mogłam nie pamiętać, gdzie wcześniej jeździłam i z kim, ale raczej chyba nie da sprawić się, że człowiek zapomina, że gdzieś pasował. Prawda?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
— To zależy. Jak bardzo chce się pamiętać.
— Można nie chcieć?
Słońce stało już nieco wyżej, chmury przed nimi wciąż barwiły jednak świat na spokojny, senny odcień różu. Życie jeszcze się nie zaczęło, jeszcze nie trzeba było myśleć o dalszej drodze ani o wzgórzach.
— Można myśleć, że się nie chce — powiedział wreszcie Szkło, uśmiechając się smutno. — Albo, że się nie powinno chcieć. Że się nie zasługuje. Z różnych powodów.
Wieża zastanawiała się nad tym przez chwilę. Nad tym, czy ma odwagę zadać kolejne pytanie.
— Tak czy inaczej jadę tam, nie? — mruknęła. — Więc pewnie prędzej czy później się dowiem, co tam zostawiłam.
— Skoro twierdzisz – westchnął Szkło, wyglądając przez okno. — Możesz też nie. Możesz nie brać w tym udziału. Nie słuchać obcego głosu na kasecie. Możesz znaleźć sobie jakieś miłe miejsce, miłego człowieka, od czasu do czasu jeździć gdzieś ciężarówką.
— Próbowałam — odparła z pewną frustracją Wieża. — Ale to nie działa. Jestem tu i jadę dalej, bo nie działa.
— Bo może próbowałaś z niewłaściwą osobą — zasugerował Szkło. — Nie zbudujesz niczego z kimś, kto cię okłamuje i ukrywa przed tobą rzeczy. Ale to nie znaczy, że nie możesz poznać kogoś miłego. Kogoś, dla kogo twoja przeszłość nie ma znaczenia i kogo nie obchodzą nagrane na kasetach bajki. Z kim chciałabyś zostać.
— Że niby kogo masz na myśli, siebie?
Mężczyzna uśmiechnął się słabo.
— Kogoś miłego, powiedziałem. To, co próbuję ci przekazać, to że nie musisz starać się nadążyć za szaleńcami i nie musisz grać w ich grę. Możesz zagrać w swoją. Jesteś wolna. Tylko z jakiegoś powodu uparcie nie chcesz w to uwierzyć.
Wieża ziewnęła, częściowo tylko zasłaniając usta dłonią.
— Wiesz, czemu ściany nie toczą ze sobą wojen? — spytała.
Tak jak sądziła, na to Szkło nie miał dobrej odpowiedzi. Nie mógł przecież wiedzieć, że dzieje się tak, bo między nimi jest pokój.
***
Co jakiś czas zza pofałdowań terenu wyrastały pojedyncze, ceglane domki o spadzistych dachach. Zbocza pokrywały sady z pozbawionymi liści, powykręcanymi jabłoniami i czereśniami. Czasem, jadąc drogą mijali skupiska kamperów i przyczep campingowych, pola namiotowe albo osiedle niewielkich, niemal rozpadających się altanek z zapuszczonymi ogródkami. Wieża znów zaczęła odczuwać zmęczenie. Ciężarówka domagała się zatankowania.
Zjechali na niewielką stację paliw. Wydawała się stara i zaniedbana, w dziurach w betonie zbierała się brudna, pośniegowa woda, połyskując w bladym słońcu tęczą benzyny. Nie było żadnego sklepu ani okienka z kasą, natomiast za siatką i gąszczem krzaków dało się dostrzec piętrowy, ceglany budynek. Ktoś siedział przed domem, na drewnianych schodach ganku. Postać była drobna, na kolanach trzymała gitarę.
Wieża zatankowała do pełna, przeparkowała samochód, po czym pewnym krokiem ruszyła w stronę furtki. Szkło postępował krok w krok za nią. Zanosiło się na deszcz. Chmury rozmazywały się po niebie, ukryte za nimi słońce wydawało się po prostu bardzo jasnym krążkiem na niebie.
Gospodyni chyba nie zauważyła ich obecności. Nie przestawała grać, nawet nie podniosła na nich wzroku sponad gitary. Grała wciąż ten sam krótki pasaż, te same kilka nut, z każdym kolejnym razem wkładała w to jednak coraz więcej gniewu. Coraz więcej dziwnej, złowieszczej energii. Melodia budowała się, powoli, nieuchronnie zmierzając ku eksplozji. Tak bardzo przypominała melodię z kaset, melodię nocnej drogi. Może w tym świecie nie istniały już inne melodie?
Wieża zatrzymała się przed uchyloną furtką.
— Przepraszam? — zawołała do dziewczyny na schodach.. — Chciałam zapłacić za benzynę. To tutaj?
Dziewczyna podniosła się, mierząc oboje przybyszów uważnym spojrzeniem. Nie wydawała się w żaden sposób rozpoznawać Wieży, co było pewną odmianą po dotychczasowych doświadczeniach.
— Włazły! — poleciła ostatecznie.
Ubita ścieżka prowadziła przez zarośnięte, zawalone gratami podwórko w stronę ceglanego domu. W głębi posesji dostrzegli całkiem sporych rozmiarów szklarnię, przez szyby widać było zastawione sadzonkami stoły.
Szkło prawie potknął się o stojący na ganku model ciężarówki. W całości wykonano go z drewna i na pierwszy rzut oka dało się dostrzec, że twórca włożył w to dużo pracy i zadbał o najdrobniejsze detale, łącznie z napisami na pace ciężarówki. Wokół modelu stały dwie wykonane z drewna figurki, obie bliźniaczo podobne do siebie. Może to przez jasne włosy, doklejone z bardzo jasnej wełny, ale obie w jakiś sposób przypominały Wieżę.
— Zaraz się rozliczymy — obiecała dziewczyna, wciąż przyglądając im się uważnie. Miała drobną, jakby mysią twarz i bardzo ciemne oczy. Połyskujące miedzią włosy związała na karku w luźny węzeł. — Kawy się napiją?
Nie mieli nic przeciwko, dziewczyna otworzyła więc drzwi domu i gestem zaprosiła ich do kuchni. Wskazała im miejsca na ławie, obok pieca. Zakrzątnęła się po pomieszczeniu, nastawiła kawę w podrdzewiałej kawiarce. Przysiadła na krawędzi blatu.
Na szerokim, drewnianym parapecie również stały drewniane figurki, tym razem zgromadzone wokół papierowych języków ognia. Wieża od razu rozpoznała dwie bliźniacze figurki. Tym razem dostrzegła też postać o włosach pociągniętych czerwoną farbą. Figurka siedziała, oparta o skrzynkę z pelargoniami, w dłoniach ściskała gitarę, może lutnię. Trudno powiedzieć.
— To ty? — spytała, wskazując gospodyni rudowłosą figurkę.
— To jest Rozpacz — odparła że zniecierpliwieniem dziewczyna. Natychmiast wbiła wzrok z powrotem w stojącą na piecu kawiarkę. — Gra na gitarze, potrafi złapać wiatr w struny i śpiewać razem z nim. Tutaj siedzi ze swoimi nowymi przyjaciółmi przy ognisku na wzgórzach. — Machnęła dłonią w stronę parapetu. — Spotkali się tutaj po tym, jak udało im się uniknąć niebezpieczeństwa i uciec. Zamierzają wspólnie szukać miejsca, w którym będą mogli ukryć się przed ludzkim wzrokiem i żyć w spokoju. Patrzą w gwiazdy, wymieniają się historiami z podróży i opowieściami o swoim dawnym życiu. Piją parzoną nad ogniskiem kawę. Śpiewają, a Rozpacz gra na gitarze.
— Kim są jej towarzysze? — drążyła Wieża. Szkło po prostu przysłuchiwał się temu, milczący i czujny. Jego oczy ścinał lód. — Opowiesz mi o nich?
Gospodyni, Wieża zaczęła na swoje potrzeby nazywać ją Rozpaczą, zestawiła kawiarkę z ognia i rozlała zawartość do trzech metalowych kubków. Jeden podała Wieży, drugi sama wzięła w dłonie. Szkło musiał po swój kubek sięgnąć sam.
— Obok Rozpaczy siedzi Jaskółka — zaczęła tłumaczyć gospodyni, mimo wszystko chyba mile połechtana takim zainteresowaniem. — Wydaje się milutka i potulna, ale ma charakterek i potrafi przywalić patelnią przez łeb, jeśli trzeba. Potrafi też opowiadać bajki, a kiedy opowie bajkę o tym, że kogoś coś zabrało, to rzeczywiście przychodzi coś z lasu i go zabiera. To bardzo użyteczna umiejętność.
Wieża zmarszczyła brwi. Słyszała o ludziach, którzy potrafili podobne rzeczy. Daleko stąd. Na długiej wojnie. Za oceanem gwiazd, prawdopodobnie, jeśli można wierzyć Szkłu pod chociażby jednym względem.
— Nieco dalej, na uboczu siedzi Gniewko — ciągnęła Rozpacz. — To ten z książką. Gniewko jest z nas najmłodszy i najmniejszy. Dzierzba z siostrą spotkali go po drodze i zabrali ze sobą. Nie wiadomo co by się stało, gdyby nie oni, dlatego Gniewko uwielbia Dzierzbę i też traktuje go jak brata. Centralne miejsce, to na podwyższeniu — Wskazała na figurkę umieszczoną na samej górze skrzynki, wśród pelargonii — zajmuje Duch. Jest mistrzem i nauczycielem całej magii, ma chyba z milion lat i pamięta czasy, kiedy każda magia była dobra i nie było podziału na lepszą i gorszą. Tak przynajmniej mówi.
