Grzyb o koralowej strukturze rosnący na starym pniu drzewa.

W ogień – część II

Jedną z głównych zalet Landryna okazał się fakt, że dysponował gotówką. Niekiedy dysponował też zdrowym rozsądkiem, na tyle, żeby jednak nie pozwolić, by dwóch roztrzęsionych i rozgorączkowanych licealistów (z czego jeden ranny) wracało do domu pieszo, brodząc po pas w jesiennej słocie. 

Nie pytając o zgodę i opinię, zaciągnął ich najpierw do stacji pogotowia, gdzie Aleksa wstępnie pozszywali i opatrzyli, na szczęście nie zadając zbyt wielu niewygodnych pytań, następnie zaś pod osiedlowy pawilon. 

– Czekać – warknął, pomagając rannemu usiąść na schodach obok apteki. – Nigdzie nie iść. 

Zniknął na dobre dziesięć minut, po czym wrócił z reklamówką pełną bandaży i leków na przeziębienie. 

– Trzymaj – wcisnął ją Gabrysiowi. – Przyda wam się. 

– Dzięki. 

– Spieprzaj – mruknął słabo Aleks. Starannie zwinął nowy szalik Gabrysia, który wcześniej przykładał do policzka jako zaimprowizowany opatrunek i podał właścicielowi. Miękką, szarą  wełnę pozlepiała krew. – Już nie potrzebuję. 

Landryn tylko wzniósł oczy ku niebu.

– Jesteś cały? – spytał, mierząc Gabrysia długim spojrzeniem. – Nic nie zrobił?.

Gabriel pokiwał głową. Wcisnął pokrwawiony szalik do kieszeni kurtki. 

– Nie zdążyli. Jak twoja ręka? Wszystko w porządku? 

– Ta. Ogarniemy wam zaraz jakąś taksówkę, tylko najpierw sobe zapalę. dobra? Też chcecie? 

Aleks chciał i drżącą, zakrwawioną dłonią przyjął odpalonego już papierosa. Gabryś podziękował. 

– Więc… Co się właściwie dzisiaj odwaliło? – spytał Landryn, wydmuchując z ust imponującą chmurę dymu. – Co to było tam w mieszkaniu?

Gabryś rozmasował skronie. Czaszkę wciąż wypełniała wilgotna, lepka mgła. Wciąż pamiętał szelest liści, wciąż słyszał w nim błagalne głosy, czuł strach i tęsknotę istot uwięzionych w pokoju na końcu korytarza. 

– Coś, co zabiło prawdziwego Miśkiewicza i całą jego rodzinę – odparł. 

– Co? – Landryn aż się rozkasłał. 

– To był wędrowiec – odezwał się wreszcie Aleks, nie tyle blady, co trochę bladozielony na twarzy.  Opatrunek z jałowej gazy zaczynał już nieco przeciekać. 

– Wędrowiec? – powtórzyli jednym głosem Gabriel wraz z Landrynem. 

– To, co nam wcześniej mówiłeś. Co Miśkiewicz widział tam gdzieś, gdzie chlaliście na torach to nie były żadne dziwne wkręty tylko jedna z istot z… z innego miejsca. Nie wiem dokładnie skąd, wujek na razie mówi, że mam się nie interesować. Wiem tyle, co podsłuchałem jak gadał przez telefon. Pojawiło się w ich okolicy całkiem sporo, mieli nawet taki jakby ul – wyjawił. Gabryś wytrzeszczył na niego oczy. – Poszli zdaje się wczoraj w nocy się ich pozbyć. Ten jeden im musiał jakoś wcześniej umknąć i ukrywać się tutaj jako Miśkiewicz. 

Dla Landryna to musiało być dużo nowości na raz, bo po prostu palił w milczeniu, próbując ułożyć to sobie wszystko w głowie. Gabryś nawet nie próbował, po prostu siedział na schodach, zupełnie nie radząc sobie z myślą, że Aleks jednak wiedział jak to wszystko wytłumaczyć i właśnie to zrobił, tylko że postanowił tłumaczyć Landrynowi, a nie jemu. I już prawie miał nadzieję, że to najgorszy aspekt całej sytuacji i gorzej już nie będzie, kiedy nagle Aleks spytał. 

– Pierwszy raz robiłeś ten numer ze śpiewaniem? 

– W sumie nie – odparł Landryn, nagle jakby zmieszany. – Znaczy w ten sposób właściwie tak. Ale nie. Zauważyłem, że czasem jak gram albo śpiewam to to… dziwnie działa na ludzi i trochę się zagapiają i jak chcę to mogę ich w ten sposób zmusić, żeby robili rzeczy, ale nigdy wcześniej no… Nie próbowałem w ten sposób – wyznał. – Nie wiedziałem, czy zadziała. Ale zadziałało. 

– I długo tak? – dopytywał Aleks. – Wiesz, że to potrafisz? 

– Z rok? Zorientowałem się jakoś, jak mój stary wyjechał na kontrakt. I jak zacząłem się bujać z chłopakami z zespołu. Bo tak obiektywnie to straszne z nas patałachy, ale jakoś jak zaczynam grać, to jednak wszyscy stoją i słuchają. Tak sobie właśnie myślałem – Landryn uśmiechnął się triumfalnie. – Że wy dwaj też siedzicie w temacie. Tylko nie było jak zagadać. 

– No to żeś znalazł sposób. – Aleks posłał mu wyjątkowo kwaśny uśmiech. – Pogratulować. 

Landryn wzruszył ramionami. 

– Co ty potrafisz, Jasny,  to chyba nawet wiem. – Uśmiechnął się krzywo do rannego. Przeniósł wzrok na Gabriela. – A ty? 

– Wygląda na to, że potrafi wyczuwać obecność takich właśnie wędrowców – poinformował Aleks, z tak wyraźną dumą, że Gabryś z miejsca był mu gotów z miejsca wybaczyć wcześniejsze zaniedbania i niesprawiedliwości. – I uprzedzać, że są w okolicy. To bardzo unikalny talent. Wyjątkowy. I jak sam zauważyłeś, potrzebny.

– O, no patrz. – Landryn w zadumie pokiwał głową. – Ten wasz wujek – podjął. – To jest nie wiem, jakiś wasz mentor? Uczy was czegoś? Dlatego u niego siedzicie? 

Aleks zjeżył się momentalnie. Ciemne oczy rozbłysły wrogo. 

– Zostaw to – poradził. 

Muzyk zerknął na niego, dość zdezorientowany tak nagłą zmianą nastawienia. 

– Ale co? Zazdrosny, czy jak? Nie chcesz się dzielić mentorem, to bez łaski, znajdę sobie inn… 

– Dam ci jedną radę, Landryn – odezwał się Aleks, teraz już nie zły, tylko po prostu bardzo zrezygnowany i zmęczony. – Lepiej po prostu żyj sobie i graj, używaj swojej mało istotnej magii do drobnych rzeczy, broń się przed wędrowcami, jeśli znajdziesz się w kłopotach, ale trzymaj się z daleka od wielkiej magii i ludzi, którzy jej uczą. Lepiej na tym wyjdziesz. I będziesz szczęśliwszy.

– Ale… Ale dlaczego? 

Chłopak uśmiechnął się tak gorzko, jak tylko dało się uśmiechnąć z niemal połową twarzy przykrytą opatrunkiem. 

– Czasem to, co wydaje się tajemnicą, Landryn, okazuje się jedynie rozpaczą. 

*** 

Już kiedy jechali taksówką, rzeczywistość była nieco rozmyta i ciemna na krawędziach. Gabryś nie był nawet pewien, czy sam podawał adres, czy w ich imieniu zrobił to Landryn. 

W dłoni ściskał pięć dych, które basista pożyczył im na uregulowanie rachunku i zastanawiał się, z czego mu to później oddadzą. Prawdopodobnie okradną Giewonta, nic innego nie przychodziło mu do głowy. 

Zapłacili i przez tonące w błocie, zarośnięte podwórze ruszyli w stronę willi. Nie miał pojęcia, jakim sposobem zdołali dostać się po schodach na górę i nie zwrócić uwagi wciąż kręcących się po budynku dziadów. Starczyło mu jeszcze przytomności na to, by przebrać siebie i Aleksa w coś bardziej odpowiedniego do spania, doszorować ich obu z zaschniętej krwi. nafaszerować lekami i przynieść dużo koców. Aleks mógł sobie mówić, że koce nie są w stanie pokonać zimna, ale przecież teraz nie był sam, więc o co chodzi. Zasnęli kiedy tylko przyłożyli głowy do poduszek. 

Pod wieczór, kiedy wszystkie nadprogramowe auta zniknęły już z podjazdu, odwiedziła ich Tośka. Pokręciła głową na widok Aleksa, zniknęła na chwilę u siebie na górze, po czym wróciła z kolejną porcją syropu na zbicie gorączki i jakąś żółtawą, waniejącą bagnem maścią, którą wysmarowała świeżą ranę na policzku. Sądząc po reakcji Aleksa, przyniosło to pewną ulgę. 

– Wiadomo coś? – zapytał chłopak, siadając na łóżku. Bose stopy musnęły deski podłogi. Za oknem dawno zdążył już zapaść pochmurny, jesienny zmierzch. Przez szpary w okiennych ramach wślizgiwał się do sypialni zapach deszczu; ciężkie krople spływały po szybie, rozsmarowując na niej światło latarni. 

Tośka zerknęła przelotnie na Gabrysia, znów przeniosła wzrok na Aleksa i wzruszyła ramionami. Tego wieczora zdecydowanie wyglądała na mniejszą, młodszą i bardziej bezradną, jakby sama dopiero co skończyła liceum, a nie od kilku lat migała się od studiów. Miała na sobie zapiętą aż pod szyję, zieloną koszulę. Bardzo jasne, jakby odbarwione włosy zaczesała w dobierany warkocz, związany aksamitną kokardą. W oczach o barwie starego żelaza czaił się lęk. 

