Landryn nigdy nikomu o tym nie mówił, ale przez jakiś czas jego najlepszym przyjacielem był dół w ziemi.
Zaczęło się od tego, że miał iść na ognisko do znajomego znajomych kolegi z ławki. W wietrzne, jesienne popołudnie maszerował krętą, leśną ścieżką, próbując rozstrzygnąć, gdzie też jest ten legendarny dąb, przy którym obiecano mu całonocną zabawę. Las tonął w rudościach i brązach liści, żółtych plamach nawłoci i czerwonych jarzębinach. Niebo przybrało już szatę wieczorną, wyczekując zachodu słońca. Podświetlone na żółto, ciężkie chmury zbiły się w gęstą, kłębiastą ścianę, próbując najwyraźniej bronić się w ten sposób przed ostrym wiatrem, który i tak szarpał je i rozwlekał po niebie wedle uznania. Silniejsze podmuchy śpiewały w gałęziach, szeleściły, podrywały z leśnej ściółki wir wielobarwnych liści. Każdy krok zdawał się krokiem w głąb szaleństwa.
Landryn jak to Landryn, szedł ze słuchawkami w uszach, nucąc pod nosem piosenkę o tym, że ja tańczę, a niebo gra. Może to były omamy, może po prostu za mało spał tej nocy i za długo siedział przy komputerze, ale wydawało mu się, że ktoś, coś w głębi lasu mu odpowiada.
Zaraz po wyjeździe mamy przeprowadzili się z ojcem do Zarzewia, do mieszkania po dziadkach. Landryn kojarzył okolice głównie hasłowo, z wycieczek za dzieciaka, jeszcze z obojgiem rodziców. Pamiętał mgliście dąb na środku polany, jakiś strumyk, mokradła i torfowisko. Wiedział o stołach i ławach przygotowanych na rodzinne pikniki, słyszał też o wilczych dołach. Wstydził się przyznać przed nowymi znajomymi, że potrzebuje przewodnika, że taki duży chłop, a nie da rady sam pójść do lasu i trzeba wokół niego skakać. Z tego co wiedział, koledzy kolegi już na niego czekali. Zerwali się z lekcji, przygotowali ognisko, zdobyli alkohol. On nie chciał aż tak podpadać ojcu, musiał negocjować, żeby w ogóle wolno mu było wyjść z domu na całą noc.
Teraz jednak był środek lasu, dół częściowo zarośnięty krzakami i małymi drzewkami; niesiony wiatrem głos, tak doskonale zgrywający się z głosem Landryna.
To ostatnia z dróg, szuka twoich stóp, teraz stań na najwyższej z gór i połknij wiatr. Góry nie były co prawda jakieś imponujące, Landryn podszedł jednak do samej krawędzi dziury i popatrzył w dół. Na moment zsunął słuchawki z uszu, wyłączył nawet muzykę w odtwarzaczu mp3. Nic już nie grało mu nad samym uchem, wciąż jednak słyszał niosący się po lesie głos. Głos nucił na całkiem inną melodię. Śpiewał o tym że odpowie ci wiatr, wiejący przez świat, odpowie ci bracie tylko wiatr. I nagle Landryn nie był już nastolatkiem w glanach, czarnej koszulce i skórzanej kurtce, z butelką zwiniętej ojcu nalewki w plecaku-kostce. Był dzieciakiem, którego rodzice po raz pierwszy wysłali na letni obóz, bez przekonania budującym szałasy w lesie, osłaniającym twarz przed dymem z ogniska i opowiadającym sobie z chłopakami z pokoju straszne historie przed zaśnięciem. Śpiewającym wraz z całą resztą grupy, że gdzie ta brama na szeroki świat, i że słońce wyrusza na włóczęgę. Z całą mocą dotarło do niego, że to wszystko, co miało miejsce przed przeprowadzką do Zarzewia nie zniknęło i wciąż tkwi pod skórą, jak bolesna zadra. Że wciąż jest pełen żalu i złości i smutku i tak naprawdę wcale nie ma ochoty siedzieć przy jakimś ognisku z kolegami kolegi, którego poznał może półtora miesiąca wcześniej. Olać to wszystko, zadecydował, nawet z pewną ulgą. Nie chce być licealistą udającym, że potrafi przepić innych licealistów i kompletnie nic go nie rusza. Chce być dzieciakiem na koloniach śpiewającym sobie z kimś piosenki z prostszych, mniej przytłaczających czasów.
Usiadł na brzegu wilczego dołu i zaczął śpiewać, a niesiony wiatrem głos nieodmiennie mu wtórował.
