Trigger warning: Oddział neonatologiczny, wcześniactwo
Noc tylko w pierwszym momencie wydaje się ciemna. Wzrok ostatecznie się przyzwyczaja, człowiek potrafi się przystosować do wszystkiego. Z czasem Mikołaj zaczyna zauważać przygaszone światła, pastelowe ściany, miękkie koce i flanele; cichy szum w tle. W korytarzu stoi nawet choinka, wzdłuż ścian zawieszono światełka i świąteczne dekoracje. W gablotach wiszą listy z podziękowaniami i pełnymi uśmiechów zdjęć, Mikołaj zna je prawie na pamięć, bo codziennie zatrzymuje się przed tymi gablotami i patrzy. Czyta, porównuje tygodnie, gramy i centymetry. Próbuje utwierdzić się w tym, że nie jest tak źle, że znacznie bardziej ponure historie kończyły się dobrze, i oto ma przed oczami dowody tych dobrych zakończeń. Otaczająca go noc stara się być przytulna, kołysząca. Stara się być bezpieczną przystanią pełną znajomych twarzy, zmęczonych uśmiechów i wypowiadanych radosnym głosem zapewnień, że dzisiaj dobrze, lepiej, pewnie już niedługo, trzeba jeszcze tylko trochę poczekać, cierpliwości. Robi co może, ale i tak się jej tu wszyscy wokół boją.
To nie jest najczarniejsza noc, powtarza sobie Mikołaj, zjeżdżając windą w dół i przemierzając podziemne korytarze. Zdecydowanie daleko jej do najczarniejszych nocy, próbuje się przekonać, stojąc przed oszklonymi drzwiami i raz po raz naciskając domofon, zastanawiając się, czy to dobrze, że jest tak spokojnie; czy rzeczywiście powinno być. Tylko ten kawałek jest straszny i ciemny, tylko ten odcinek tunelu, od windy do drzwi. Zaraz znowu będzie przytłumione światło, i lampki i wszystkie te znajome, zmęczone twarze. Oszklony korytarz, przemierzany z sercem w gardle, bo niby wczoraj było dobrze i mówią, że wkrótce, ale kto wie. Wokół dzieje się różnie. W pastelowej krainie przygaszonego światła, szumu i środków do dezynfekcji zawsze czai się wątpliwość. Szczerzy zęby segregator z kartami zgonów stojący na biurku w sekretariacie, obok dokumentów kadrowych.
Sztuką jest iść korytarzem i nie myśleć zbyt wiele, nie rozglądać się na boki. Nie patrzeć zbyt długo na to, co za oszkloną szybą. Koncentrować się na smugach światła wpadających przez żaluzje w drzwiach ewakuacyjnych po drugiej stronie. Iść, aż dotrze się do celu. Im wyższy numer sali tym lepiej, tak mówią. Pozostaje im wierzyć, że rzeczywiście, trzymać się tego kurczowo, starannie dezynfekować ręce.
Mikołaj nawet lubi przebywać w tej ciszy i półmroku (tak sobie powtarza), bo czas się zatrzymuje i można odpoczywać w fotelu i czuwać i być blisko i udawać przed sobą, że jest się rodzicem stworzenia za szybą. Co z tego, że Mikołaj go nie zna, nie miał jeszcze okazji dobrze poznać. Siada na krześle i opowiada o smugach światła, tak blisko, za ścianą. Próbuje wytłumaczyć, czym jest światło słoneczne, bo dla kogoś żyjącego w ciszy, półmroku i za szybą to zupełnie obcy koncept.
To nie jest najczarniejsza noc, powtarza sobie, kiedy od czasu do czasu ktoś poświęca mu uwagę, i kładzie mu w ramionach tę obcą istotę, za małą, za chudą, tak kruchą że naprawdę chyba lepiej by jej było za szkłem. Siedzi, czeka aż znów będzie mógł oddychać bez lęku, że coś zepsuje. Żegna się szybko, za szybko; przemierza korytarz, jedzie windą, odbiera kurtkę w szatni i wychodzi na zimowy poranek, mrużąc oczy w odbijającym się od śniegu świetle. Wsiada w auto i jedzie do domu, gdzie nic nie jest przytłumione i wyraźnie widać wszystkie tęsknoty. braki i chcenia. Opowiada, że udało się, że miał go w rękach, że już niedługo, już wkrótce będą razem. Że to nie jest najczarniejsza noc, to jest w sumie całkiem przyjemny kokon, w której można sobie rosnąć i dojrzewać i uczyć się rzeczy, uczyć się siebie. Nic nie szkodzi, nie zrobiłaś nic źle, nie jesteś mniej, jesteś równie mocno, najmocniej. W sumie wyszło nawet lepiej, bo jest czas, żeby wszystko zorganizować, wszystko załatwić, zbudować życie wokół tego wycinka ciemności.