Szkło prychnął cicho pod nosem, nic jednak nie powiedział. W milczeniu popijał swoją kawę, nic sobie nie robiąc z ciężkiego spojrzenia gospodyni.
— Ten po prawej stronie Ducha to Dzierzba — Rozpacz przeniosła wzrok na Wieżę. — Jest najstarszy z dzieciaków, najmądrzejszy i najdzielniejszy. Ufają mu we wszystkim i jeśli coś mówi, to właśnie tak jest. Tęsknią za nim, gdy wyjeżdża i są smutni, kiedy on jest smutny.
— A ta druga jasnowłosa postać? — spytała Wieża. — To siostra Dzierzby?
Gospodyni pokiwała głową, może nieco roztargniona. Tylko zaciśnięte w wąską kreskę usta świadczyły o tym, że nie ma o siostrze Dzierzby nic dobrego do powiedzenia.
— W ogrodzie jest więcej figurek — poinformowała. — Jak zapłaci za benzynę i wypije kawę, to mogę pokazać.
Wieża zapłaciła — chociaż wciąż nie miała pojęcia, jaką wartość mają znalezione w kieszeni banknoty i monety, i czy w ogóle istnieje jakaś stała cena benzyny — i rzeczywiście wyszli do ogrodu. Rozpacz kroczyła gliniastą ścieżką, wskazując kolejne, poukrywane między drzewami figurki i opowiadając o ich przygodach. Wieża i Szkło posłusznie szli za nią, słuchając o młodych uciekinierach w próbujących wspólnie stworzyć dla siebie bezpieczny kąt. Z każdą kolejną inscenizacją gospodyni wydawała się coraz bardziej ożywiona i radosna, w krokach było coraz więcej lekkości. Zupełnie tak, jakby całymi latami czekała, by pokazać komuś swoje figurki i opowiedzieć o nich i teraz, kiedy wreszcie miała okazję, zamierzała napawać się każdą sekundą.
A później dotarła do chatki.
Zbudowano ją w całości z poucinanych gałązek, na niewielkim wzniesieniu, prawdopodobnie usypanym rękami gospodyni. Nie miała jednej ściany, dzięki czemu dało się zobaczyć wnętrze. Figurki reprezentujące uciekinierów siedziały przy długiej ławie, jedząc wspólnie posiłek. Nie zabrakło nawet miniaturowych, drewnianych misek.
— U szczytu stołu siedzi Duch — opowiadała Rozpacz, wyraźnie przejęta. — A tu Gniewko, tu Jaskółka, tu Rozpacz. Jedzą przygotowany wspólnie posiłek, rozmawiają.
— Gdzie jest Dzierzba? — zaciekawiła się Wieża, niepewna teraz, czy w ogóle powinna poruszać kwestię jego siostry.
— Pojechał pilnować swojej głupiej siostry — odparła z wyraźną goryczą Rozpacz. — Bo uciekła od Ducha, bo myślała, że wie lepiej i że wciąż istnieje tylko jedna magia. Dzierzba pojechał za nią, zostawiając Rozpacz i Gniewka za sobą i to było strasznie nie w porządku, bo mieli przecież mieszkać razem i wspólnie sobie żyć i… — Potrząsnęła głową. — Ale jak się przyjrzycie, to oni już są w pobliżu — Wskazała na dwie figurki oparte o pień rozłożystej czereśni. A potem na jeszcze jedną, ukrytą między drzewami. — I mają ze sobą wsparcie i gdy tam dotrą to… — Głos jej nieco zadrżał. — To będzie naprawdę koniec tej historii i Rozpacz straci swoją gitarę i nie będzie już Gniewka ani Jaskółki, i to jest cena, jaką się płaci za…— Zacisnęła usta w wąską kreskę. Łypnęła ze złością na Wieżę. — Jaką się płaci za naiwność i myślenie, że wszyscy wokół są dobrzy i nie stanowią zagrożenia.
— Ale na razie jeszcze nie dotarli — ciągnęła dziewczyna, siląc się na uśmiech. Wbiła wzrok w swoje porozklejane buty. — Na razie dopiero są w drodze. Duch i jego podopieczni mogą spokojnie rozmawiać i śpiewać do melodii wiatru i spędzać wspólnie czas w chatce na końcu świata i jest po prostu w miarę dobrze, na tyle, na ile takim jak oni może być w ogóle dobrze.
Wieża i Szkło dobrą chwilę stali w milczeniu, patrząc na chatkę i siedzące w niej figurki. Lód skuwający oczy mężczyzny wydawał się jakby cieńszy, trochę jakby przychodziła odwilż. Wieża po prostu czuła, że jest jej niedobrze. Potrzebowała odpocząć, czuła to w drżących nogach i w zesztywniałym karku. Jednocześnie miała wrażenie, że cały czas przebywa we śnie i mimo największych starań nie potrafi się z niego obudzić.
Wzdrygnęła się, kiedy ktoś dotknął jej ramienia.
— Pójdzie ze mną — rzuciła półgłosem gospodyni, zerkając raz po raz na wciąż milczącego, zapatrzonego w figurki mężczyznę. — Coś dostanie.
Wieża nawet, gdyby chciała, nie potrafiłaby się sprzeciwić takiemu dictum. Nie chciała, zwłaszcza, że mniej więcej spodziewała się już, co może otrzymać. W tym dziwnym miejscu, w którym się znalazła, zdawały się nie istnieć prezenty poza kasetami magnetofonowymi.
Rozpacz poprowadziła ją ścieżką przez ogród w stronę szklarni i starannie zamknęła za sobą drzwi. Oprócz roślin i pustych donic, w pomieszczeniu było też dość dużo bloczków drewna, częściowo już wystruganych. Dziewczyna otworzyła szufladę starego, zastawionego donicami i skrzynkami biurka. Wcisnęła w dłonie Wieży plastikowe opakowanie.
— Niech to bierze — poleciła. — I niech idzie do auta i słucha i później jedzie wreszcie na te wzgórza. Już dostatecznie długo kazała na siebie czekać.
— Nie lubisz mnie, bo Dzierzba za mną pojechał. — spytała Wieża, starając się spojrzeć jej w oczy.
— Nie lubię ludzi, którzy nie uczą się na błędach — Rozpacz zapatrzyła się na widoczny za szybą ogród. Mężczyzna wciąż stał w tym samym miejscu, gdzie go zostawiły. — Zamierza z nim jechać dalej?
— Jeszcze nie wiem.
— Jak zamierza, to może równie dobrze od razu wyrzucić tę kasetę do gnojówki — prychnęła Rozpacz. — Z nim nigdzie nie dojedzie. A nawet jak się uda, to on zaraz obróci kota ogonem i tyle z tego będzie.
Wieża westchnęła ciężko.
— Wcześniej byłam u Jaskółki — wyznała. — I rozdzieliłam się z nim. Ale widziałam go rankiem jak szedł poboczem i się zatrzymałam, mimo że nie miałam ochoty.
Gospodyni splunęła pod stopy.
— Bo tacy jak on to zawsze wiedzą, jak się przykleić — Uśmiechnęła się kącikiem ust. — Niech się nie martwi i idzie odsłuchać kasetę. Już ja się nim zajmę.
— Kim on w ogóle jest? — wyrwało się Wieży. Również obserwowała mężczyznę przez szklaną szybę, wyraźnie zafascynowana, głównie tym, jakie wrażenie wywarły na nim figurki. Rozpacz zacisnęła dłonie w pięści.
— Kimś, kto nie zasłużył na figurki i opowieści. Niech idzie. Dowie się na wzgórzach.
Poszła więc, bo co miała zrobić. Opuściła szklarnię i ruszyła gliniastą ścieżką w stronę bramy i stacji benzynowej. Słońce stało już wysoko, wciąż ukryte za grubym kobiercem chmur. Wiatr szarpał pozbawionymi liści gałęziami owocowych drzewek. Wieża wspięła się do kabiny ciężarówki, uruchomiła silnik i wsunęła kasetę do odtwarzacza.
Po dłuższej chwili szumów znów usłyszała głos Dzierzby. Teraz jednak, słuchając go, miała przed oczami dwie drewniane figurki o włosach z jasnej włóczki. Miała cokolwiek.
— Myślałem o tym i podróżowałem i zbierałem informacje — zaczął opowieść Dzierzba. — I teraz już chyba wiem, co zgubiłaś wśród wzgórz, więc posłuchaj mnie uważnie.