Śpiewali piosenki ogniskowe (nawet tę, o lecie z komarami, której zwykle nie lubił), śpiewali szanty, śpiewali stare piosenki Czerwonych Gitar, które mama Landryna czasem nuciła w samochodzie podczas wyjątkowo długich podróży. Piosenki Kaczmarskiego, kojarzące mu się z górskimi schroniskami i ostatnią rodzinną wędrówką po szlaku (wtedy jeszcze nie miał pojęcia, że naprawdę jest ostatnia i mama krótko potem wyjedzie). Śpiewali, aż chłopak zupełnie ochrypł i skończyły mu się piosenki. Głos dochodzący gdzieś z dołu wcale jednak nie przerywał. Nucił kołysanki i wyliczanki, a Landryn siedział i słuchał kojącego szumu wiatru, szepczącego dobrze znane słowa i to było tak, jakby rozmawiał z najlepszym przyjacielem. Trochę płakał. Nie dotarł ostatecznie na ognisko znajomego znajomych.
Chodził do lasu przez większość liceum, kiedy działo się dobrze i kiedy działo się źle, a nawet bardzo źle i kiedy wraz z wilczymi dołami śpiewał, że idąc cmentarną aleją szukam ciebie, mój przyjacielu, bo inne melodie już nie istniały. Nigdy tak naprawdę nie rozmawiali. Nie potrzebowali własnych słów, bo wystarczały im słowa piosenek. Nigdy nie próbował zejść po stromym zboczu i zobaczyć, co jest na samym dole. W jakiś sposób, wydawało mu się, wyłapywał to ze śpiewu przyjaciela, że to by nie było w porządku i po co psuć coś, co działa? Nie dziwiło go to jakoś szczególnie, on też przecież nie zapraszał dziury w ziemi do swojego mieszkania i nie przedstawiał ojcu. To była po prostu jedna z tych znajomości, które z założenia działały na neutralnym gruncie. Mogli sobie siedzieć w lesie i śpiewać i grać – z czasem Landryn zaczął przynosić do lasu swoją gitarę i był pewien, że gdzieś z dołu, spomiędzy krzaków i drzew dobiegają odgłosy pianina – ale to im w zupełności wystarczało.
Pod koniec liceum Landryn zaczął robić karierę w branży muzycznej. Niestety w całym tym zamieszaniu nie było zbyt wiele czasu na wilcze doły. Nie mógł przecież zaprosić ogromnej dziury w ziemi na swój koncert w innym mieście, niby jak by to miało wyglądać? Z początku, po kilku pierwszych próbach chodził jeszcze czasem do lasu, pochwalić się nowymi kompozycjami i pomysłami, ale wiatr jakoś nie potrafił podchwycić melodii i nie potrafił zapamiętać słów, odpowiadał więc wszystkimi tymi piosenkami, które Landryn owszem, lubił na początku liceum, ale teraz akurat przyprawiały go o dreszcz zażenowania.
Wyjechał w pierwszą w życiu trasę koncertową, potem wyjechał w drugą. Nagrał z zespołem płytę, chociaż nie sprzedawała się bardzo dobrze. Próbował nagrać drugą, ale nie udało im się zebrać dostatecznie dużo materiału i ostatecznie się rozpadli. Wpadł w wir imprez i używek, głównie dlatego, że wydawało mu się, że skoro jest muzykiem i wokalistą to powinien i wypada. Rozstał się z dziewczyną ze szkolnych czasów (czy raczej ona z nim zerwała). Znalazł miłość swojego życia. Tracił przyjaciół i odzyskiwał przyjaciół. Zjeździł pół kraju, chwytał się dorywczych prac, trochę dorabiał, grając na ulicy, kupił sobie używany samochód.
Minęło ponad dziesięć lat zanim znów zdecydował się iść na wilcze doły. Przez cały ten czas często zastanawiał się, co by się stało, gdyby kiedykolwiek odważył się zejść na sam dół. Co, albo kogo by tam zastał i jak mogłoby potoczyć się jego życie. Z czasem zaczął rozumieć, że śpiewające doły prawdopodobnie nie są najbardziej typową rzeczą pod słońcem i raczej nie wszyscy licealiści zastanawiają się nad tym, jak przedstawiliby ojcu wielką dziurę w ziemi, gdyby kiedykolwiek planowali to zrobić.
Pewnego czerwcowego wieczoru wymknął się z mieszkania bez słowa, nie uprzedzając żadnego ze współlokatorów. Nie do końca był pewien, czy potrafi im wytłumaczyć kwestię wilczych dołów i nie do końca był pewien, czy kiedykolwiek chce to robić.
Kiedy szedł przez przedmieścia w stronę lasu, wciąż jeszcze królował czerwiec i upał. Błękit bezchmurnego nieba blaknął stopniowo, w miarę jak słońce zapadało się w koronach drzew. Tak długo, jak Landryn patrzył przed siebie, w stronę lasu, niebo wciąż wydawało się jasnym, rozmywającym się stopniowo w różach wspomnieniem pięknego dnia. Dopiero odwracając się przez ramię dostrzegał rozświetlone okna wieżowców odcinające się na tle atramentowej ciemności. Granice dnia i nocy przesuwały się z każdym kolejnym krokiem.