– Na razie nic nowego – powiedziała wreszcie. – Giewont im opowiedział, co się tu stało, ja go poparłam. Na razie zdecydowali, że spotkamy się za jakiś miesiąc i to przegadamy i wtedy zadecydują. Czy Giewont dalej będzie was uczył, czy… pójdziecie gdzie indziej. 

Aleks łypnął na nią podejrzliwie.

– Ale przecież mówiłaś, że im powiedział, co się stało. I że go poparłaś. To w takim razie dlaczego…? 

Tośka zapatrzyła się w okno, zmęczona, zrezygnowana, i nawet teraz pięknie wyprostowana, jakby zaraz miała zacząć tańczyć. 

– Nadal mu nie ufają. Próbują ustalić, co dokładnie spowodowało wybuch i co to miało wspólnego z Wieżą. Bo jakby… to jest słowo Giewonta przeciw jej słowu, a ona nie miała szansy się wypowiedzieć. Mówiłam mu, że będą z tego problemy. Nie chciał słuchać. 

Sądząc po minie Aleksa, nie spodziewał się po Giewoncie niczego innego. Gabryś po prostu siedział na łóżku,opierając się o ścianę i obejmując poduszkę. Zerkał to na Aleksa, to na Tośkę, nie za bardzo wiedząc, czy w ogóle ma w tej sprawie prawo głosu. 

– Nie ma co sobie tym na razie zawracać głowy – orzekła wreszcie Tośka, chyba próbując ich jakoś uspokoić. – Nie sądzę, żeby naprawdę mogli was gdzieś przenieść. Tkaczka i Kolekcjoner mają pełne ręce roboty, Jedwab tak samo. Szczurołapa nie ma, Wieży nie ma, a oni ściągnęli do siebie Giewonta przecież właśnie po to, żeby robił to, co robi. Dopóki nie będą mieli jakichś bardzo mocnych dowodów na to, że to on załatwił Szczurołapa, raczej nie zrezygnują z jego wsparcia. Oczywiście pomogłoby mu bardzo, gdyby widzieli, że jest skuteczny i ma wyniki, ale… – Zerknęła na obu chłopców i pokręciła głową, najwyraźniej konfrontując się z trudną rzeczywistością. – Cóż, mamy jeszcze czas. Na razie musicie się doleczyć. 

– Żadnej presji, nie? – zadrwił Aleks, spoglądając na nią z wyraźną urazą. 

Odpowiedziało mu wzruszenie ramionami. 

– Zrobię wam herbaty, co? – zaproponowała Tośka. – Takiej z miodem, cytryną, malinami i wszystkim. 

Jakiś kwadrans później Antonina rzeczywiście wróciła z dwoma kubkami herbaty, życzyła dobrej nocy i wycofała się do swojej najwyższej komnaty na najwyższej wieży. Pili w milczeniu, wciąż zbyt zmęczeni i oszołomieni całym dniem, by rozmawiać. Gabryś co jakiś czas kaszlał, wciąż bolało go gardło. Ostatecznie odstawił jednak swój pusty kubek na szafkę, skulił się pod kocami i nawet zdołał znaleźć jakąś względnie wygodną, umożliwiającą zaśnięcie pozycję. 

Śnił o bladych oczach i liściach pod nogami szepczącymi swoje smutne historie, o szpalerach starych drzew i alei tonącej w listopadowej mgle. Gdzieś nad uchem słyszał łkanie i przez moment był przekonany, że któraś z tych cienistych, wielkookich istot znalazła drogę do jego pokoju i przyszła się wyżalić, przyszła poprosić, by Gabryś się nią zaopiekował. Otworzył oczy i rozejrzał się przestraszony. Obok niego leżał Aleks, zwinięty w kłębek pod kocami, z poduszką przyciśniętą do twarzy. To on łkał cicho, szeptał coś do siebie gorączkowo, dłonie zaciskał w pięści. Gabryś, przekonany, że przyjacielowi też śnią się koszmary, lekko dotknął jego ramienia. 

– Aleks…? 

Aleks spiął się w sobie. Zwinął się jak sprężyna i usiadł. Podniósł na Gabriela wzrok, w którym nie było ani trochę senności czy szoku spowodowanego nagłym wybudzeniem. Wydawał się całkowicie rozbudzony, i zdecydowanie wściekły. 

– Śpij – burknął.

– Aleks, no…

– Nic się nie dzieje. Śpij. 

Gabryś nie za bardzo wiedział, co właściwie jeszcze może powiedzieć. Nie chciał przecież, żeby Aleks był na niego zły, żeby w ogóle musiał być dzisiaj zły na kogokolwiek. Rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu inspiracji.

– Nie wypiłeś swojej herbaty – spostrzegł, zawieszając wzrok na stojącym na szafce kubku. Podniósł go i wyciągnął przed siebie, w stronę wciąż opatulonego we wszystkie koce świata towarzysza. – Może masz ochotę teraz? Już pewnie wystygła, ale wciąż…. Powinieneś się czegoś napić, szybciej ci się polepszy. 

Aleks łypnął na niego złym wzrokiem, ostatecznie jednak przyjął kubek. 

– Szlag, jakie słodkie – mruknął, trochę zduszonym głosem. – Ulepek. 

– No wiem. Tośka przedobrzyła. Ale no, to Tośka, chyba wie, co robi. 

– Ta. – Chłopak popatrzył na niego z politowaniem. – Wie. Jasne. 

Pił jednak, małymi, ostrożnymi łykami, mimo, że napój przecież nie był już gorący. 

– Dzięki – mruknął, oddając naczynie z powrotem do rąk Gabriela. Rozluźnił się nieco, oparł się plecami o ścianę i zapatrzył się w spływający po szybie deszcz. Nie układał się z powrotem do snu, Gabriel też nie próbował się więc położyć. Siedział po prostu obok, patrząc w ten sam punkt. Milczeli obaj. 

– Ale miałem wczoraj trochę racji – odezwał się po dłuższym czasie Aleks, wciąż ponuro, chociaż z odrobiną satysfakcji. 

– Hm? 

– Z tym, że poznamy twój talent, jak tylko ogarniemy o co chodzi z tym całym Miśkiewiczem. 

Gabryś przypomniał sobie wczorajszy wieczór i zimne, stalowe spojrzenie Wieży. Bardzo miał nadzieję, że nie widać po nim, jak bardzo jest spięty. 

– Na to wychodzi – przyznał. – Ale… nie mówmy na razie Giewontowi, co? – poprosił. – Tośka mówiła, że mamy jeszcze czas i się kurujemy, a ja no… chciałbym więcej zrozumieć. Zanim z tym do niego przyjdę. 

Aleks w zadumie pokiwał głową. 

– Wystraszyłem cię dzisiaj, co? – upewnił się. – Tym, co nagadałem Landrynowi? 

– Nie, nie bardzo – zapewnił Gabriel, i to nawet nie było kłamstwo, przynajmniej nie całkowicie. Miał przecież swoje powody, żeby zachowywać swój talent w tajemnicy, nawet jeśli nie bardzo wiedział, na ile te powody są jeszcze po śmierci Wieży zasadne. – Po prostu się zdziwiłem, nie? Wczoraj mówiłeś, że nie wiesz… nie umiesz tego tłumaczyć. Ale wytłumaczyłeś. 

Aleks westchnął cicho. Przesunął dłońmi po twarzy, wyraźnie znużony. Skrzywił się, napotkawszy na swojej drodze świeży, zmieniony wcześniej przez Tosię opatrunek. 

– Jesteś w stanie mi opisać? – spytał cicho.- Jakie to uczucie? Kiedy ich wyczuwasz? Jak poznajesz, że są w pobliżu i jak to dla ciebie wygląda? 

Gabriel kilka razy otwierał usta, żeby powiedzieć mu o dziwnych, bladookich istotach i szeptach, za każdym razem przypominał sobie jednak, że przecież mu nie wolno. Że przecież to nie jest do końca tak, że wiedział o wędrowcu, po prostu usłyszał jego ofiary. i pewnie, to był dobry moment, żeby to sprostować. Wciąż pamiętał jednak to, co Wieża mówiła mu o strachu i nieufności, o tym, że Giewont nie będzie chciał go uczyć i że ich rozdzielą i Aleks też nie będzie chciał mieć z nim nic wspólnego. 

– No? – ponaglił go siedzący obok Aleks. Lekko szturchnął towarzysza w ramię i uśmiechnął się krzywo. – Nie tak łatwo o tym gadać, co? 

– Nie tak łatwo – zgodził się Gabryś, może z pewną ulgą, że Aleks nie zamierza drążyć tematu. Można było nadal spokojnie kwestię gości przemilczać. 

– Nie wkurzaj się na mnie za tego Landryna, co? – poprosił przyjaciel. – Pewnie, tobie powinienem był powiedzieć pierwszemu, ale sam widzisz, że to jest w cholerę trudne i dziwne i nie wiadomo, jak się zabrać i jak… co sobie pomyślisz. Jego w sumie nie znam aż tak dobrze i nawet za bardzo nie lubię, więc w sumie wszystko jedno, może i mnie mieć za wariata. Poza tym pytał o mentorów. Chciał iść do Giewonta i się pytać o rzeczy i uczyć. Musiałem mu powiedzieć, jak jest. 

Gabriel w zadumie pokiwał głową. Gałąź dębu stukała w szybę, rzucając na ścianę naprzeciwko niespokojne, rozedrgane cienie. Gdzieś po drugiej stronie ulicy szczekał pies. 

– Czyli jak jest właściwie? – odważył się wreszcie spytać. – Co się właściwie dzieje, Aleks? 

– Jest tak, że dla nas tak naprawdę i tak n-nie ma za dużej różnicy – odparł chłopak, nagle znów napięty jak struna. – Wyłapali nas, bo mamy… duży potencjał. Jesteśmy w stanie robić wielkie rzeczy, jeśli ktoś nam tylko pokaże jak. A jakby nam nikt nie pokazał, to moglibyśmy doprowadzić do końca świata, tak mówił Giewont. 