Był raz młody wilk, który myślał, że potrafi biegać szybciej, niż inne wilki, wyć głośniej i walczyć zacieklej — mówił i Wieża wyobrażała sobie, jak drewniana figurka próbuje robić groźne miny. — Biegał więc tak daleko, jak niosły go szczenięce jeszcze łapy, walczył z ukrywającymi się po lesie cieniami i wył do księżyca, nie troszcząc się o to, że wiatr zniekształca jego głos. Jego czarne futro stapiało się z ciemnością, gdy tropił zwierzynę po lesie, a w jego oczach czaił się daleki ogień. Łapy miękko uderzały o poszycie, gdy biegł w pogoni za zwierzyną. Nie bał się nikogo i niczego, i nie słuchał nikogo, nawet mądrzejszych wilków w swoim stadzie. Chciał stawać się jeszcze silniejszy, jeszcze głośniejszy i jeszcze bardziej zaciekły w walce. Biegał więc coraz dalej i dalej, zapuszczając się aż do granic wilczego terytorium. “Uważaj, gdy biegasz po lesie:” mówił mu jego starszy, wilczy brat. “Nasze terytorium kończy się tam, gdzie zaczyna się terytorium myśliwych. Jeśli zaczniesz polować na ich terenie znajdą cię i uszyją sobie z ciebie kamizelkę a ja będę zbyt daleko, by ci pomóc”. “W takim razie przestań tchórzyć i poluj tam, gdzie ja”, odpowiadał mu wtedy młody wilk. “Będę dość blisko, by usłyszeć twój głos”.
Nic sobie nie robił z niebezpieczeństwa. Jego łapy z każdym dniem zdawały się dłuższe i silniejsze, głos donośniejszy a zęby coraz bardziej ostre i spragnione krwi. Biegał już wzdłuż granicy lasu, ostrożnie obserwując, co dzieje się po drugiej stronie. Im częściej się tam zapuszczał, tym więcej widział. Przyczajony w jesiennej trawie obserwował, jak myśliwy karmi swoje psy i jak je nagradza za dobre polowanie i jak nigdy niczego im nie brakuje. Zazdrościł im, zwłaszcza, że w lesie panował akurat głód i brakowało zwierzyny. Nie rozumiał, czemu wszystkie starsze wilki powtarzają, że powinien się trzymać od ziemi myśliwych z daleka. Nie rozumiał też, czemu cała zwierzyna, jaką upolował przypadała starszyźnie, mimo że to on był szybszy i silniejszy niż inne wilki. “Chciałbym zaprzyjaźnić się z myśliwym” powiedział pewnego dnia swojemu bratu “Myśliwy doceni moje umiejętności i nagrodzi mnie. Sam widziałem”. Brat nawarczał na niego i próbował się z nim gryźć, wściekły i wyraźnie przestraszony, kiedy jednak pewnej wyjątkowo głodnej nocy młody wilk wymknął się z wilczego legowiska, poszedł za nim. Razem przedostali się na terytorium myśliwego i już po kilku dniach zostali najlepszymi przyjaciółmi. Jedzenia było dużo, podobnie jak pieszczot, można było spać w cieple, na słomie i pod dachem, gdzie nic nie padało, nie w leśnych wykrotach, pozostałe psy myśliwego szybko zaakceptowały to, że wilki są od nich szybsze, zwinniejsze i lepsze w polowaniach. Młody wilk był szczęśliwy, tęsknił jednak za młodymi ze swojego stada, tymi, z którymi się wychował i uczył się polować. “Starszyzna niech sobie siedzi, gdzie chce i robi co chce” powiedział pewnego dnia swojemu bratu, “ale ja wrócę powiedzieć naszym młodym, że na terenie myśliwego jest lepiej niż u nas. Niech dołączą”. Brat znów na niego nawarczał, próbował zatrzymać go siłą, ale młody wilk był uparty. Brat wyruszył więc w drogę zaraz za nim. Zdążył jednak dostrzec, że myśliwy i jego psy również zbierają się do drogi. Zrozumiał, że nigdy nie miał żadnego powodu przyjaźnić się z wilkami, chciał po prostu skłonić je, by pokazały, gdzie są ich leża i wtedy rozpocząć obławę. Próbował wyprzedzić młodszego brata i przygotować swoje stado do ataku, ale nadaremno. Nic nie mogło przygotować ich na broń, z pomocą której walczył myśliwy. Wyły i skowyczały, krew wsiąkała w biały śnieg, a duchy ulatywały w ciemny las i jeszcze długo wyły do księżyca, niosąc wieść o obławie i straszliwej broni.
Opowieść skończyła się dokładnie w momencie, kiedy od strony domu Rozpaczy dobiegł stłumiony odgłos wystrzału.
Wieża wyskoczyła z ciężarówki. Biegiem ruszyła przez parking i podwórze w stronę ceglanego domu. Wydawało jej się, że widzi przez okno plecy Rozpaczy, nieco w tle majaczyła postać Szkła. Ktoś krzyknął. Przez uchylone okno dobiegł ją rumor i seria przekleństw.
Wbiegła po schodach na ganek, prawie potykając się o porozstawiane na stopniach drewniane figurki i akcesoria. Otworzyła drzwi i wpadła do kuchni.
Ten rumor, który usłyszała wcześniej, na podwórzu, to musiał być walący się stół. Leżał pośrodku kuchni, z ułamaną nogą, wokół zaś w okruchach słoików i talerzy pływały resztki miodu, dżemów i ogórków kiszonych, orzechy i jabłka potoczyły się gdzieś w ciemne kąty. Powietrze wypełniała woń spirytusu — winowajcą prawdopodobnie był roztrzaskany słój z nalewką.
Pośród tego wszystkiego siedział mężczyzna zwany Szkłem, z jakiegoś powodu tuląc do siebie starą, zardzewiałą kawiarkę. Wpatrywał się w dłonie, czerwone, poparzone i ewidentnie sprawiające mu ból. Pasemka włosów opadały na twarz, nie dało się więc zobaczyć jego oczu, ale sądząc po tym, jak trzęsły mu się ramiona, był w środku ataku bezgłośnego śmiechu. Albo płaczu. Albo czegoś pomiędzy, trudno było powiedzieć. Rozpacz, chwilę wcześniej jeszcze pochylająca się nad nim i szepcząca mu coś na ucho, podniosła się i posłała Wieży zimny, triumfujący uśmiech. W dłoni miała swoją gitarę, na szczęście nienaruszoną.
— On się raczej nigdzie nie wybiera — powiedziała. Uśmiech zrobił się nieco szerszy. — Zadbałam o to.
Wieża zamrugała, nieco zbita z tropu. Wciąż pamiętała chłód w oczach mężczyzny. Towarzyszył jej przez przez większość drogi ciężarówką. Przenikał dreszczem, a teraz zniknął.
— Co tu się stało? Słyszałam strzały.
— Och, to nic takiego — odparła Rozpacz. — Rozmawialiśmy, próbował mnie uciszyć, ale się nie dałam. Trochę się poprzepychaliśmy, oberwał kawiarką na twarz. To go trochę otrzeźwiło.
Każdego by otrzeźwiło, pomyślała Wieża, patrząc na kawiarkę i poparzone ręce mężczyzny.
— Co mu powiedziałaś?
— Nic. Wygląda na to, że przypomniał sobie, biedaczek, co mi zrobił. Co zrobił nam wszystkim. I co, tak naprawdę, zrobiono jemu, nawet jeśli nie zdawał sobie z tego sprawy i wykonywał rozkazy.
Wieża pokiwała głową.
— Co zamierzasz z nim zrobić? — spytała.
— Jeszcze nie wiem. Na pewno nie pozwolę, żeby lazł na wzgórza i dalej mącił w głowie. Ma tam jechać sama — Rozpacz rzuciła Wieży groźne spojrzenie. — Wysłuchała kasety?
— Tak — Wieża przełknęła ślinę. Jakoś nie mogła przestać myśleć o młodym wilku i myśliwym, zwłaszcza patrząc na skuloną w kącie sylwetkę Szkła. — Wysłuchałam. Tak mi się wydaje, że wszystko. Wybiegłam jak usłyszałam strzał, ale to chyba była całość.
— To teraz już rozumie, nie? Rozumie, kim był Dzierzba i co dla niej zrobił?
Powoli pokiwała głową.
— Dobrze. Myśli sobie pewnie, że skoro wie już tyle, to pewnie wystarczy i wcale nie musi wiedzieć wszystkiego? I że może wcale nie trzeba jechać dalej?
Wieża zacisnęła szczęki. Nie potrafiła uczciwie odpowiedzieć na to pytanie. Jednocześnie chciała jechać na wzgórza i zawracać, żeby odnaleźć Jaskółkę. Może ta odrobina wiedzy wystarczy, żeby zbudować na piasku bardziej stabilny zamek.
— Niech nawet o tym nie myśli — syknęła Rozpacz, spoglądając na nią z wyrzutem. — Ma sama zobaczyć, jak to było, a później ma wracać i sprawić, że wszyscy będą wiedzieć, i będą pamiętać.
— Wracać gdzie?
Rozpacz zmierzyła ją pełnym politowania spojrzeniem.
— Za Ocean Gwiazd. Na swoją wojnę. Niech ją lepiej dla nas wygra, inaczej to wszystko było nadaremno. Dzierzba było nadaremno. To, że go z nami nie ma. I że muszę oglądać tego patafiana tutaj.
— Mogę tutaj odpocząć? — poprosiła Wieża. — Jestem naprawdę bardzo zmęczona. Chcę się dostać na wzgórza, ale boję się, że zasnę za kółkiem. Mogę spać w ciężarówce — zastrzegła. — Ale gdzieś będę musiała się przespać. Mam przed sobą jeszcze kawał drogi.
Rozpacz wzniosła oczy ku niebu.