W lesie Landryna zastał pozbawiony cieni zmierzch. Ścieżki przykrywał dywan zeszłorocznych liści; szeleściły cicho pod podeszwami ciężkich butów. Korony drzew tonęły w zieleni, w poszyciu kwitły leśne kwiaty, a mimo to w jakiś sposób powietrze przesiąkała zdecydowana nuta jesiennych ściernisk. Nogi niosły we właściwym kierunku, wybierały odpowiednią drogę na rozstajach, podejmowały decyzje. Landryn nie zastanawiał się, po prostu szedł przed siebie, nucąc cicho pod nosem tę samą piosenkę co dawno temu, jesienią. Planował podejść cicho, bez uprzedzenia, jakoś nie potrafił się jednak powstrzymać. Nucił jeszcze zanim zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że nuci.
Wiatr odpowiadał mu z ociąganiem, najwyraźniej wciąż jeszcze urażony długą nieobecnością i latami milczenia. Ostrożny. Ostatecznie zaintonował piosenkę o tym, że tam gdzie chciałem już nie dojdę, szkoda zdzierać nóg, i że przyjaciele, hej, zostańcie ze mną. Landryn nie był do końca pewien, co o tym myśleć. Ostatecznie przyłączył się i zaśpiewali piosenkę razem, od początku do końca, jak należy. Przez cały ten czas Landryn stał na krawędzi dołu, tak jak wiele lat wcześniej, patrząc na porastające dno krzaki i drzewka. Wydawały się wyższe, niż kiedy widział je ostatnio.
Zrobił jeden krok w dół i wokół niego zrobiło się jakby chłodniej, w powietrzu zapachniało mgłą i dymem z ognisk. Kolejny krok i niebo stało się jaśniejsze, mniej wieczorne. Przywodziło na myśl wszystkie jesienne popołudnia świata, z obłokami roztartymi po niebie gumką ołówkową i bladym, rozmytym słońcem. Jeszcze dwa kroki i liście brzóz zawirowały w powietrzu niczym odpryski złota. Pajęczyny drgały, rozpięte między gałęziami. Zaczerwieniły się jarzębiny, zaowocował głóg.
Landryn długo, dużo dłużej, niż mógłby się spodziewać. Z każdym krokiem czerwcowy wieczór przeobrażał się w rześkie, październikowe popołudnie. Drzewa, które wcześniej wydawały się drobne i cherlawe, pięły się aż pod niebo, prawie zahaczając o chmury. Odwrócił się za siebie, ale nie dostrzegł już ani kawałka sosnowego lasu otaczającego wilcze doły. Znajdował się w cichej dolinie pośród łagodnych wzgórz, tonących w rudościach i brązach, gdzieniegdzie przetykanych różem i fioletem wrzosów. Krajobraz spowijała złocista mgiełka późnego popołudnia i Landryn szedł krok za krokiem, coraz bardziej oczarowany. Dopiero kiedy dywan z liści zmienił się w prawdziwy dywan, miękki i wzorzysty, muzyk zorientował się, jak bardzo jest cicho. Nie powinno być cicho, uświadomił sobie. Piosenka o przyjaciołach, którzy nie chcą zostać i poczekać umilkła, podobnie jak ciche tony pianina.
Samo pianino stało kawałek dalej, mniej więcej na środku częściowo przykrytego liśćmi dywanu. Klapa była zamknięta. Obok pianina stał zaś wysoki, szczupły osobnik w długim, ciemnym płaszczu. W jednej dłoni nieznajomy trzymał kapelusz, drugą zaciskał na rączce ogromnej, skórzanej walizy. Wiatr rozwiewał płomiennie rude włosy, oczy miały barwę żywicy. Z twarzy nie dało się wyczytać ani wieku ani płci; istota wydawała się być ponad to. Landryn skinął głową, bo nie bardzo wiedział, co miał powiedzieć w obliczu bożka ukrytego, jesiennego świata. Nieznajoma istota odwzajemniła gest.
– O jak dobrze cię widzieć, o jak dobrze cię słyszeć… – Usta nieznajomego podróżnika otworzyły się, chociaż głos, głos, z którym Landryn tak wiele razy śpiewał i tak doskonale znał, zdawał się dochodzić zewsząd: od liści, od wiatru, od ziemi, od wzgórz. Śpiewała do niego cała dolina.
– Ja też nie sądziłem, że tu jeszcze wrócę – przyznał Landryn, przestępując z nogi na nogę.