– Do końca świata? 

– No. Tak mówił. Że trzeba nas wyłapywać i uczyć, jak nie sięgać po nasze talenty instynktownie, bo im więcej sięgamy, tym świat bardziej się rysuje i pęka i w końcu się roztrzaskuje na kawałki. Dlatego dziady wyłapują dzieciaki z tym największym potencjałem i je uczą, jak nad tym panować. Tośkę, mnie, ciebie… I no, wyłapali to wyłapali, nic się nie zrobi. Może rzeczywiście trzeba nas pilnować, żebyśmy nic nie odwalili.  Ale skoro o Landrynie nie mieli pojęcia, to może niech tak lepiej zostanie i niech im nie włazi w oczy. 

– Ale… – Gabryś zamrugał. – Ale czemu? Sam powiedziałeś, że się wyłapuje, żeby świat nie pękał. 

Aleks na moment przycisnął pięść do twarzy, najwyraźniej tłumiąc szloch.

– Aleks… ? 

– Bo… – wykrztusił wreszcie chłopak. Przyciśnięta do twarzy dłoń drżała. – Bo to strasznie trudne. Powstrzymywanie się. I nie daję rady. Stary mi mówi, że przesadzam i histeryzuję. I że przecież w czym problem, dawał te same zadania Tosi, Tośka sobie radziła bez problemu. No ale sam wiesz, ona trenowała ten swój balet, czy to co tam było, jest zahartowana. 

– To dlatego tak? – upewnił się Gabriel, spoglądając na niego z troską. – Dlatego byłeś ostatnio taki… – Przez chwilę szukał właściwego określenia. – Rozkojarzony? 

Aleks uśmiechnął się mimo wszystko na ten dobór słów. Pokiwał głową.

– Stary się do mnie strasznie przypieprzył o to podpalanie bluzy Miśkiewiczowi. Że przecież mnie uczył no i ile razy mi trzeba powtarzać i kazał Tośce mnie pilnować. Żebym nie odwalał nic w domu i w okolicy. 

Cóż, to by wyjaśniało, czemu reagował na obecność Antoniny aż taką niechęcią. 

– To jest tak, jakbyś nie mógł jeść kiedy czujesz, że chcesz – ciągnął Aleks. – Albo biec. Albo oddychać. I czujesz się winny, że próbujesz, bo przecież w ten sposób możesz przyspieszyć koniec świata. Ale jak z tego nie korzystasz to jest, czai się, rozwala od środka. Wypala. A później próbujesz sięgnąć kiedy rzeczywiście jest niebezpiecznie, ale cały czas masz w głowie, że robisz coś złego i nie wolno i ten wędrowiec tu jest przez takich jak ty, takich, co sobie beztrosko sięgają po talent. I nie możesz… nie jesteś w stanie zrobić nic sensownego. Paraliżuje cię. Sam widziałeś, no… To nie dzięki mnie wyszliśmy z tego mieszkania. Ja już nie umiem normalnie z tego korzystać… ani nie potrafię tego trzymać pod kontrolą. Zepsułem się. – Na moment zamknął oczy. – To jest ten moment, kiedy idziesz ulicą i po prostu masz nadzieję, że ktoś w ciebie wjedzie. 

Gabryś nie zastanawiał się dłużej. Objął przyjaciela ramieniem i przyciągnął bliżej siebie. Aleks nie zaprotestował, chyba po prostu wciąż zbyt zdziwiony nagłym zwrotem akcji. Na moment wstrzymał oddech, bojąc się choćby poruszyć. Wciąż drżał lekko, wyraźnie starając się odzyskać panowanie nad sobą. 

– Ćśśś – mruknął Gabryś, lekko głaszcząc go po plecach. – Uciekniemy stąd – obiecał. 

– Co…? 

– Uciekniemy stąd – powtórzył Gabriel. – Ty i ja. Jeszcze nie wiem gdzie, gdzieś, gdzie tamci nas nie znajdą. Pojeździmy trochę, poszukamy miejsca, gdzie będzie można to naprawić. Są… są przecież tacy ludzie, jak Landryn, nie? – upewnił się, trochę z nadzieją.- Tacy, którzy coś umieją, ale nigdy nie zostali wyłapani. 

Aleks przez dłuższą chwilę milczał, wtulając się w niego w poszukiwaniu pocieszenia, całym sobą starał się wierzyć w to, co usłyszał. Wciąż trochę jeszcze szczękał zębami. 

– Są jeszcze – powiedział ostatecznie. Oczy wydawały się bardziej żywe. Rozgniewane i pełne żaru. Mściwe. – Tacy ludzie jak ci, którzy zabili Szczurołapa. Tacy jak Wieża. 

– Myślisz…? – spytał Gabryś, który nie tylko myślał, ale nawet wiedział, i zdążył już nawet podjąć decyzję. 

– Sama tego raczej nie zrobiła. Musiała mieć ludzi. Albo sama została przez kogoś wysłana, żeby rozwalić Szczurołapa i pewnie całą tę grupę. Wszystkich tych dziadów. A to się świetnie składa, prawda? 

Gabriel po prostu patrzył na towarzysza, nagle znów energicznego i zdecydowanego w ruchach. Aleks którego znał powrócił, nawet, jeśli na chwilę. Powoli pokiwał głową. 

– Chciałbyś…? 

– Już ci powiedziałem. Za tobą nawet i w ogień. 

***

Następnego dnia nie poszli do szkoły i unikali lekcji do końca tygodnia, liżąc rany i dochodząc do siebie. Giewont przyjął to z typowym dla siebie wzruszeniem ramion i wrócił do kolejnej słownej utarczki z Antoniną. Od zebrania dziadów oboje byli nerwowi i spięci, kłótnie wybuchały o wszystko. Aleks i Gabryś – szczególnie Aleks – starali się schodzić im z drogi. Zresztą, okazji było aż nadto. Marzenka codziennie zapraszała ich na coś ciepłego i pożywnego do jedzenia, większość czasu spędzali więc u niej w kuchni, grając w chińczyka lub Eurobiznes. Gabryś nie był do końca pewien, jakim sposobem Marzenka nie zabiła Aleksa za niemal jawne podkradanie z banku, ale może po prostu naprawdę nie miała serca, widząc wciąż pokrytą warstwą opatrunku twarz nastolatka. 

Starali się unikać tematu szkoły, wtorkowego popołudnia i Miśkiewicza. Nie wracali też do tego, co Aleks opowiedział o Giewoncie i jego szkoleniu. Gabryś kilka razy zaczynał temat, ale na każdą wzmiankę Aleks zaciskał szczęki, a ciemne oczy rozpalały się gorączkowym, wręcz fanatycznym blaskiem, jakby ktoś położył na palenisku kawałki węgla. 

– Załatwimy ich – obiecywał, za każdym razem i ucinał temat. 

Giewont dał Aleksowi kilka dni wytchnienia, pod koniec tygodnia znów jednak dało się słyszeć odgłosy sprzeczki. Aleks wracał z tych spotkań do sypialni Gabriela zmęczony i wściekły. “Załatwimy ich” mruczał pod nosem, nie patrząc na towarzysza, po czym po prostu zakopywał się w koce i tak pozostawał. 

Załatwimy ich. 

Tylko jak mieli to zrobić, kiedy Wieża nie żyła a do jej współpracowników nie prowadził żaden ślad? Na to Gabryś póki co jakoś nie miał pomysłu. W piątek wieczorem zaś po prostu ją spotkał, wracając do willi z szybkiego kursu do biblioteki. 

Stała po drugiej stronie ulicy, osłonięta od ulewnego deszczu szarą parasolką. W pierwszej chwili uznał, że się pomylił. Przecież na jego oczach zmieniła się w kamień i roztrzaskała na posadzce korytarza. Rozpoznawał jednak krótkie, jasne włosy i oczy koloru stali i wiedział, że to ona, to musi być ona. Zwróciła wzrok na Gabrysia i lekko skinęła mu dłonią, zapraszając na swoją stronę ulicy. Naciągnął kaptur ortalionowej kurtki na głowę i z wahaniem, ale jednak ruszył w jej stronę. 

– Wyglądasz na kogoś, kto bardzo potrzebuje herbaty – oceniła Wieża, przyglądając mu się czujnie. – Tu niedaleko jest kawiarnia, mają dobrą szarlotkę. Ja stawiam – zaoferowała, zanim Gabriel zdążył wymówić się brakiem gotówki. Najwyraźniej uznała, że zaproszenie zostało przyjęte bez walki, bo ruszyła przed siebie. Gabryś ruszył za nią, zastanawiając się usilnie, jakie właściwie są w tym przypadku procedury. Powinien spytać o samopoczucie? Udawać że nic się nie stało i nie nawiązywać do poprzedniego spotkania? Upewnić się, czy na pewno nie ma do czynienia z wygłodniałym wampirem czychającym na jego krew tętniczą?

Kawiarnia znajdowała się na parterze piętrowego, ceglanego budynku służącego niegdyś za kwatery pracowników jednej z miejscowych fabryk. Teraz całą ścianę budynku porastały winorośla, a na pomalowanych na zielono drzwiach zaczynała łuszczyć się farba. Szyld rzeczywiście obiecywał jednak kawę, herbatę i szarlotkę, a przez okno emanowało przyjemne, pomarańczowe światło. 

– Odkryłam ją całkiem niedawno – pochwaliła się Wieża. – Kiedy akurat przyjechałam do was i pocałowałam klamkę. Z tego co zauważyłam, w ciągu dnia siedzą tu głównie emeryci i jakieś dzieciaki na wagarach, powinno być spokojnie. Chodź, od razu się rozgrzejesz – zachęciła.

Lokal rzeczywiście wydawał się zadziwiająco spokojny i senny. Para staruszków grała przy stoliku w karty. Jakaś kobieta popijała herbatę, przewracając pożółkłe karty książki. Gabryś pomyślał, że gdyby mieli jakiekolwiek własne pieniądze, mogliby tu przychodzić z Aleksem. Lubił i kawę i książki. 