— Na pięterku jest gościnna sypialnia. Jutro rano ma być pusta.
Wieża pokiwała głową.
— Da się zrobić.
***
Wyjechała wczesnym rankiem. Z początku jechała trochę wolniej, spodziewając się, że Szkło mimo wszystko znów będzie na nią czekał gdzieś na poboczu, najwyraźniej jednak rzeczywiście Rozpacz zdołała sprawić, że się poddał.
Droga łagodnym łukiem omijała kolejne zagubione wśród sadów domki i przyczepy kempingowe. Gdzieniegdzie za drzewami połyskiwały w przymglonym, wczesnowiosennym słońcu ciemne wody jezior. Wieża postukiwała w kierownicę w rytm kolejnych nagranych na kasecie piosenek. Teren robił się coraz bardziej pofalowany, na horyzoncie majaczyły już wzniesienia o barwie zamglonej zieleni.
Kiedy dotarła do ostatniego ogniska przed wzgórzami, nastało już późne popołudnie. Kilka kolorowych, drewnianych domków stało u podnóża wzniesienia, najwyraźniej nie do końca potrafiąc zdecydować, czy stanowią jedno gospodarstwo, czy małą wioskę. Po podwórzu snuł się dym, ogień płonął palenisku, osłoniętym od deszczu gałęziami rozłożystego dębu. Pomiędzy domkami rosły kolczaste krzaki róż i bezlistne jeszcze bzy i jarzębiny. Po drugiej stronie żwirowej drogi rosła samotna jabłoń o poskręcanych konarach. Gdzieś nieopodal szemrał strumyk.
Wieża zatrzymała ciężarówkę nieopodal jabłoni i pewnie ruszyła w kierunku zabudowań i kręcących się wokół ognia ludzi. Dym gryzł w oczy. Woń sosnowego drewna mieszała się z zapachem gotującej się w żeliwnym kociołku kaszy z grzybami i mięsem. Próbowała pytać o sąsiadów i o zamieszkujących wzgórza ludzi, ale wszyscy tylko wzruszali ramionami, wyraźnie zdezorientowani. Nie, o nikim takim nie słyszeli. Nie, nie mieli wiadomości o mieszkającym w okolicy magu. Skąd niby mieliby wiedzieć? Mało to jest szalonych ludzi? Kto by ich tam wszystkich spamiętał? I co to w ogóle jest mag, co taki robi?
— My tutaj to najdalej chodzimy do Doliny Objawienia. — Stojąca przy kociołku kobieta na moment zaprzestała mieszania kaszy drewnianą łyżką i po prostu przyglądała się Wieży podejrzliwie. — Tam prowadzi ścieżka wzdłuż potoku i tam są znaki pozostawiane, to się człowiek nie pogubi. Pod wodospadem jest niewielki staw. Czerpiemy stamtąd wodę, bo zawsze jest świeża i czysta, czystsza niż tu bliżej, w dole rzeki, bo się już robi zabagniona. A z wodospadu najlepiej. Tam stoi figurka leśnej pani i ona pilnuje, żeby woda była czysta i dobra dla nas. Tylko, że idąc tam nie można schodzić ze ścieżki i trzeba pilnować, gdzie jest słońce. Gdy zniży się tak, że prześwieca już między drzewami, to trzeba się zawrócić, bez względu na to, czy dotarło się do źródełka, czy nie.
— Co, jeśli ktoś się nie zawróci?
— Las zabiera co swoje.
— To znaczy?
— Będzie się szło dalej i nie zawróci się przed zmierzchem, to się będzie szło i szło i nawet się nie zauważy, ile czasu minęło. Będzie się myślało, że cały czas jest zmierzch i że jest jeszcze czas zejść do ogniska przed nocą. Ścieżki zaczną się plątać, drzew nie da się od siebie odróżnić i zawsze będzie się okazywało, że trzeba ominąć jakieś wzgórze, by iść dalej. Wreszcie człowiek osłabnie z głodu i umrze. Albo wyjdzie w zupełnie innym miejscu, wiele tygodni później, wyczerpany i prawie na granicy śmierci. Może się wyżyje, może nie, ale jedyne, co wiadomo, to że czegoś brakuje tym co wrócili. A to ręki, a to oka, a to kilku palców. Ten las tak robi, pani. Zawsze głodny, zawsze łakomy. Wejść łatwo i nawet nie wiadomo jak i kiedy, ale za wyjście się płaci. Jeden z naszego ogniska, Chwast, poszedł niedawno w las na grzyby, podobno znaleźli jego zwłoki w jakimś rowie, przy zjeździe z czarnej drogi. Jak tam trafił? Nikt nie wie.
— Myślę, że zaryzykuję — stwierdziła Wieża.
Nikt nie próbował jej zatrzymywać, zostawiła więc ciężarówkę przy jabłonce i samotnie ruszyła ku wzgórzom.
***
Z początku rzeczywiście szła wydeptaną, błotnistą ścieżką wzdłuż potoku. Teren był bagnisty, porośnięty głównie przez olchy o szarych pniach. Niebo zasnuwały ołowiane chmury, co jakiś czas kropiło. W miarę, jak droga wspinała się pod górę, teren robił się coraz bardziej kamienisty, a olszyna zmieniała się w czysty, sosnowy las, pokryty kobiercem mchu.
Wreszcie Wieża dotarła do opisywanego przez miejscowych wodospadu. Rzeczywiście, stała tam rzeźba — czy też raczej po prostu uschnięte, wydrążone w środku drzewo, w którego korze wyrzeźbiona była twarz, a gałęzie rozchodziły się na boki, tworząc coś na kształt rogatej korony. Wieża skłoniła lekko głowę. Sięgnęła złożonymi dłońmi do wody ze stawu, upiła trochę i zwilżyła nią twarz. Słońce, do tej pory ukrywające się za zasłoną chmur, pokazało się na moment, zawieszone nisko, pomiędzy pniami sosen. Podświetliło miodowym blaskiem rudawą korę, rozpięte między drzewami nitki pajęczyn i krople deszczu kołyszące się na źdźbłach trawy. Cały las na moment zamigotał, spragniony blasku. Wieża usiadła na wilgotnym mchu nad brzegiem sadzawki, wsłuchana w szum wodospadu i zapatrzona na ślizgające się na krawędziach chmur słoneczne promienie. Obserwowała, jak w wokół niej zapada zmierzch, rozpraszając rzucane przez drzewa cienie. Pachniało deszczem, mchem i ukrytą pod nim grzybnią. Wieża czuła, że z każdą chwilą robi się coraz cięższa i opada niżej i niżej, tonąc w mchu wraz ze słoneczną kulą.
Gdy chmury znów przysłoniły niebo, a cienie drzew na mchu zdawały się ledwie widoczne, podniosła się i ruszyła w dalszą drogę.
Szła w milczeniu, coraz bardziej stromą ścieżką, tu i ówdzie dostrzegając połacie starego śniegu. Wzniesienia rysujące się wokół niej stawały się coraz wyższe i bardziej strome, przepaście głębsze, sosny bardziej powykręcane, wczepione korzeniami w skały. Wiosna rozpoczynała swoje panowanie — wczesna, blada i fałszywa wiosna, taka, jaka zdarza się na początku marca.
Słońce całkiem już utonęło w szarości, nad Wieżą zaś rozpościerało się blade, pozbawione gwiazd niebo. Nad ziemią snuły się pasma mgły, ścieżka prowadząca w górę utonęła wśród mchów. Dalej jak okiem sięgnąć ciągnęły się wzgórza otulone zgaszoną zielenią świerków, łagodne kotlinki i błyskające między drzewami wody jezior i bagien. Wszystko zdawało się pogrążone w smutnym, łamiącym serce śnie o końcu zimy. Nie śpiewały żadne ptaki, jedynie wiatr nucił w gałęziach. Wieża z każdym krokiem coraz bardziej czuła, że tonie w zieleniach i szarościach, że ten sen wciąga ją coraz bardziej, wczepia w nią palce, długie i poskręcane jak korzenie.
Co jakiś czas słyszała pod stopami chrzęst drobnych kości. Bielały w półmroku, ukryte w splątanych korzeniach, w jamach, pod zwalonymi drzewami: wypełnione powietrzem kości ptaków. Szkielety małych zwierzątek, które przyczaiły się wśród mchów by umrzeć. Na pogrążonej w mroku polanie Wieża napotkała zupełnie oczyszczony z mięsa szkielet ogromnego jelenia, z majestatycznym porożem, które w pierwszym momencie wzięła za bielejące w ciemności gałęzie drzewa. Porastał go mech i drobne, połyskujące srebrzyście kwiaty. Wtedy dopiero z całą mocą dotarło do niej, że w tym lesie nie spotka żadnego żyjącego stworzenia. Była sama.
Nie wiedziała, jak długo idzie. Nie było ani słońca, ani gwiazd, które mogłyby jej to podpowiedzieć. Mogła jedynie iść naprzód, uważając, by nie nadepnąć na kolejne kości i zapadając coraz głębiej w sen.
Chatka przyczaiła się bezpiecznie w kotlince między dwoma wzniesieniami, schowana za krzywym, częściowo połamanym płotem. Gospodarstwo wyglądało na opustoszałe, ale gdy Wieża zmrużyła oczy, dostrzegła snującą się nad kominem smużkę dymu. Pośrodku obejścia rosła stara, pokrzywiona jabłonka.