– Jest tyle różnych dróg, u-uu – Melodia i rytm zmieniły się niemal natychmiast. – Co ty tutaj robisz?
Muzyk zawahał się. No właśnie, dlaczego? Skąd wzięła się ta nagła chęć, żeby bez słowa opuścić mieszkanie i ruszyć do lasu po tak wielu latach? Co go tu właściwie przygnało, jakie pragnienia i tęsknoty?
– Chciałem zobaczyć prawdziwą twarz przyjaciela – zdecydował wreszcie. Złotooka istota obserwowała go z pewnym zdumieniem i nieco zamglonym smutkiem. – Jesteś…. Jesteście kimś ważnym – przyznał. – Kimś, kto mnie rozumiał i nigdy nic nie oczekiwał i do kogo mogłem przyjść, kiedy nie chciałem być nigdzie indziej. I może… – zawahał się. Rozmawianie z dziurą w ziemi było niezręczne, zwłaszcza, kiedy ta dziura patrzyła na niego odległymi złocistymi oczami jesiennego bożka i odpowiadała wyłącznie tekstami piosenek. – Może to nie było do końca w porządku, że przestałem was odwiedzać i tak długo was unikałem. Chciałem, żebyście wiedzieli, że to nie tak, że kiedykolwiek przestałem was lubić i doceniać. Po prostu dużo się działo, byłem w trochę innym momencie życia, ale pomyślałem, że przyjdę, powiem. Tak naprawdę przecież nigdy nie rozmawialiśmy.
– Każdy myśli to co myśli, myśli sobie moja głowa, może w końcu mi się uda wypowiedzieć proste słowa. I dlatego lubię mówić z tobą.
– Tak, wiem – zgodził się muzyk. – To była rozmowa, to była chyba najlepsza rozmowa w jakiej brałem udział, po prostu chciałem… Są rzeczy, które chciałem powiedzieć własnymi słowami. I które powinniście usłyszeć twarzą w twarz. Spotkanie was to było najlepsze, co mi się przydarzyło w liceum i wiele wam zawdzięczam. Byłbym zupełnie kimś innym, gdyby nie wy.
Rudowłosa istota przyglądała mu się przez chwilę w napięciu. Ostatecznie pokiwała głową.
– Szczęśliwej drogi już czas, mapę życia w sercu masz…
Landryn zamrugał.
–…Słucham?
– Musimy iść – powiedziała istota i to były chyba pierwsze nie-zaśpiewane słowa. Wciąż brzmiały jakby istota składała je z różnych, zasłyszanych piosenek, mieszając rytm i melodię słów. Nie przychodziło jej to łatwo.
– …iść?
– Zdecydowaliśmy, że stąd odchodzimy.
– Przeze mnie?
Istota uśmiechnęła się słabo, pokręciła głową.
– Czas na nas. Byliśmy tu za długo. Poznaliśmy wiele piosenek z tego świata, wiele dobrych piosenek, ale w drogę już, czas w drogę. Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. Czekają inne piosenki, w innych miejscach.
– Mogę iść z wami?
Jesienny bożek zaprzeczył ruchem głowy. Możliwe, że szukał słów odpowiedniej piosenki. Możliwe że taka piosenka po prostu nie istniała.
– Och – Landryn zapatrzył się na fortepian. – Rozumiem. Zaśpiewamy coś jeszcze raz? – zaproponował.
– Dobrze – odparł mu ustami istoty las i wiatr i ziemia. – Zaśpiewamy. A później czas nam w drogę.
– Zgoda.
Klapa pianina znów została otwarta, smukłe palce zatańczyły na biało-czarnych klawiszach. Istota przysunęła sobie stolik i usiadła, zagrała kilka pierwszych nut. Landryn rozpoznał je od razu, zaśpiewali więc – dość w sumie banalnie, jak uznał Landryn – że miłość idzie przez park i że to cudowny był dzień, gdy zapewniałaś mnie że nic nie rozdzieli nas już. Gdy skończyli śpiewać, klapa pianina znów została zakryta. Istota sięgnęła po swoją walizkę, nacisnęła kapelusz na głowę i ukłoniła się lekko Landrynowi. Landryn odwzajemnił ukłon. Patrzył, jak wędrowiec zmierza w stronę znajdującego się po drugiej stronie polany przejścia między dwiema splecionymi brzozami. Jak znika po drugiej stronie, a wraz z nim znikają brązy, rudości, jesienne niebo i cała ukryta wśród wzgórz dolina. Stał w ciepłej, czerwcowej ciemności na samym dnie wilczego dołu.
Ostatecznie wzruszył ramionami i wrócił w drogę powrotną ku widocznym za lasem wieżowcom. Piosenka o jesieni idącej przez park jakoś nie chciała wyjść mu z głowy.