Wieża znalazła stolik przy oknie, po czym podeszła złożyć zamówienie, podczas gdy Gabriel ściągnął kurtkę i rozsiadł się w obitym zielonym materiałem fotelu. Wróciła po dłuższej chwili z herbatą i ciastem. Nawet nie zdziwił się, że rzeczywiście była to jego ulubiona szarlotka. Postawiła tacę na stoliku po czym rozsiadła się naprzeciwko Gabrysia, rozchylając poły długiej,  marynarki. Miała na sobie jasnoszare spodnie od garnituru i koszulę z równie szarego, połyskliwego materiału. 

– Wiem, że nikomu nie powiedziałeś – odezwała się, rozlewając herbatę do filiżanek pomalowanych w czerwone maki. Napar intensywnie pachniał pomarańczą i goździkami. – Chociaż raz byłeś tego bardzo bliski. Doceniam. 

Gabryś wbił wzrok w swoją filiżankę. 

– Skąd pani wie?

Kobieta wywróciłą oczami, wyraźnie zniecierpliwiona. 

– Nie musisz się do mnie zwracać per “pani”. Dopełniłeś swojej części umowy, teraz jesteśmy współpracownikami. 

– Jesteśmy? – upewnił się. 

Wieża uśmiechnęła się lekko i uniosła swoją filiżankę do ust. 

– Władasz mocą, której nie rozumiesz – powiedziała, spoglądając mu w oczy. Wydawała się delikatnie rozbawiona, chociaż na swój sposób pełna zrozumienia. Nie drwiła z niego, bardziej uśmiechała się do siebie z przeszłości.- Dopiero co ją odkryłeś, nie do końca ją rozumiesz i głównie się boisz. Martwisz się też o przyjaciela, wraz z którym się wychowujesz i chcesz mu pomóc. Pracuj dla mnie i ucz się u mnie, a zrobię wszystko, żeby pomóc wam obu, na tyle na ile jestem w stanie. 

Gabryś sięgnął po filiżankę i upił łyk swojej herbaty. Była mocna i aromatyczna. Zakorzeniała w rzeczywistości. Otwierał już usta, by zadać pierwsze z cisnących mu się na usta pytań, Wieża jednak znów go ubiegła. 

– Pytań jest tak dużo, że nawet nie jesteś pewien od czego zacząć, prawda? – zaśmiała się cicho. – To zrozumiałe. Każdy ma dużo pytań, zwłaszcza na początku drogi. A oni nie spieszą się z udzielaniem odpowiedzi, o nie. Odpowiedzi nie są wygodne, jeśli próbuje się trzymać wszystko w garści. Nie licz na to, że je od nich usłyszysz. Tak, tak, wiem. – Popatrzyła Gabrielowi w oczy. – Dlaczego. Po co im to. Skąd to się bierze. Czemu my. Zróbmy tak, że postaram się teraz, tutaj, wyjaśnić ci jak najwięcej i pomóc przez to przejść. Zasługujesz na odpowiedzi, a ja nie lubię mydlić oczu moim współpracownikom. Jedz ciasto – zachęciła.- Jest naprawdę dobre.

Gabriel posłusznie sięgnął po widelczyk. Wieża i pod tym względem się nie myliła i szarlotka rzeczywiście była dobra – ciepła, smakująca jabłkami i cynamonem, nie za słodka, za to delikatnie kwaskowata, z chrupkim, kruchym spodem. Prawie tak dobra jak ta pieczona przez Marzenkę. 

– Jak już mówiłam, wielcy magowie nie mają żadnego interesu w tym, by zdradzać wszystkie swoje sekrety – zaczęła swoja opowieść Wieża, rozsiadając się wygodnie na miękkiej sofie. Filiżankę z herbatą trzymała przed sobą w dłoniach. – Żaden z nich nie powie ci na przykład, że nasz wszechświat został zbudowany na gruzach poprzedniego wszechświata. A ten poprzedni na gruzach jeszcze poprzedniego. I wcześniej tak samo i jeszcze wcześniej. Zdumiałbyś się, jak łatwo tak naprawdę wszechświat roztrzaskać. Potrzeba tak naprawdę trochę magii. 

– Magii – powtórzył Gabryś. 

– Właśnie tak – odparła kobieta. – Zrób coś dla mnie poprosiła. – Zamknij na moment oczy. 

Usłuchał, bo co innego miał w sumie zrobić. Miał tylko ogromną nadzieję, że Wieża naprawdę nie została wampirem. Czy wampiry mogą pić herbatę, myślał gorączkowo, przymykając powieki. 

– Wyobraź sobie tkaninę, najpiękniejszą, najbogatszą, najbardziej ekskluzywną i jednocześnie najbardziej wytrzymałą. Mieni się i zachwyca oczy dlatego, że tworząc ją, użyto jako osnowy srebrnej nici i ta nić wciąż jest w materiale ukryta, nadając mu kształt i miękkość i blask. Każda, nawet najpiękniejsza i najbardziej wytrzymała tkanina się jednak czasem niszczy. To może być przetarcie wynikające z upływu czasu. To może być rozdarcie o gwóźdź lub gałąź, prędzej czy później jednak ta srebrna nitka w jakimś miejscu strzępi się i przerywa. Można za nią pociągnąć i nawinąć ją na palec, wyciągnąć z tej tkaniny i oto masz w ręku najprawdziwszą, najczystszą magię i jest tylko twoja. Możesz z nią zrobić co chcesz i teraz każdy, kto za ten urwany kawałek nitki złapie, może zrobić to samo. Im bardziej ciągniesz za nitkę, im więcej osób to robi, tym dziura robi się większa. Otwiera się przejście do poprzedniego wszechświata i wszystkie istoty, które ten wszechświat zamieszkiwały i nie zorientowały się, że zdążył się już skończyć, mogą w każdej chwili się tu zabłąkać i przyjść w odwiedziny, jeszcze bardziej naprężając ten materiał i tworząc kolejne dziury i przetarcia. Łatwiej te postrzępione nitki znaleźć i za nie złapać, same podchodzą pod rękę. I wreszcie, w jakimś momencie okazuje się, że nasz wszechświat owszem, ma jakiś wątek ale zupełnie już nie ma osnowy i rozpada się w bezładny kłąb, mieszając się z tym, co leży pod spodem, co było wcześniej. Ten kłąb zostaje oczywiście szybko przykryty nową, piękną tkaniną, nowym światem powstałym na gruzach, ale wystarczy poczekać, aż znów srebrzysta nitka magii się zerwie i ktoś odkryje, że można przecież ją złapać i pociągnąć. Wtedy będziemy mogli odwiedzać ten nowy świat jako wędrowcy. 

Gabriel otworzył oczy. Zamrugał w ciepłym świetle. 

– Dlatego nie możemy sięgać po naszą magię swobodnie? 

To nawet zgrywało się z tym, co mówił Aleks. Wieża popatrzyła na niego z wyraźną aprobatą. 

– Bystry dzieciak – pochwaliła. – Znawcy wielkiej magii są chciwi. Zachłanni. Zadowoleni ze swojej wiedzy i tego, co im daje. Mieli czas zorientować się, co się dzieje i jak to wszystko działa i widzą, że ten ich dobytek, magia, po którą mogą sięgnąć, rzeczy, które mogą z nią zrobić to nie jest niewyczerpane źródło. Że z każdym kolejnym nowo objawionym talentem, z każdym spontanicznym aktem magii, źródełko wysycha i że nie będą mogli cieszyć się władzą i pozycją w nieskończoność i że być może dożyją czasów, kiedy sami będą tylko gośćmi w nowej, niezrozumiałej dla nich rzeczywistości. Wiedzą, że dzicy magowie przyspieszają zniszczenie świata, że jest przez nich coraz więcej wędrowców, a wędrowców się boją, bo to jak widma tego, czym sami się staną gdy to wszystko się skończy. Szczególnie nienawidzą więc takich jak ty czy ja. 

– To znaczy? 

– Takich, którzy potrafią przedrzeć się przez materię rzeczywistości i widzieć, co jest poza nią. Rozmawiać z wędrowcami, zapraszać ich tutaj, tworzyć kolejne przejścia. Takich, którzy widzą więcej i z czasem, pracując z tą materią, którą mają w dłoniach zaczynają rozumieć, czym te istoty są tak naprawdę. Że są uwięzione w miejscu, które jest dla nich obce i tak jak my chcą po prostu przetrwać i zrozumieć, co się z nimi dzieje. Zabłądzili, nie mogą wrócić do siebie, są wystraszeni i samotni. Ja to wiem, ty też to widzisz. Widzisz to, co przechodzi na drugą stronę. Potrafisz to usłyszeć, potrafisz znaleźć w sobie litość i zrozumienie, a to są właśnie te dwie rzeczy, które korzystanie z wielkiej magii skutecznie tłumi i przytępia. Dlatego nas nienawidzą i się nas boją. I dlatego wyłapują utalentowane dzieciaki i próbują w jak najkrótszym czasie nauczyć je tego, do czego sami dochodzili latami na drodze wielu prób i eksperymentów. Chcą mieć pewność, że źródełko magii zbyt prędko dla nich nie wyschnie, że będą mogli napawać się swoją władzą i wiedzą jak najdłużej. Nie obchodzi ich, czy te dzieciaki zniszczą i złamią. Czy będą jeszcze kiedykolwiek sięgać po jakąś magię i czy w ogóle przeżyją… 

– Przeżyją…? – powtórzył Gabryś, nieruchomiejąc na moment, z widelczykiem wciąż wbitym w szarlotkę. – To znaczy… – przełknął ślinę. – Mogą nie? 