— To jest to, czego chcesz? — spytał śpiewnie wiatr, kiedy Wieża zdecydowanym krokiem ruszyła w dół zbocza.
Pokiwała głową.
— A to, czego potrzebujesz?
Uśmiechnęła się pod nosem. To jak najbardziej było pytanie w stylu Dzierzby, przynajmniej tego Dzierzby, którego znała z kaset.
— Poradzę sobie — mruknęła, nie do końca pewna, czy do siebie, czy do niego.
Zeszła ze zbocza. Furtka w ogrodzeniu była uchylona i tak naprawdę niezbyt potrzebna, bo płot równie łatwo było przeskoczyć. Wieża pchnęła drewniane drzwiczki łokciem i wkroczyła na teren gospodarstwa. W pierwszym momencie skierowała się do przyczajonej w głębi podwórza chaty, jej uwagę zwrócił jednak błysk czerwieni w otwartych drzwiach jednego z mijanych budynków, zbyt małego na stodołę i zbyt dużego na szopę. Zajrzała do środka. Cała wewnętrzna ściana budynku pokryta była malowidłem przedstawiającym pole maków. Na metalowym zydelku siedział mężczyzna w poszarpanym, wełnianym swetrze. Siwiejące włosy opadały na kark, potargane i zdecydowanie domagające się podcięcia. Zdawał się nie zwracać na ten szczegół większej uwagi. Najcieńszym z pędzelków nanosił czerwoną farbę na jeden z kwiatów, do tej pory jeszcze śnieżnobiały. Wieża przyglądała się jak urzeczona powolnym, precyzyjnym ruchom jego dłoni.
— Każdy czerwony mak to jeden zabity tanatos — wyjaśnił mężczyzna, nawet nie odwracając się w jej stronę. — Jak widzisz, maluję je już od dłuższego czasu. Trochę nas ginie. Ale wciąż trochę nas jeszcze jest. Te białe to ci wciąż żywi.
Wieża zrobiła krok w głąb pomieszczenia. Z uwagą przyjrzała się ścianie, usiłując wypatrzeć białe kwiaty. Poza tym, który mężczyzna właśnie ostrożnie barwił czerwienią, nie było ich zbyt wiele.
— Co to za miejsce? — spytała.
Mężczyzna ostrożnie zanurzył czubek pędzla w wyciśniętej na sztaludze farbie. Otarł włosie o krawędź sztalugi, znów postawił na malowidle kilka kresek.
— Powiedz, spotkałaś po drodze Szkło? — spytał, pozornie bez zainteresowania. — Wysoki mężczyzna, bardzo jasne oczy. Na oko w moim wieku, może młodszy.
Wieża pokiwała głową. Dopiero po chwili zorientowała się, że przecież malarz i tak na nią nie patrzy.
— Podróżowałam z nim przez jakiś czas — przyznała więc. — Wskazał mi drogę na wzgórza.
— Nie chciał wpaść w odwiedziny?
— Został w domu pełnym figurek — wyjaśniła.
Malarz zaśmiał się cicho, wyraźnie rozbawiony tym konceptem.
— Kto by pomyślał — mruknął bardziej do siebie niż do Wieży. — Kogo jeszcze spotkałaś po drodze? Widziałaś się z Rozpaczą, prawda?
— To dziewczyna od figurek? — upewniła się Wieża. — Tak, rozmawiałyśmy. Pozwoliła mi przenocować, ale chyba mnie nie lubi.
— Zawsze lepiej dogadywała się z twoim bratem. Byli bardzo zżyci. Kto jeszcze? — dopytywał mężczyzna, z jakąś dziwną, tęskną natarczywością. — Kogo jeszcze widziałaś?
— Jaskółkę. Mieszka w przytulnym mieszkanku nad rzeką. I tego chłopaka na stacji benzynowej. Też wydawał się znajomy, dał mi kasetę.
— Gniewko — podsunął malarz. — Czyli Jaskółeczka wróciła na swoje stare śmiecie, a młody ostatecznie jest tym sprzedawcą — uśmiechnął się z pewną tkliwością. — Nie jest źle, nie jest źle.
Wieża zrobiła kolejny krok w stronę mężczyzny.
— Co to za miejsce? I co tu się właściwie dzieje?
— A jak sądzisz? Jak ci się wydaje?
— Nie wiem — przyznała, trochę bezradnie. — To wszystko wygląda jak bardzo dziwny sen, który momentami się rozpada i sypie, ale nie może się rozpaść do końca. Nie mogę się z niego obudzić, a jednocześnie nawet jak próbuję spać to jestem zmęczona — opowiadała, zaskoczona, że słowa tak łatwo płyną. Może to dlatego, że nikt wcześniej nie pytał. A może te słowa po prostu potrzebowały mężczyzny malującego maki, żeby wydostać się na wolność.
— Tak po mojemu — odezwał się wreszcie, gdy skończyła mówić. — Wreszcie trafiłaś na wojence na kogoś mocniejszego, dlatego jest jak jest.
— U-umarłam? — wykrztusiła Wieża.
— Na twoim miejscu bym się szczególnie nie przejmował. Jesteś tanatosem, do cholery. Masz jeszcze szansę wrócić i to naprawić, oczywiście jeśli za następnym podejściem lepiej rozegrasz swoje karty.
W jakiś sposób wiedziała chyba cały czas.
— To miejsce… — zaczęła, nie do końca pewna, o co w ogóle chce spytać. Chyba czy to niebo. Czyściec. Coś podobnego.
— Kiedy mag się roztrzaskuje i kończy się jego świat, najczęściej nie zdaje sobie z tego sprawy — odparł mężczyzna, cały czas w pełni skupiony na swoim polu maków. — Nie zauważa tego i najczęściej idzie dalej, robi swoje rzeczy, aż wreszcie, pewnego dnia orientuje się, że żyje w zupełnie innej rzeczywistości. Kiedy próbuje nadążyć, wrócić do tego, co znał wcześniej, mimowolnie staje się wędrowcem. Nieproszonym gościem, ściganym przez swoich i w końcu zabijanym. A jeśli mag jest akurat tanatosem i mniej więcej wie, jak to działa, może postanowić, że nie potrzebuje niczego gonić i do niczego wracać. Że chce w tej nowej, obcej rzeczywistości trwać dalej i robić rzeczy, które lubi robić, na przykład malować maki na ścianie. Czasem jest w stanie sprawić, by bliscy z nim zostali, zwłaszcza, jeśli zginęli w podobnym miejscu, w podobny sposób. Mogą razem stworzyć sobie świat, który jest tylko dla nich, i w którym mogą sobie robić to, za czym tęsknili. Różnie się zdarza, tak naprawdę wszystko zależy od mocy tego maga. Od jego wyobraźni.
— To znaczy, że ja… jakby trafiłem do twojego miejsca? — upewniła się Wieża.
— Poniekąd. Dzierzba cię tu przyciągnął, na mocy obowiązującego was paktu. Tak naprawdę nie miał zbyt wielkiego wyboru, sam też jest powiązany z tym miejscem. Gdyby nie ten wasz pakt, pewnie kręciłby się gdzieś tutaj, jeżdżąc ogromną ciężarówką, tak jak marzył za dzieciaka.
Rzeczywiście, przypomniała sobie w nagłym przebłysku Wieża. To Dzierzba zawsze interesował się dużymi samochodami, nie ona. Potrząsnęła głową.
— A Szkło? — spytała. — Kim jest Szkło? I co tu robi?
— To twój dawny mentor, mag z diamentowej gwardii. Podejrzewam, że miał aż nadto powodów, żeby nie pozwolić ci stąd wrócić i dokończyć tego, co masz do zrobienia.
Wieża przełknęła ślinę. Pozostawało tak naprawdę tylko jedno pytanie, i wciąż jakoś nie spieszyło jej się, by je zadać. Przez długą chwilę po prostu patrzyła, jak mężczyzna zmienia biały mak w czerwony.
— Co tam zastanę? — przemogła się wreszcie. — W chatce? Wszyscy po drodze mówili mi, że muszę tu przyjechać, inaczej nie zrozumiem.
Uśmiechnął się słabo.
— Nic dziwnego. To nie jest coś, co lubimy wspominać. Umysł się broni, każdy radzi sobie na swój sposób. Zobaczysz tam dokładnie to, co się wtedy zdarzyło. Chwila po chwili. Szczegół po szczególe, tak jak było. Sam czasem tam wchodzę — przyznał. — Żeby sobie przypomnieć, dlaczego tu jestem, dlaczego to maluję — wskazał na obraz. — I dlaczego tak bardzo tych sukinsynów nienawidzę.
— Skoro ich nienawidzisz, nie chcesz wrócić i ich rozwalić? — spytała Wieża. — Też jesteś tanatosem, prawda?
Mężczyzna zaśmiał się cicho i pokręcił głową.
— Obawiam się, że już wyrobiłem swój limit wracania.
Uniosła brwi.
— Istnieje jakiś limit?