Przez telefon wciąż słyszy, że jest szczęściarzem.
Może wrócić do domu i mieć czas dla siebie, gorączkowo przeszukiwać Internet w poszukiwaniu tych wszystkich historii, tak bardzo podobnych i tak bardzo innych, szczęśliwych, tragicznych, przyprawiających o dreszcze, znaleźć tysiące dowodów na to, że mogło być znacznie gorzej. Nasycić się tymi historiami, połknąć ich tyle, że aż wylewają się nosem i uszami i nie można już więcej. Wziąć prysznic (połowiczny), wyspać się (nieprawda, poczytać jeszcze trochę opowieści, bo gdzieś musi być jakaś podobna do opowieści Mikołaja, ktoś już musiał napisać zakończenie, trzeba tylko je znaleźć), zjeść śniadanie (bez smaku) i wypić kawę (wczorajsza), zanim znów zjedzie windą na dół, w objęcia zimnego, starego tunelu. Ku miękkiej, łagodnej nocy, ku oczekiwaniu, przyzwyczajaniu się do siebie i przysypianiu razem w fotelu. Ma czas, żeby znaleźć właściwe słowa i jakoś to wszystko wytłumaczyć, rozplątać.
To tylko początki, jeszcze zdążycie mieć dość, tak mówi właściwie każdy, z kim Mikołaj rozmawia, komu wysyła pospieszne, rozmazane zdjęcia (jak zrobisz zdjęcie, nie możesz już dotykać, zawsze ten dramatyczny wybór). Będziesz miał tego po kokardę, tak, pewnie. Potakuje, dziękuje za troskę, za jedzenie, za zdecydowanie za duże ubranka, które przydadzą się może za jakiś czas, może nigdy. Idzie korytarzem, stara się nie pamiętać, nie myśleć o tym, jak szedł nim po raz pierwszy, to też nie była najczarniejsza noc, przecież miał to dziecko za szybą. Mogło się skończyć znacznie gorzej, tak sobie powtarza. Zna-cznie-go-rzej, mówi sobie do rytmu odbijających się echem kroków. Stara się nie pamiętać o tym, jak bardzo miało być inaczej, jak to wszystko miał wcześniej przygotowane i wymyślone. Jak sprzątał przez dwa tygodnie czekając na szczęśliwe zakończenie. Jak składał kołyskę, która teraz wciąż stoi przy łóżku, bo nie miał czasu jej przenieść ani rozłożyć i teraz budząc się obserwuje grę promieni słońca na białych szczebelkach.
Nie-pamiętać, nie-pamiętać, nie-pamiętać. I nie bać się, nie bać się, kiedy stoisz pod tymi drzwiami, ze zdezynfekowaną ręką na domofonie. Powiedzieli, że oddadzą to oddadzą, czemu mieliby nie oddać?
To nie była najczarniejsza noc, zapewnia Mikołaj, kiedy jadą do domu samochodem. Przekonasz się, że nie była, powtarza. Będzie wspaniale, synku, zobaczysz, będą smugi światła co rano. Całą drogę opowiada, jak będzie. Mały nie ma silnych opinii, śpi spokojnie w fotelu, nie budzi się nawet na przywitanie z kotami. Śpi i je większość nocy i Mikołaj z ulgą dochodzi do wniosku, że jest w tym całkiem dobry.
Świt wstaje niepostrzeżenie, styczniowy i szary. Żadnych promieni słońca wpadających do sypialni, żadnej iluminacji, nagłej lekkości. Po prostu dosypianie, dochodzenie do siebie, uczenie się nowego rytmu.
Nie jest tak naprawdę pewien, ile jeszcze minęło nocy i poranków. Nie spieszą się, potykają się o siebie i zlewają w jedną, szarą całość, w nieskończenie długie godziny przed świtem, w czuwanie i czekanie aż wreszcie wzejdzie słońce.
I dopiero kiedy słońce wstaje pierwszego dnia wiosny, Mikołaj uświadamia sobie, że ta noc naprawdę była najdłuższa i najczarniejsza, i dopiero teraz jest ranek, ich troje w łóżku, smugi światła i zawody w ziewaniu.