– Magia przyzywa, Gabryś. Kiedy już raz po nią sięgniesz, uda ci się i zorientujesz się, że potrafisz, chcesz to robić cały czas. To jest naturalne i zdrowe, że się eksperymentuje, że sięga się i próbuje nowych rzeczy, wszyscy wielcy magowie od tego zaczynali, nawet jeśli teraz utrzymują, że nie. Są wielkimi magami bo kiedyś słuchali swoich instynktów i sięgali po magię, robiąc rzeczy wielkie i straszne. Giewont nazywa się Giewont, bo potrafi wypiętrzać góry. Młody mag potrzebuje wciąż i wciąż sięgać po nitki magii, splatać je, tworzyć. Kiedy się powstrzymujesz i starasz się oszczędzać, ta energia nie ma jak znaleźć ujścia. Zaczyna spalać cię od środka. Kiedy już potrafisz splatać naprawdę wielką magię, znasz wzory, zaklęcia, rytuały, możesz wykorzystać tę energię do niezwykłych rzeczy. Wtedy rzeczywiście opłaca się trochę pooszczędzać, wiesz, że efekt będzie tego wart. Kiedy jednak jesteś młodym magiem, któremu kontrola nawet nad małą, zupełnie powszednią magią sprawia trudność, nie masz jak znaleźć ujścia dla tej energii. Nie masz co z nią zrobić. A taka energia to nic dobrego. To tak, jakbyś wspinał się po naprawdę wysokich górach, tam, gdzie powietrze jest rzadkie a zimno skrada się do ciebie podstępnie, gdy nie patrzysz. Sytuacja łatwo może wymknąć się spod kontroli. W jednej chwili proste zaklęcie, na które oszczędzałeś energię jest prawie gotowe, potrzebuje jednego, ostatniego szlifu by puścić je w świat. W drugiej magia przepełnia cię, rozsadza cię od wewnątrz i rozpadasz się, zupełnie tak, jak wszechświat. Giniesz rozerwany przez własny talent. 

Gabriel zadrżał. Popatrzył na Wieżę, spokojną, może trochę smutną. 

– Nie gwarantuję, że na pewno uda mi się go naprawić – westchnęła, przechylając się, by położyć dłoń na jego ramieniu. – Giewont pracuje z nim już jakiś czas, nie jestem pewna, na jakim to jest etapie i czy da się to odwrócić. Na pewno chcę jednak spróbować, jeśli mi pozwolicie. Już od jakiegoś czasu chciałam przejąć nad wami opiekę. Marzenka mówiła, że fajne z was chłopaki i marnujecie się u niego. Że was zaniedbuje. 

– Marzenka?!

Potwierdziła skinieniem głowy. 

– Ona też potrafi kontaktować się z wędrowcami. I też nie wyjawiła wielkim magom swoich możliwości, w obawie przed tym jak zareagują. Widziała jak Giewont szkoli Tosię, nie chciała przechodzić tego samego. Pomogłam jej, a ona teraz pomaga mnie. Możecie jej zaufać. 

Gabriel zdołał jakoś dokończyć swoją szarlotkę, mimo że z każdym słowem Wieży, jego żołądek zaciskał się w coraz ciaśniejszy węzeł. 

– To ona zabiła Szczurołapa? 

– Inna osoba, z którą współpracuję i której kiedyś pomogłam – odparła Wieża. – Poznacie ją, kiedy już do mnie przyjdziecie. 

– Giewont nie pozwoli nam łatwo odejść – spostrzegł Gabryś. – Antonina mówiła, że za… że zamienił cię w kamień, bo nie chciał, żebyś nas mu odebrała. Że jednak… że mu zależało i nie chciał. 

Na twarzy Wieży błysnął na moment uśmiech, tym razem już nie ciepły i współczujący, ale drapieżny. 

– Zabił mnie, nazywajmy rzeczy po imieniu. Ale wróciłam, z pomocą przyjaciół. Nawiasem mówiąc, to jest coś, co leży też w zasięgu twoich możliwości, kiedyś. Masz potencjał, potrzebujesz tylko…

– Przyjaciół? 

– Tak, właśnie. A Giewontem się nie przejmuj. Zajmiemy się tym. Po prostu weź Aleksa i do mnie przyjdźcie, najlepiej zanim będzie dla niego za późno. 

Gabriel wziął głębszy oddech. 

– Zamierzasz pozbyć się ich wszystkich? 

– Tak. 

*** 

Kiedy Gabryś dotarł do willi, zdążyło zrobić się popołudnie, tak samo deszczowe i mgliste jak i poranek, może trochę bardziej wietrzne. Ku swojemu zdziwieniu dostrzegł pod bramą dwie aż nadto znajome postaci, od stóp do głów obleczone w czerń. Kosa wierciła się, nie mogąc ustać w miejscu, wydeptywała kółka na chodniku. Landryn, pozornie bardziej zrelaksowany, stał opierając się o betonowy słupek przy bramie i palił papierosa. Aleksa Gabryś dostrzegł dopiero gdy podszedł dostatecznie blisko, głównie dlatego, że czaił się bardziej w głębi podjazdu i dało się go dostrzec tylko pod odpowiednim kącie. Cała trójka milczała, wyraźnie na coś czekając. Że tym czymś był powrót Gabriela, sam zainteresowany zorientował się dość szybko, głównie po wlepionych w niego trzech parach oczu. 

– Cześć? – zaryzykował, podchodząc bliżej. Ściągnął plecak z ramienia, wyciągnął z niego zawinięte w reklamówkę książki. Podał je Aleksowi. – Trochę się naszukałem, ale mam wszystko co chciałeś. 

– Dzięki – odparł Aleks, przytulając zawiniątko z książkami do piersi, jakby próbował uczynić z niego tarczę przed światem. W żaden sposób nie nawiązał do obecności Landryna i Kosy i do zapewne odbytej już rozmowy. Po prostu patrzył na brązowe liście drżące na gałęzi rosnącego nad bramą orzecha, w związku z czym Gabryś musiał nawiązać sam. 

– Wpadliście przynieść lekcje? – zaryzykował, bo nie mógł wymyślić żadnego innego powodu, dla którego Landryn i Kosa mieliby szukać ich towarzystwa w listopadowe, piątkowe popołudnie. Imprezować raczej razem nie imprezowali, na koncert też raczej nie zamierzali zapraszać. Pozostawały zadane lekcje, albo Miśkiewicz i sądząc po reakcji obojga zdecydowanie chodziło o to drugie. Kosa wywróciła oczami. 

– Bo ci uwierzę, Heller, że się tak przejmujecie tymi lekcjami i nie mogliście się doczekać – rzuciła. Oczy znów mocno miała intensywnie pomalowane, na deszczu kredka zaczęła się nieco rozmazywać. – Bądźmy poważni. My nie robimy notatek, wy niczego nigdy nie odrabiacie na czas.

– Fakt – zgodził się melancholijnie Gabryś. – Znaczy Aleks robi chemię, czasem. 

– A nie, z chemii akurat nic nie było – odparł dobrodusznie Landryn. – Rzeźnik chory, jest zastępstwo, głównie siedzimy i czytamy podręcznik. Możesz się, Jasny, nie przejmować, nic ci nie ucieknie. 

Aleks westchnął cicho i pokręcił głową, wyraźnie dając do zrozumienia, co o tym wszystkim myśli. 

– Do brzegu, Landryn – upomniał jednak towarzysza. – My tu nie mamy całego dnia. Jest raczej zimno. 

– No dobra, no – Muzyk odgasił papierosa o słupek. – Sytuacja na ten moment wygląda tak, że Miśkiewicza szukają gliny, bo Jadziunia złożyła zawiadomienie. Podobno była u niego w mieszkaniu ale nikogo nie zastała. 

Gabryś mimo wszystko aż się wzdrygnął. 

– Ale nic jej nie jest?! – spytał, przypominając sobie ich własne odwiedziny u Miśkiewicza. 

– Póki co nie, ale chyba głównie dlatego, że nie próbowała włazić do środka, tylko od razu się wycofała. 

– My w sumie trochę w tej sprawie – dodała Kosa. – Jadziuni. 

– W sensie? 

– Tak jak mówiliśmy. – Landryn wyciągnął z paczki kolejnego papierosa, nie zapalił go jednak. Zaczął bawić się filtrem podobnie jak kilka dni temu, w szatni. – Gliny go szukają,i nie wiem, jakoś tak mam przeczucie, że gówno znajdą. Może dlatego, że jak do tej pory też gówno znaleźli. I on teraz tak się snuje luzem po Zarzewiu i w sumie nikt nie wie gdzie jest. I tak sobie zaczęliśmy z Kosą kombinować…- Znów przesunął wzrokiem po zebranych, i ostatecznie skoncentrował się na Gabrysiu. – Pamiętasz te jego dziwne zapiski na ścianie?

Gabriel pokiwał głową. Notatek Miśkiewicza nie sposób było zapomnieć. 

– To wygląda tak, jakby on pamiętał, kto do niego dzwonił i z kim gadał i jakby sobie to wszystko planował. I jakby w ogóle pamiętał głównie te osoby, z którymi miał jakieś interakcje, albo które mu podpadły. Mnie, Kosę, chłopaków, ciebie. – Landryn zerknął przelotnie na Aleksa. – No i myślę, że po tym jak Jadziunia za nim posłała policję też może być na jego czarnej liście. I nie wiem no, ciśnie nas tą historią, ale jest w sumie w porządku. Ja bym tam nie chciał, żeby ją coś zeżarło. 

Kosa energicznie pokiwała głową. 

– I pomyśleliśmy… znaczy Landryn pomyślał, a ja się z nim zgodziłam, że w sumie może też… – Zawahała się. – No ona was naprawdę lubi. Tak mi się wydaje. Wczoraj większość dnia wydzwaniała, żeby się tu do was dobić i upewnić się, że wam też nic się nie stało. I sama poszła do tego Miśkiewicza bo się martwiła. 

– W dużym skrócie – odezwał się Aleks, chyba straciwszy już cierpliwość. – Przyleźli tu, żeby namówić nas, żebyśmy poszli razem z nimi zapolować na Miśkiewicza zanim on zapoluje na Jadziunię. 