— Nie, tak naprawdę to nie. Pytanie, ile razy jesteś gotowa poświęcić swój największy skarb. Ile razy jesteś w stanie zostawić cząstkę swojej duszy. Ile razy jesteś w stanie odejść z miejsca, które wydaje ci się bardziej prawdziwe niż cokolwiek w twoim życiu za oceanem gwiazd. Jak długo jesteś w stanie to później ciągnąć. Większość decyduje się na coś takiego raz, może dwa razy, w ekstremalnych przypadkach. Dla mnie były trzy razy. Wtedy, na wzgórzach zdecydowałem, że wystarczy. Niech będzie jak ma być. Nie wykorzystam swojego paktu, są inni. Jesteś ty.
— Skąd wiesz, że ja będę chciała wrócić? — spytała Wieża. — Po tym, co tam zobaczę? — zerknęła szybko w stronę chatki. W oknach wciąż paliło się światło.
— Jak dla mnie możesz nawet tutaj ze mną zostać i pomagać mi w gospodarce. Myśl sobie co chcesz, zawsze cię lubiłem, Wieża. Pytanie, czy będziesz w stanie zostać, wiedząc, co się dzieje za oceanem gwiazd, na wojnie. Że giną inni, tacy jak my. I inni, tacy jak my, się budzą. Spójrz — Mężczyzna postukał czubkiem pędzla w malowidło. Nieco poniżej kwiatu, nad którym pracował do tej pory, na bocznej łodyżce namalowany był świeży pąk, pozbawiony jeszcze płatków, pokryty delikatnymi włoskami. Zachwycający bogactwem detali. — Wiesz, o kim mówię. I wiesz, że musisz wrócić, żeby zaopiekować się nim i innymi, takimi jak oni — opowiadał mężczyzna. W jego oczach odbijały się światła z okien chatki. — Mogą mieć lepszy świat, taki w którym nie będzie podziału na lepszą i gorszą magię. Tylko ktoś musi go dla nich wywalczyć.
Wieża pokiwała głową. Przyglądała się pracy nad malowidłem jeszcze przez chwilę, ostatecznie jednak odwróciła się i ruszyła w stronę chatki.
***
Wyczuła subtelną zmianę w powietrzu, gdy tylko przekroczyła próg izby. Gramofon wciąż grał gdzieś w tle, dyskusja przy stole nadal trwała, głosy stały się jednak mniej beztroskie, a spojrzenia bardziej uważne.
— No hej, wróciłam — odezwała się Wieża, zdejmując szalik i wieszając go razem z kurtką w sieni. Od niechcenia zaczęła otrzepywać śnieg z jasnych, splecionych w warkocz włosów. — Wybaczcie, że tak długo mi to zajęło, strasznie ciężko do was dotrzeć na tym zadupiu. Tęskniliście? Bo ja strasznie.
Duch podniósł się od stołu i wyszedł gościowi naprzeciw, otwierając ramiona. Jaskółka zastygła w pół ruchu nad kuchennym paleniskiem, niepewna, czy rzucać się Wieży w ramiona, czy poczekać jednak na swoją kolej. Błękitne oczy Gniewka podniosły się na nich znad książki, czujne i pełne rezerwy. Tylko Rozpacz wciąż majstrowała coś przy gryfie swojej gitary, jakby to była najbardziej absorbująca rzecz na świecie i nic innego się nie liczyło.
Duch zamknął Wieżę w iście niedźwiedzim uścisku
— Dobrze cię widzieć. — Niemal zdołał ukryć, jak bardzo jest zdenerwowany. — Co cię sprowadza na stare śmiecie? Czyżbyś wreszcie zmądrzała i przypomniała sobie, gdzie twoje miejsce? I gdzie zgubiłaś Dzierzbę?
Wieża w pierwszym momencie próbowała wymknąć się z uścisku, ostatecznie zrezygnowała. Poklepała tylko starszego mężczyznę po szerokich plecach.
— Miał robotę, nie mógł ze mną przyjechać — Odparła, bo to było najłatwiejsze pytanie. Najłatwiejsze kłamstwo. Pozostałe jakoś nie chciały przejść jej przez usta. — Przejrzałam cię — mruknęła mu na ucho. — I już wiem, kim jesteś. Sprawię, że oni też się dowiedzą. Zabiorę ich ze sobą.
— Pytanie, co takiego właściwie zobaczyłaś. I czy to coś, co świadczy źle o mnie, czy raczej o tobie.
Wytrzymała jego spojrzenie.
— Ty naprawdę nie potrafisz ze mną inaczej rozmawiać, co?
Gniewko i Rozpacz wymienili zaniepokojone spojrzenia. Jaskółka zaczęła mieszać w garnku jakby trochę szybciej i bardziej nerwowo. Duch westchnął tylko i pokręcił głową.
— Brakowało mi tu ciebie, Wieża — stwierdził. Jak zwykle w jego przypadku, trudno było ocenić, czy kpi, czy mówi na poważnie. Ciemne oczy pozostawały tak samo czujne i uważne jak zawsze, czaiła się w nich jednak iskierka humoru. — Siadaj, ogrzej się, trafiłaś w sam raz na kolację. Pieszo tu przyszłaś?
— A to da się inaczej?— zakpiła Wieża. — Pewnie, że pieszo. Standardowy spacerek przez zaspy.
— Cieszę się zatem, że las był dla ciebie łaskawy — odparł Duch, również wracając na swoje miejsce u szczytu stołu. — Gniewko, weź no się rusz po którąś z tych swoich butelek — zachęcił. — Gość nam się trzęsie z zimna.
Chłopak rzucił Wieży jeszcze jedno nieufne spojrzenie, po czym odłożył książkę na parapecie. Popatrzył opiekunowi w oczy.
— Dobrze wiesz co…
— Wiem. Zrób to, o co proszę. Porozmawiamy później.
Chłopak na moment zniknął w komórce. Wrócił z butelką i kilkoma kieliszkami. Ustawił je niedbale na drewnianym blacie i rozlał nalewkę.
— Nie przyjechałam na długo — zastrzegła Wieża. — Chciałam się tylko z wami zobaczyć, przegadać jedną sprawę — popatrzyła z nadzieją na podopiecznych Ducha. Tylko Jaskółka nie unikała jej wzroku. Patrzyła na Wieżę jak zahipnotyzowana, jakby w całej chacie nie było innego, równie jasnego i godnego uwagi punktu.
— Bzdura — sprzeciwił się Duch. — Zostajesz. Przecież jesteś swoja, nie? Siadaj, tutaj, koło mnie. Musisz mi opowiedzieć, jak tam w wielkim świecie.
Wieża przez chwilę stała, z dłońmi wbitymi w kieszenie spodni, niepewna jak zareagować. Ostatecznie jednak rzeczywiście przysiadła na ławie, opierając się plecami o piec.
Gramofon wciąż grał cicho w tle. Jaskółka nuciła, mieszając w garnku drewnianą łyżką. Rozpacz swoim zwyczajem sięgnęła po gitarę, smukłe palce wygrały kilka pierwszych, tęsknych akordów. Splotły się z muzyką z gramofonu, dodając dodatkową, nieco bardziej melancholijną warstwę. Przywodziła na myśl wiatr raz po raz atakujący szyby chatki drobinkami lodu.
— Już prawie zdążyłam zapomnieć, dlaczego cię tak nazywają — zagadnęła dziewczynę Wieża. Odpowiedziało jej niechętne wzruszenie ramionami. Na nic więcej raczej nie było sensu liczyć. Nie w zderzeniu z faktem nieobecności Dzierzby.
— Rozpacz, Gniewko, koryto — obwieściła Jaskółka, również siadając za stołem. Rozpacz posłusznie, choć z ociąganiem odłożyła gitarę. Gniewko przyczaił się gdzieś w ciemnym kącie stołu.
Wieża podziękowała skinieniem głowy i entuzjastycznie zabrała się do jedzenia.
— Bezbłędne jak zawsze — skomplementowała. — Szlag, ale mi tego brakowało – przyznała.
Gniewko otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Duch uciszył go jednym spojrzeniem. Jaskółka posłała Wieży nieco tęskny uśmiech.
— Nie karmią was tam? — spytała. — U tych złych magów?
Wieża nabrała porządną łyżkę zupy. Zagryzła chlebem.
— To nie są źli magowie — odparła, gdy zdołała już przełknąć. — Chociaż rzeczywiście, nie karmią w połowie tak dobrze.
— Przykro mi — zaryzykował Duch. – To może jednak przemyślisz…
— Nie — ucięła Wieża.
Duch westchnął cicho. Przerwał jedzenie tylko po to, by sięgnąć po swój kieliszek.
— Za Wieżę, naszą dumę i radość, która zatęskniła i postanowiła znów nawiedzić nasze skromne progi.
Wszyscy posłusznie spełnili toast, chociaż Jaskółka wydawała się speszona, a w elektryzująco błękitnych oczach Gniewka czaiło się napięcie. Rozpacz tylko wzruszyła ramionami, i rozejrzała się za swoją gitarą.
— Zdrowie gospodarzy! — Wieża również uniosła swój kieliszek i upiła łyk. Nalewka była gęsta i słodka, dopiero po chwili usta wypełniał nieco cierpki posmak zimowych jagód.
Płyta w gramofonie najwyraźniej się skończyła, nikomu jakoś nie spieszyło się, żeby ją zmienić. Posilali się w milczeniu, od czasu do czasu wymieniając niepewne spojrzenia i czekając na rozwój sytuacji.