Kosa energicznie pokiwała głową, potwierdzając tę wersję wydarzeń. 

Gabriel przez chwilę z pewnym oszołomieniem wpatrywał się w parę największych, klasowych zabijaków, tłumaczących mu, że w sumie to bardzo martwią się o wychowawczynię, do tego stopnia, że proszą o pomoc w polowaniu na dybiącą na jej życie istotę z innego świata. 

– A nie wiem, nie myśleliście na przykład, żeby powiedzieć policji co zaszło? – rzucił bez specjalnej nadziei. – Bo w sumie bardziej utrudniacie niż pomagacie? 

Kosa parsknęła cicho. Landryn wzniósł oczy ku chmurnemu niebu, ewidentnie zniecierpliwiony. 

– Co my im niby mamy powiedzieć? Że wbiliśmy gościowi do domu, podpaliliśmy go, przypieprzyliśmy metalową rurką, zamknęliśmy w jego własnej łazience a on i tak uciekł i teraz chce dorwać naszą historycę? I co, myślisz, że ktoś nam uwierzy? Ja się będę dziwił jak nie dostaniemy po czymś takim kuratora. 

Chcąc nie chcąc, musiał przyznać im rację. 

– To co właściwie planujecie? – spytał po prostu.   

– Ona się ostatnio chwaliła, że sobie wieczorami jeździ na działkę – odparła Kosa. Gabryś zamrugał, zdezorientowany. 

– Ale że teraz? – upewnił się. – Jest listopad. 

– No – zgodziła się Kosa. – Jest. A ona jeździ na te działeczki, te co są przy parku. Sama słyszałam jak ostatnio o tym nawijała pod klasą z tą nową typiarą od angielskiego. Że aaa, co to pani ciekawego wczoraj robiła po południu, bo ja wyłapywałam dzikie koty pod fabryką. A ja byłam na mojej działeczce, codziennie proszę pani chodzę, człowiek się od razu czuje zdrowszy i żywszy jak sobie coś zasadzi i tak dalej w podobnym klimacie. Podobno sobie wsiada w ten autobus co jedzie na park około dziewiętnastej i później przez ten park pruje aż na działki. 

– I tak sobie pomyślałem – Płynnie wpadł jej w słowo Landryn. –  Że może moglibyśmy. Chociaż dzisiaj, dla własnego spokoju, dopilnować, czy nic jej nie spróbuje tam w tym parku zeżreć. I może uprzedzić, żeby nie kręciła się jakoś po mieście w weekend a już na pewno nie z Miśkiewiczem, ani żeby go nie zapraszała, pod żadnym pozorem. Jadźka jest twarda babka, jak chodzi o odpytywanie, ale jest też dusza-człowiek i ma miękkie serce i pewnie jakby jej taki typ się kręcił koło klatki schodowej to by go jeszcze wpuściła i zaprosiła na obiad. 

– Czyli co? – podsumował Gabriel. – Dzisiaj ją odprowadzamy na działki i z powrotem i uprzedzamy, żeby uważała, a jak nie będzie chciała uważać, to pilnujemy dopóki typa nie złapią albo coś się nie wyjaśni? 

Landryn i Kosa pokiwali głowami, chyba nawet zadowoleni z waszego pomysłu. 

– Pomyśleliśmy o was – odezwała się Kosa. – Bo byliście we wtorek w tym mieszkaniu z Landrynem i też to widzieliście. I mówił, że no… – zerknęła na Gabrysia niepewnie. – Że ty i Jasny potraficie sobie poradzić z różnymi rzeczami. Wtedy sobie poradziliście. 

– Ta – burknął Aleks, znacząco pocierając wciąż zabandażowany policzek. – Poszło świetnie. 

– No na pewno lepiej niż z Łysym i Gnomem – przypomniał im Landryn. – Nie wyszedłbym stamtąd, gdybym poszedł sam – przyznał. 

Aleks tylko wzruszył ramionami. 

– Czasem twoje najgorsze ja okazuje się zarazem najlepszym ja – mruknął z roztargnieniem. Landryn zamrugał. 

– Co tam znowu marudzisz, Jasny? 

– Nic. Nieważne. 

– W każdym razie. – Gabryś wcisnął dłonie głębiej w kieszenie przemoczonej kurtki. Zapatrzył się na ciężkie, ołowiane niebo i westchnął cicho. – Jeśli wychodzi na te działki w okolicach dziewiętnastej to dobrze byłoby podjąć jakąś decyzję. Aleks? – przeniósł wzrok na towarzysza. – Co myślisz? Idziemy z nimi? 

Chłopak posłał mu blady, nie sięgający oczu uśmiech. Oczy pozostawały ciemne i pełne napięcia. 

– Przecież wiesz. 

Wiedział. 

“Za tobą, Gabryś, nawet i w ogień”. 

***

Jadziunia dostrzegła swoich uczniów wysiadając z autobusu, na przystanku koło parku, kiedy już przetarła zaparowane okulary i ściągnęła z głowy kaptur zielonego sztormiaka. Natychmiast też rozpromieniła się na ich widok.

– Kasia! – Posłała Kosie najcieplejszy z uśmiechów jakby starała się rozpędzić listopadową mgłę i ziąb. – Gabryś! Jak dobrze cię chłopcze widzieć! Martwiłam się. Twój wuj mówił, że obaj jesteście chorzy.

– Dobry wieczór, pani profesor – Gabriel lekko skłonił głowę.  – Mnie już trochę lepiej.

– A Aleks? – dopytała natychmiast Jadziunia. Na zafarbowane na płomienną rudość włosy naciągnęła wełnianą czapkę, buty jednak były zwykłymi, letnimi adidasami zupełnie nie przystającymi do panującej słoty. Obrazu dopełniała plastikowa reklamówka, z której wystawały grabki i przerzucony przez ramię plecaczek w kwiatki. Mogło się walić i palić, Jadziunia szła na działki.

– Aleks jeszcze niestety trochę gorączkuje – odparł Gabriel, rozglądając się, by dostrzec przemykający gdzieś za krzakami znajomy, drobny cień.  Póki co wyraźnie widział tylko przyczajonego na ławeczce nad stawem Landryna. Miśkiewicza jak na razie nigdzie nie wyczuwał, nie słyszał też nigdzie szelestu liści, w mroku nie połyskiwały niczyje blade oczy. – Jakoś mocniej go złapało. Ale Tosia mówi, że do poniedziałku mu przejdzie.

Jadziunia w zadumie pokiwała głową.

– Biedny chłopiec. Ostatnio się strasznie przemęczał, Rzeźnik mi opowiadał, że go przygotowuje do jakiejś olimpiady z chemii.  Powinien spróbować syropu z sosny, naprawdę pomaga. Tosia na pewno ma u siebie syrop z sosny, pamiętam jeszcze z czasów jak ją uczyłam. – Dopiero teraz przyjrzała się uważnie i Kosie i Gabrielowi. – A ty co? – zwróciła się do chłopaka. – Spacerek dla zdrowia? W taką pogodę?

– Pomyślałam, że dobrze mu zrobi, jak się przewietrzy – odezwała się natychmiast Kosa. – Zawsze to świeże powietrze, nawet jak takie bardziej rześkie.

Nauczycielka uśmiechnęła się do niej ze zrozumieniem.  Wydawała się wyraźnie zadowolona.

– No to miłego spaceru, młodzi – rzuciła, puszczając do nich oko. – Nie będę wam przeszkadzać, cieszcie się wieczorem. Do zobaczenia w poniedziałek.

Gabryś rozejrzał się, przerażony i przekonany, że oto cały, w gruncie rzeczy dość prosty i mało wymagający plan właśnie idzie w diabły, Kosa nie zamierzała jednak łatwo ustąpić.

– Pani psor? – rzuciła, zrównując krok z nauczycielką.

– Tak, Kasiu?

– Bo tak sobie w drodze do parku rozmawialiśmy – opowiadała Kosa, nieco holując spłoszonego Gabrysia za sobą. – O tych działkach, które są kawałek dalej, za kanałem. Te za ceglanym murem. Star… Ojciec mi kiedyś mówił – poprawiła się gładko. – Że tam to wcześniej mieszkał jakiś arystokrata, czy ktoś taki? I że później miasto wykupiło te działki od niego, dlatego jest mur, nie siatka? Gabryś nigdy o czymś takim nie słyszał, a ja nie chcę wprowadzać w błąd, i już mi się wydaje, że coś pokręciłam i słabo pamiętam. Pomyślałam, że jak pani psor uczy historii, to na pewno pani psor będzie wiedzieć.

Jadziunia zerknęła na nią, na wpół czujna, na wpół miło połechtana.

– Zawsze to miło, kiedy młodzież interesuje się lokalną historią – orzekła wreszcie, wyraźnie zadowolona z siebie. – Ja to się właśnie wybierałam na moją działeczkę, muszę skopać grządki i zasiać marchew. Mogę wam po drodze coś opowiedzieć, jeśli oczywiście macie ochotę mnie kawałek odprowadzić, na przykład do bramy?

Gabriel i Kosa wymienili porozumiewawcze spojrzenie. Trafiona-zatopiona. Niczego nie podejrzewająca ofiara Miśkiewicza zgodziła się na obstawę, teraz wystarczyło tylko dopilnować, żeby rzeczywiście dotrzeć do bramy i nie nadziać się na Miśkiewicza. Gościa, który podszywał się pod Miśkiewicza, poprawił się w myślach Gabryś. Przybysza ze świata, który zdążył już obrocić się w gruzy, zniszczony przez magię.