— Ale no nie przekrzykujcie się — rzuciła wreszcie Wieża, odkładając łyżkę. — I nie wszyscy na raz. Normalnie nie da się dojść do głosu.
— Przepraszam, ale czego się spodziewałaś? — zainteresowała się Rozpacz. — Że przyjedziesz tutaj sama, bez uprzedzenia, od progu prowokując awanturę i będziemy z tobą gadać jakby nigdy nic?
— A, bo ty się mojego kochanego brata spodziewałaś?
—Tak — odparła bez ogródek dziewczyna.
— Nie martw się, nie planuję zostać tu z wami na stałe. Mam robotę.
Jaskółka skarciła Rozpacz spojrzeniem.
— Wieża, przecież wiesz, że zawsze jesteś u nas mile widziana — powiedziała, wbijając wzrok w trzymaną w dłoni łyżkę Rozpacz wymamrotała, coś co zabrzmiało dziwnie podobnie do “mów za siebie”. – Po prostu nas zaskoczyłaś. Przyjechałaś sama, bez uprzedzenia, i bez Dzierzby. Nie wiemy, czego się spodziewać. Jesteśmy ostrożni.
— Zawsze jesteście ostrożni — Wzruszyła ramionami Wieża, przenosząc wzrok na Ducha. — W tym leży wasz problem.
Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. Rozpacz, upiła trochę ze swojego kieliszka i rozsiadła się wygodniej. Znów sięgnęła po gitarę.
— Możesz też na przykład przełożyć płytę w gramofonie — zasugerował Gniewko, zerkając na nią z ukosa.
— Wiem. Ale mogę też nie.
— Ale no weź, Rozpacz.
Dziewczyna puściła do niego oko.
— Rozpatrzę.
Wieża mimo wszystko nie zdołała stłumić parsknięcia.
— Gniewko, twoja kolej mycia garów — odezwał się Duch, gdy wspólny posiłek dobiegł końca. — Tak tylko przypominam. Ale żadnej presji.
— Ta, ta — westchnął chłopak, podnosząc się od stołu.— Idę.
Wieża została przy stole, obserwując, jak pozostali mieszkańcy chaty na wzgórzach rozchodzą się do swoich zajęć. Przez niewielkie okienko widziała, jak Gniewko brnie przez śnieg do studni, z wiadrami pełnymi naczyń. Jak rozgląda się czujnie, jakby wypatrując zagrożenia. Jaskółka zamiatała w izbie. Rozpacz brzdąkała na swojej gitarze i zdawało się, jakby rozmawiała z wiatrem.
Wieża oparła się wygodniej o piec, grzejąc plecy i ze wszystkich sił próbując poczuć się jak w domu. Nie zaprotestowała, gdy Duch przysunął sobie butelkę i uzupełnił dwa najbliżej stojące kieliszki.
— Opowiesz mi? — poprosił. — Jak wam się wiedzie pod opieką Szkła? Jak Dzierzba?
Rozejrzała się po chacie. Nie zauważyła nawet, kiedy zrobiło się ciszej. Jabłonka również opuściła główną izbę. Tylko Rozpacz wciąż siedziała pod oknem, łapiąc wiatr w struny swojej gitary. Udając, że wcale nie słucha.
— Dzierzba w porządku. Uczymy się większej magii. Czasem jeździmy pomagać w drobniejszych sprawach.
— W polowaniu na takich jak my?
Wieża zacisnęła usta w wąską kreskę.
— To nie są źli magowie — powtórzyła to, co wcześniej mówiła przy kolacji. — Niezależnie ile razy powtórzysz to swoim dzieciakom i niezależnie ile razy w to uwierzą. Nie próbują zrobić nam krzywdy. Ja i Dzierzba jesteśmy traktowani tak samo jak inni młodzi rekruci Diamentowej Gwardii. Mamy te same prawa, te same obowiązki. Ty natomiast — Wbiła w Ducha najbardziej przeszywające spojrzenie na jakie było ją stać. Zniżyła głos. — Powiedziałam ci już, na początku. Wiem, co zamierzasz. Co próbujesz osiągnąć. Mogę ci zagwarantować, że żadne z twoich podopiecznych nie przyłoży do tego ręki.
Duch zaśmiał się cicho. Opróżnił swój kieliszek i sięgnął po butelkę, by nalać sobie kolejny.
— I po to przyszłaś? — upewnił się. — Żeby opowiedzieć im, jakim jestem strasznym człowiekiem i zabrać ich ze sobą do Diamentowej Gwardii?
Melancholijna melodia wygrywana przez Rozpacz niespodziewanie umilkła. Gdzieś w głębi chatki trzasnęły drzwi.
— Dobrze im tutaj — Duch wskazał na piec, drewniane ławy, stół i zawieszone nad nim lampiony. Na śnieg za oknem i stertę książek Gniewka na parapecie. — I wiesz o tym, widzisz to przecież. Siedziałaś z nami, czułaś to. Znalazłem dla was dobre miejsce, bezpieczne. Nie psuj tego.
— Zawsze tego chciałeś, co? — spytała Wieża. — Mieć na własność swoją małą bojówkę, przekonaną, że jesteś jedyną dobrą osobą na świecie i jedynym autorytetem.
Nie zaprzeczył. Powoli sączył swoją porcję nalewki, przyglądając się dawnej podopiecznej z dobrodusznym rozbawieniem.
— To wszystko — ciągnęła Wieża, coraz bardziej wzburzona. — Wzgórza, ta chatka… Chodziło tylko o to, żeby przygruchać sobie bandę dzieciaków, które nie mają gdzie iść. Przekonać je, że świat wokół jest zły i straszny i pełen wilków i nie czeka tam nic dobrego, i wszystko, co ma jakąkolwiek wartość zawdzięczają tobie. A później wykorzystać ich umiejętności do tego, żeby podpalić świat.
— Masz mnie — przyznał Duch, wciąż chyba dość rozbawiony całą dyskusją. — Rzeczywiście zamierzam podpalić świat. W ten, czy inny sposób.
W oczach kobiety błysnął lodowaty gniew.
— Przez ostatnie kilka miesięcy pracowałam z prawdziwymi magami i uczyłam się, na czym polega kontrola nad swoją mocą, współpraca, taktyka. Nie ma żadnego spisku. Żadnej nienawiści ani uprzedzeń wobec magów takich jak ja czy ty. Wciągasz swoich podopiecznych w coś, co jest tylko i wyłącznie w twojej głowie.
— Tylko w mojej głowie? — Duch zaśmiał się, chociaż bez wesołości. — To proszę, odpowiedz mi na jedno pytanie. Kiedy wy się tak właściwie uczycie tej całej współpracy i zdolności taktycznych? Polując na gości, prawda? Czyszcząc ich gniazda, pieczętując potencjalne przejścia, zabijając ich, jak tylko się tu przedrą?
Próbowała sobie przypomnieć jakiekolwiek inne zadanie, jakie wykonywała dla Szkła, ale nadaremno.
— To teraz zastanów się, nie musisz mi na to odpowiadać, ale zastanów się, jak daleko jest od gościa do maga, który ma naturalną predyspozycję do paktowania z gośćmi, potrafi ich przywoływać albo odsyłać, sam odwiedza miejsca, z których pochodzą?
Nie zdążyła odpowiedzieć. Nie zdążyła nawet przemyśleć. Ktoś wpadł do chatki, przynosząc sobie powiew chłodu i śniegu. Wieża i Duch momentalnie zwrócili się w tamtą stronę. W progu stał Dzierzba, śmiertelnie blady i poraniony. Krew płynęła z pociętych dłoni i dużego rozcięcia na czole. Prawdopodobnie miał też wiele innych ran, ubranie było sztywne od krwi.
— Musimy uciekać! — wydyszał, opierając się o framugę. — Szkło zaraz tu będzie. Zatrzymałem go, ale tylko na chwilę.
Wieża wytrzeszczyła na niego oczy.
— Szkło…? Ale przecież…
Nagle wszystkie szyby w chatce eksplodowały bez żadnego ostrzeżenia, tnąc powietrze gradem drobnych, ostrych odłamków. Wieża osłoniła twarz dłońmi i pochyliła się, szukając schronienia za ławą. Otworzyła oczy dokładnie w momencie, gdy Dzierzba osunął się na ziemię, cały we krwi, pocięty drobnymi, szklanymi okruchami. Jeden z nich, większy i ostry wbił się prosto w gardło. Krew rozkwitała między zaciśniętymi na szyi palcami czerwoną plamą i rozlewała się wokół, wsiąkając w deski podłogi. Ciemne oczy wpatrywały się w Wieżę, przerażone i pełne błagania. Dzierzba poruszał ustami, ale nie był w stanie nic powiedzieć.
— Siedź tu! — mruknął na nią Duch, przechodząc obok. Również krwawił, trafiony wieloma odłamkami, chociaż nie tak niefortunnie. Ruszył ku drzwiom, z dłońmi wyciągniętymi przed siebie, ku otwartym drzwiom. — Nie ruszaj się. Ja się tym zajmę. Mam nadzieję, że jesteś z siebie zadowolony, Szkło?! — zawołał, wpatrując się w coś, co czaiło się za progiem. — Niech ci będzie, tym razem mnie masz i wygrałeś! Zajmij się mną, zostaw dzieciaki w spokoju!