– Stary Hrabia Zagórski, do którego należał pałac z ogrodem, staw i niewielka fabryczka wmiał dwóch synów – zaczęła więc opowieść Jadziunia, wraz z Gabrielem i Kosą przemierzając parkową alejkę, pachnącą mgłą, wilgocią i butwiejącymi liśćmi. Mrzawka zdawała przyklejać się do twarzy. – Sebastiana i Sylwestra. Sebastian, starszy, jak mówią źródła, prowadził życie awanturnicze. Nie spieszyło mu się do objęcia przedsiębiorstwa po ojcu. Często wyjeżdżał i podróżował, grał w karty i się pojedynkował. Mówi się, że pewnego dnia uciekł z cygańską księżniczką i zniknął wszystkim z oczu na dobre wiele lat. Powrócił w rodzinne strony dopiero jakiś czas po śmierci starego Zagórskiego. Sylwester zdążył się już przez ten czas na dobre rozgościć w posiadłości, jako jej jedyny właściciel i zarządca fabryki. Nie był zbytnio rad z powrotu brata, ale bardzo szybko okazało się, że nie miał tak naprawdę zbyt wielu powodów do zmartwień i wszystkie troski raczej nie znalazły potwierdzenia w rzeczywistości. Sebastian owszem, wrócił, ale niemal od razu po powrocie wpadł w szpony melancholii i większość czasu snuł się po ogrodzie, patrząc jak przekwitają przywiezione przez niego z podróży kwiaty. Ostatecznie zniknął gdzieś bez śladu, nie ma żadnych przekazów historycznych co do tego, czy znów wyjechał w świat, czy też przytrafiło mu się coś złego. Po prostu pewnego dnia nie pojawił się w ogrodzie i ludzkie oko go więcej nie widziało.

Gabriel wsłuchiwał się w opowieść o ogrodzie i jego dalszych losach, coraz trudniej było mu się jednak skoncentrować. Suche liście szeleściły pod jego stopami, szelesty ukladały się w słowa, włoski podnosiły się na karku. Świat zrobił się nagle bardziej mokry i jakby ciemniejszy. Pachniało wilgotną ziemią. Zerknął na przepust łączący staw z kanałem i wzdrygnął się na widok połyskujących za kratami śluzy bladych oczu. W smoliście czarnej wodzie stawu coś chlupnęło i prawie na pewno nie była to ryba ani kaczka. Pomijając wszystko inne, był listopad. Zacisnął szczęki.

– To bardzo ciekawe, co pani profesor mówi – zapewnił, zwalniając kroku. – Dobrze zrozumiałem, że staw też należał do tego hrabiego?

– Owszem – przyznała Jadziunia, chyba nieco zbita z tropu jego nagłą pasją do historii.

– A most na wyspę? – dopytywał Gabryś, wskazując na stary, kamienny most o kutej balustradzie, rzeczywiście łączący oba brzegi z wysepką dokładnie po środku stawu. – To też jego robota?

– Nie jego własnoręcznie – sprostowała Jadziunia. – Ale o ile dobrze pamiętam, to on to zlecił.

– Myśli pani psor, że tam będzie tabliczka, albo coś takiego? – podjęła Kosa, bezbłędnie wyłapując, na jakim etapie planu się znajdują. Gabryś zidentyfikował wędrowca, czającego się w najciemniejszym i najbardziej przewężonym odcinku drogi, a to oznaczało natychmiastową ewakuację ochranianego obiektu i obranie możliwie jak najbardziej okrężnej drogi. – Tak mi się wydaje, że to powinno być. Nigdy się nie zastanawiałam, ten most się liczy jako zabytek? Chyba powinien się liczyć, skoro to jeszcze dziewiętnasty wiek, dobrze pamiętam?

– Mówiąc szczerze, moja droga nie jestem pewna – odparła Jadziunia, chyba już nieco skołowana. – Wydaje mi się, że nie. I oczywiście możecie iść i sprawdzić, jak macie ochotę, ale sami rozumiecie – uśmiechnęła się przepraszająco. – Marchewki i grządki i…

– A oni w ogóle mieli jakiś herb? – Kosa nie zamierzała łatwo dać za wygraną. Pewnie ujęła nauczycielkę pod ramię i zaczęła ją prowadzić w stronę kamiennego mostku. Gabryś eskortował je, upewniając się, że nic nie próbowało wyjść zza kraty przepustu i że pozostali, obserwujący ich magowie wiedzą, co się dzieje. – Ja tak sobie w ogóle pani psor pomyślałam – brnęła Kosa, wspinając się na wyżyny swojego uczniowskiego zaangażowania i zapału, który bazowo nigdy nie był przecież jakiś bardzo duży. – Że my to tak w sumie mieszkamy w tym mieście, a nawet nie wiemy takich rzeczy, jak to o Zagórskich i stawie i moście. I może warto by było zrobić jakąś ścienną gazetkę albo w ogóle projekt tylko o naszej lokalnej historii i śladach przeszłości? Nie myślałam nawet, że to takie interesujące, dopóki pani psor nie zaczęła opowiadać i naprawdę chętnie dowiedziałabym się więcej!

– Skoro mówisz, Kasiu… – Jadziunia ostatecznie postanowiła chyba wziąć uczniowskie zaangażowanie za dobrą monetę i już bez większego oporu dała się poprowadzić w stronę mostku, by przekonać się, czy rzeczywiście jest zabytkiem, czy nie. – To rzeczywiście brzmi jak przyjemny pomysł, taka ścienna gazetka o dziedzictwie Zagórskich. Chciałabyś?

– No pewnie! Pewnie, że tak. Star…. ojciec mi jakiś czas temu przysłał aparat fotograficzny, to pewnie przyjdę tu w ciągu dnia, porobię zdjęcia, Gabryś pójdzie do biblioteki i zrobi jakieś notatki. Aleks bardzo ładnie pisze w ogóle, może jak już się wychoruje, to chciałby coś napisać…

Aleks.

Gabriel nie potrafił tego wytłumaczyć przenikającego go nagle dreszczu niepokoju. Kiedy znów przeszli obok ławki nad stawem, wysoka postać w kapturze poderwała się z niej i puściła się biegiem w stronę, z której nadchodzili. No dobrze, widział Landryna, przynajmniej tyle, wciąż jednak nie widział ani nie słyszał Aleksa, nie dostrzegł nawet błysku jego ognia. Nie potrafił pozbyć się myśli, że coś jest bardzo nie w porządku.

Wchodzili już na kamienny mostek, gdy gdzieś w okolicach przepustu jakiś mocno schrypnięty głos zaczął wyśpiewywać piosenkę o złocistych chryzantemach i zdradzieckich kobietach, nie szczędząc przy tym przekleństw i inwektywów.

Jadziunia zatrzymała się, nasłuchując. Zerknęła na wyraźnie zażenowaną Kosę i coraz bardziej poddenerwowanego Gabriela i najwyraźniej wysnuła własne wnioski odnośnie sytuacji.

– Dobrze, Kasieńko, że wreszcie poszłaś po rozum do głowy – stwierdziła z przekonaniem. – Marcin to może i ma ładny głos, ale jest łobuz. Teraz to może się wydawać ciekawe, ale jak będziesz starsza to zrozumiesz, że…

– Chryzantemy złocite w półlitrówce po czystej! – komunikował całemu światu Landryn, i w jego niosącym się po wodzie głosie może i nie było rozpaczy, ale na pewno było coś bardziej alarmującego.

Gabriel zerknął na Kosę, zerknął na przejętą nieprzyjemną sytuacją Jadziunię i uznał, że nadzwyczajne sytuacje wymagają nadzwyczajnych środków.

– Załatwię to! – zadecydował, wycofując się z mostka i wracając w stronę, z której dochodziło, jak Jadziunia mniemała, tęskne zawodzenie złamanego serca.

– Nic z tego! – zaprotestowała z zadziwiającą stanowczością Jadziunia. – Wybij to sobie z głowy, chłopcze. Nie będziesz biegał po ciemnicy po parku za łobuzami, nie na mojej zmianie!

Gabryś zamarł w pół kroku, nie bardzo wiedząc jak rozegrać sytuację w obliczu takiego dictum. Kosie starczyło refleksu na to, by w dramatycznym geście zasłonić usta dłonią, oprzeć się o barierkę mostka i wymusić z siebie szloch. Potoczyło się nawet kilka łez, chociaż nie były jakoś szczególnie przekonujące. Wystarczyły na szczęście w zupełności, by uruchomić w Jadziuni tryb opiekuńczy i sprawić, że otoczyła zrozpaczoną uczennicę ramieniem i zaczęła jej tłumaczyć, że przecież w sklepie próbuje się różnych pomidorów, i jeśli jedne są kiepskiej jakości, należy próbować dalej.

– A może ty wcale nawet nie lubisz pomidorów – argumentowała Jadziunia, przetrząsając plecaczek w kwiatki w poszukiwaniu chusteczek do nosa. – Może ty lubisz kiwi i całe życie chciałaś kiwi.

– N-nie rozumiem – wymamrotała Kosa, trochę przytłoczona rozmiarami nauczycielskiej troski.

Gabriel dostrzegł w wątku owocowo-warzywnym szansę na odwrót, zrobił więc kilka kroków w tył, twarzą wciąż zwrócony do mostku, po czym odwrócił się i puścił biegiem przez park, przeskakując od jednego pomarańczowego kręgu światła latarni do drugiego i nie rozglądając się na boki. W żołądku czuł ucisk, skronie pulsowały, każdy kolejny oddech palił płuca. W uszach grały mu nieco spanikowane nuty Landrynowej piosenki i zwrotki, co do których nawet nie spodziewał się, że istnieją i brzmiały na autorski wymysł, wynikający z potrzeby chwili.  Był już w dwóch trzecich drogi, kiedy wydarzylo się coś znacznie gorszego niż kolejna, zaimprowizowana zwrotka z kiepskimi rymami. Landryn zamilkł. Zamilkł zupelnie, jakby coś wybiło mu powietrze z płuc, chwilę po tym zaś coś chlupnęło, raz i jeszcze raz. Gabrys wyrwał do przodu. Przed oczami zatańczyły czarne plamy, coś zakłulo w boku. Zbliżając się usłyszał, że Landryn odzyskał głos. Nie śpiewał jednak. Prosił.