Wieża po prostu przytuliła do siebie Dzierzbę. Słyszała już cichy szelest liści. Nie musiała znać się na pierwszej pomocy, by widzieć, że jest już za późno i nic nie zdoła zrobić. Była przecież tanatosem.
Z głębi domu dobiegła muzyka. Wszystko na moment znieruchomiało i trwało tak, uwięzione w tej dziwnej melodii, kilku powtarzających się akordach, coraz bardziej zbliżających się do kulminacji.
Na tyłach domu rozległy się strzały. Ktoś krzyknął. Ktoś zerwał się do biegu, tupiąc po drewnianej podłodze. Ktoś wpadł do środka, magowie z oczami zimy, identyczne kopie Szkła. Gniewko zginął zaraz po Dzierzbie, tak przynajmniej się Wieży wydawało. Dźwięki gitary niosły się po chacie, hipnotyzujące, przebijające się przez zamieszanie. Wwiercały się w mózg.
Oryginalny Szkło wciąż stał w progu, spoglądając na Ducha z pewną pobłażliwością. Jednym ruchem dłoni przywołał błysk światła i cisnął go w stronę wpadającej do izby Jabłonki. Duch rzucił się pomiędzy nich, by zablokować cios. Pocisk przebił się przez magiczną barierę i trafił go w klatkę piersiową, natychmiast posyłając go na drewnianą podłogę. Jabłonka próbowała wykorzystać moment i uciekać, ale w progu wpadła na kolejną postać do złudzenia podobną do Szkła. W jego dłoni tańczył już jasny, morderczy ognik.
Wieża poderwała się z podłogi i sięgnęła po porzuconą przez Jabłonkę broń. Wycelowała w majaczącą w głębi korytarza sylwetkę napastnika. Trafiła. Na jej oczach roztrzaskał się na miliony szklanych okruchów, w tym momencie jednak pocisk od oryginalnego Szkła cisnął Jabłonką o ścianę.
— Nic tu po nas — powiedział mag, uśmiechając się smutno do Wieży. — Spójrz prawdzie w oczy, nie byliśmy tu mile widziani.
Wieża popatrzyła mu w oczy. Pomyślała o całej tej śmierci. O leżącym na podłodze Dzierzbie i kałuży krwi wokół. O Duchu, Gniewku i Jaskółce, zabitych magią na jej oczach. O Rozpaczy, której śmierci nie widziała, ale cisza po tym jak gitara ucichła była wręcz przytłaczająca. Sięgnęła dłońmi do tej śmierci, tej krwi i tej ciszy, wczepiła się w nie mocno i wyrwała wraz z korzeniami, a wszystko wokół rozmyło się w ciemnym wirze o zapachu suchych liści.
***
Las tym razem nie miał zamiaru jej sprzyjać. Rozłożyste gałęzie świerków całkowicie przysłaniały niebo, a mrok zdawał się namacalny. Kątem oka Wieża niemal widziała skłębione futra bestii o czarnej, połyskującej sierści i wpatrzone w nią oczy. Otaczały ją coraz ciaśniejszym kręgiem, odbierając przestrzeń i oddech. Las szczerzył kły bladych pni, powarkiwał groźnie z setek gardeł. Gałęzie wczepiały się we włosy, zimny wiatr pachniał krwią i wciąż jeszcze niósł ze sobą echa gitary.
Potknęła się o ukryty pod śniegiem korzeń i poleciała do przodu. Poturlała się kawałek po zboczu, zanim wreszcie zatrzymały ją krzaki.
Siedziała oszołomiona, nie do końca pewna, co robić i co myśleć. Wciąż odtwarzała w głowie sceny z chatki, sceny, zapętloną taśmę, niekończący się cykl zdrady i śmierci, istniejący wyłącznie po to, by przypominać.
Zebrała w dłonie garść śniegu, wraz z liśćmi, igliwiem i błotem. Cisnęła tak przygotowanym ładunkiem przed siebie, w ciemność. Wilgotne liście rozsypały się wokół. Zaczęła się śmiać i nie przestawała jeszcze przez długi czas. Śmiała się i wiatr też odpowiadał jej śmiechem, i wciąż, nawet teraz, słyszała tam tony gitary, i jakoś to sprawiło, że chciało jej się śmiać jeszcze bardziej i może trochę płakać.
Duch miał rację. Nie mogła tu zostać. Nie po tym, co zobaczyła.
Kiedy wreszcie zdołała się uspokoić, ruszyła dalej. Wbijała wzrok w ślady, jakie zostawiała na śniegu, starając się zapamiętać skąd i dokąd idzie, stawiać kolejne kroki. Nie myśleć zbyt wiele. Potykała się o korzenie, raz po raz wpadała w zaspy i przeskakiwała przez zmarznięte strumienie. Oddech zmieniał się w parę, niebo było blade i bezgwiezdne, zamrożone na moment przed świtem.
Wreszcie teren zaczął opadać w dół, aż zaprowadził ją na brzeg czarnego jeziora, jednego z wielu. Wyrzucony na brzeg leżał pień drzewa, wypłukany przez łagodne fale do bieli. Przysiadła na nim. Wiatr targał jej włosy, fale uderzały o brzeg. Las przyczaił się za jej plecami. Wydawało jej się, że pień drzewa poruszył się delikatnie pod ciężarem drugiej osoby.
— Jak tam, siostrzyczko? — wymruczał jej na ucho Dzierzba. — Gotowa, żeby wracać?
— Tak. — Wciąż bała się odwracać za siebie. Tak bardzo chciała go zobaczyć, ale wiedziała, że nie przeżyje, jeśli znajoma postać rozproszy się i zniknie. — Chyba tak. Rozwalimy ich, prawda? — mruknęła, przymykając oczy. — Po powrocie? Razem pokażemy im, na co nas stać.
Wyczuła, że Dzierzba się waha, a potem:
— Jeśli sprowadzę cię z powrotem, nie będę mógł iść z tobą dalej.
Aż się wzdrygnęła, zdumiona, jakby nagle popchnął ją w stronę zimnej, ciemnej wody.
— Nie?
— Obiecałem, że cię stąd wydostanę i odprowadzę cię do granicy, ale nie dalej. Nie mogę dalej.
— Słyszałam o tanatosach, którzy nie tracili swoich paktów, nawet mimo powrotu.
— Bo może nie były najcenniejszym, co mieli do stracenia. Zawsze tracisz to, co najcenniejsze. To jest cena za powrót. Przecież to wszystko wiesz, Wieża. Duch cię tego uczył.
Wieża przylgnęła do obejmujących ją ramion Dzierzby. Były szerokie i silne, promieniowało od nich ciepło, swojskie, doskonale znajome. Pachnące długimi wieczorami i dymem i kawą gotującą się na palenisku. Tak przynajmniej starała sobie powtarzać, bo tak naprawdę nie czuła przecież nic. Powietrze. Wiatr od wody. Woń sosnowych gałęzi. Czarne fale rozbijające się o brzeg. Drapiący w gardło dym.
— Proszę — wymamrotała, wciąż obejmując desperacko to pachnące sosnami i wodą powietrze. — Proszę, proszę, proszę. Bądź.
— Powinniśmy iść — spostrzegł Dzierzba, melodyjny zaśpiew wiatru w jej uszach. — Mamy coś do zrobienia. Ty masz.
— Proszę — powtórzyła. — Potrzebuję, żebyś był. Żebyś mnie objął. Żebyś mnie trzymał.
— Nie wiem, czy potrafię.
— Spróbuj — poprosiła. — Tak jak powiedziałeś. Mam coś do zrobienia. I jeśli mam to zrobić, potrzebuję, żeby ktoś mnie trzymał w ramionach, chociaż przez moment. Inaczej nie dam rady. Nie ruszę się stąd.
Dzierzba westchnął i to było tak, jakby westchnął cały las. Jakby cała ta masa zieleni i brązów i omszałych pni w jednej chwili wypuściła powietrze;
— Chodź — mruknął, sięgając do niej nagle cudownie materialną ręką. Żywą. Taką, jaką pamiętałą i jakiej potrzebowała. — Chodź ze mną. Musimy iść.
Przycisnął ją do swojej klatki piersiowej, do materiału kraciastej, flanelowej koszuli. Zamknęła oczy, wciągając ten zapach, osunęła się w niego. Przechyliła się do przodu, straciła podparcie nóg i zsunęła się, razem z pniem, z prosto w czarne wody. Pień zmienił się w czółno, w jej dłoniach pojawiło się wiosło.
Teraz pozostawało tylko przepłynąć rozpościerający się przed nią ocean gwiazd.
***
W piątek wieczorem Gabryś po prostu ją spotkał, wracając do willi z szybkiego kursu do biblioteki. Stała po drugiej stronie ulicy, osłonięta od ulewnego deszczu szarą parasolką. W pierwszej chwili uznał, że się pomylił. Przecież na jego oczach zmieniła się w kamień i roztrzaskała na posadzce korytarza, może trochę ponad tydzień temu. Rozpoznawał jednak krótkie, jasne włosy i oczy koloru stali i wiedział, że to ona, to musi być ona. Zwróciła wzrok na Gabrysia i lekko skinęła mu dłonią, zapraszając na swoją stronę ulicy. Naciągnął kaptur ortalionowej kurtki na głowę i z wahaniem, ale jednak ruszył w jej stronę.