– Pozwól mi chociaż go wyciągnąć na brzeg – zwracał się do kogoś, kogo Gabrielowi zasłaniały drzewa. Nie musiał jednak widzieć, by się domyślać. – No weź, Adaś, no. To znaczy wiem, że to nie ty, ale proszę, p-pozwól mi… p-pozwól nam wyjść. Tu j-jest strasznie… strasznie zimno. Nie…! Proszę, nie! Adam, nie! Weź… T-ty… – zaśmiał się nieco głupkowato. – Dlaczego ty masz skrzydła?

– Zostaw ich! – zarządał Gabriel, przedzierając się przez porastające okolice przepustu krzaki. Dostrzegł, że Landryn stoi po pas w czarnej, smolistej wodzie, osłaniając kogoś przed pochylającą się nad nimi postacią. Postać miała dwie pary rąk, wielkie, zajmujące prawie całą twarz oczy i wyrastające nad nimi czułki. Na całe szczęscie postać miała też zupełnie ludzkie usta. Z plecó wyrastały mu dwie pary cienkich, półprzezroczystych skrzydeł. Na widok stwora pod Gabrysiem trochę ugięły się kolana. – Z-zostaw – powtórzył. – Pozwól im wyjść.

Potwór popatrzył na niego ogromnymi, siatkowymi oczami i lekko przekrzywił pokryty krótką szczeciną łeb.

– Ty rozumiesz? – upewnił się.

Gabriel przemógł jakoś ogarniającą całe ciało słabość.

– Tak – odparł. – Wygląda na to, że tak. Rozumiem.

– Ul – odezwał się stwór, wciąż nie spuszczając go z oczu. Głos miał zgrzytliwy, przejmujący dreszczem. Korzystając z tego, że stwór jest zajęty, Landryn zaczął holować półprzytomnego towarzysza na wyłożony chodnikowymi płytami brzeg. Gabriel zbladł, rozpoznając kurtkę Aleksa, teraz zupełnie przemoczoną i rozdartą. – Patrz na mnie – zarządał wędrowiec. – Ul. Zaprowadź mnie do ula.

– Do ula? – powtórzył Gabriel, przez chwilę zastanawiając się, co potwór może mieć na myśli. A później sobie przypomniał. Tośka wspominała im przecież o całym roju wędrowców, który Szczurołap, Giewont i Wieża poszli zniszczyć, gdy doszło do zamachu. – Do twoich?

– Tak.

– Twoich nie ma – Gabriel rozłożył ręce. – Odeszli bez ciebie?

– Odeszli? – powtórzył potwór. W blasku latarni zamigotały skrzydła i gość podfrunął odrobinę, by dostać się na brzeg. Landryn padł wraz z Aleksem na wilgotną ziemię, najwyraźniej z zamiarem chronienia się przed ewentualnym atakiem z powietrza. – Odeszli? Odeszli? Zostawili? Odeszli?

– Na to wygląda – odparł Gabryś. – Przykro mi.

– I co teraz? I co? I co? I co? Co teraz?

Gabriel ucisnął dłonią nasadę nosa.

– Nie wiem – powiedział zdziwiony tym, jak zduszony jest jego głos. – N-nie wiem, co się robi jak ktoś ci zabierze ul i jak już go nie ma. Ale wiem, że jest wtedy zimno i strasznie i nie wie się, gdzie iść i wszystkiego się boi i robi się głupie rzeczy i bardzo… bardzo chce się ten ul znaleźć. Albo zbudować samemu.

– Zbudować? – powtórzył wędrowiec.  Lekko przekrzywił głowę, w jedną stronę, potem w drugą. – Zbudować. Zbudować. Zbudować ul. Znaleźć inne pszczoły. Stworzyć inne pszczoły. Ul, ul, ul, ul! – zaśpiewał zgrzytliwie potwór, wymachując czułkami i cienkimi, patykowatymi odnóżami z czymś niebezpiecznie bliskim entuzjazmu. – Ul, ul, ul, zrobię własny ul! Zrobimy własny ul, też szukasz ula, ul, ul, ul! Chodź, zrobimy ul!

Gabryś zerknął na Aleksa i Landryna, wciąż leżących twarzą do ziemi. Landryn podniósł na niego wzrok, bardzo wyraźnie dając do zrozumienia, że sytuacja wymknęła się spod kontroli już jakiś czas temu.

– Ul, ul, ul! – nalegał potwór. – Chodź, zrobimy ul, razem ul! Pomożesz mi z ulem, znajdziesz mi nowe pszczoły, które ja wezmę do ula! Do naszego ula, będziemy mieli ul! Zrób ze mną ul, albo ich zabiję! – zaskrzeczał, przenosząc wzrok na swoje niedoszłe ofiary.

Landryn pokręcił głową, ale był przecież Aleks, Aleks, który się nie ruszał i który był zupełnie nieprzytomny, ale gdyby tylko wiedział o Wieży i Marzence, byłby bezpieczny i daloby sie go uratować.

Ty za mną w ogień, pomyślał, spoglądając po raz ostatni na Aleksa. Ja za tobą w… cokolwiek to właściwie będzie. Czymkolwiek się okaże.

– Ul, ul, ul! Teraz ul! Wspólny ul! Najlepszy ul!

– Dobrze – powiedział Gabryś, przenosząc wzrok z powrotem na gościa. – Zrobię z tobą ul. Pomogę ci znaleźć pszczoły.

– Ul, ul, ul! – zaśpiewał triumfalnie wędrowiec. Wyciągnął patykowate ręce do Gabriela i zamachał cienkimi skrzydłami, żeby unieść się w powietrze.  

Nie uniósł się jednak. Dolne odnóża wrosły w ziemię, ukorzeniły się. Dwie pary i tak patykowatych rąk zmieniły się w gałęzie. Dziwna twarz pół-człowieka, pół-pszczoły obrosła korą, zdrewniała i znieruchomiała, a młody jeszcze kasztan wystrzelił pod niebo. Gabriel opuścił dłoń i ostrożnie wyjrzał zza drzewa. Na żwirowej ścieżce stała Antonina, w zielonym płaszczu, z włosami gładko zaczesanymi na plecy i wciąż wyciągniętą przed siebie dłonią. Poklepała korę drzewa, wyrosłego przed chwilą a jednocześnie w jakiś sposób wyglądającego, jakby było tam zawsze.

– Miał być klon – mruknęła, wyraźnie niepocieszona. Potoczyła wzrokiem po placu boju. Wyminęła Gabriela i pochyliła się nad Landrynem, który z mniejszym lub większym skutkiem usiłował postawić Aleksa na równe nogi. Aleks drżał caly i leciał przez ręce, prawie siny na twarzy i półprzytomny. Kurtka była mokra, trudno powiedzieć, czy od wody ze stawu czy od krwi, na to było zbyt ciemno. Antonina wywróciła oczami.

– Pomóż mi! – warknęła, zerkając na Gabriela. – Wracamy do domu. Już.

– C-co tu robisz? – spytał Gabryś, wciąż unikając jej wzroku. Posłusznie podszedł, by przejąć poszkodowanego towarzysza z rąk Landryna. Może mu się wydawało, ale Aleks spiął się pod jego dotykiem, jakby próbował się odsunąć. – Śledziłaś nas?

Tośka pokiwała głową, z wyraźną rezygnacją.

– Stary uznał, że nie mam przecież nic lepszego do roboty,  jak tylko upewniać się, że moi przybrani młodsi bracia nie zamierzają się pakować w kłopoty i trwonić swojej magii. Ale no cóż – zerknęła na zwieszającego się jej z ramienia Aleksa, który mamrotał coś pod nosem. – Pewnie jakby nadużył, to nie byłby teraz taki przemoczony – skwitowała. Po chwili wachania zdjęła swój płaszcz, uszyty z miękkiej wełny i okryła nim chłopaka.

Kiedy zbierali się już do odejścia, Gabryś dostrzegł, jak drugą stroną stawu zbliżają się do przepustu Kosa z Jadziunią. Kosa dostrzegła siedzącego pod nowo powstałym kasztanem, doszczętnie przemoczonego Landryna i rzuciła się na niego całym ciężarem, zarzucając mu ręce na ramiona, oglądając uważnie i upewniając się, że wszystko w porządku.

Jadziunia przyglądała im się przez dłuższą chwilę oniemiała, przenosząc wzrok to na obściskującą się – w jej mniemaniu przeżywającą rozstanie – parę, to na Gabrysia, który stał obok jej byłej uczennicy podtrzymującej obecnego ucznia, który nie tylko nie miał gorączki, ale też bardziej zbliżał się do drugiej strony skali i stwierdziła, że owszem, miało tu miejsce coś bardzo dziwnego i nie do końca wyjaśnionego, ale niestety marchewki nie mogą już niestety dłużej zwlekać. Wlokąc się krok za krokiem parkową alejką Gabryś słyszał jeszcze, jak nauczycielka próbuje zachęcić dwójkę swoich uczniów, by poszli za nią na działki, osuszyć się i ogrzać.

***

Po powrocie do willi, Tośka od razu zabrała Aleksa do siebie na strych, Gabryś zaś powlókł się do swojej sypialni, ściągając po drodze przemoczone buty i kurtkę. Ułożył się po swojej stronie łóżka i zawinął w koc, nasłuchując i czekając aż Aleks wróci. Musiał przecież wrócić. Ta próba odsunięcia się wcześniej, w parku i to unikanie jego wzroku o niczym nie świadczyło. Zaatakował go wędrowiec wyglądający jak przerośnięta pszczoła, prawie utonął i przemarzł, mógł po prostu nie być w najbardziej towarzyskim nastroju. Wróci, powtarzał sobie Gabryś, już nie leżąc, ale siedząc na łóżku i nasłuchując odgłosów z góry. Owszem, słyszał kroki, ale nikt się nie kłócił, jeśli rozmawiali, to bardzo cicho. Wstał i zrobił sobie herbaty, wszedł nawet na schodki na strych i upewnił się, że też nie chcą się czegoś napić, ale nie chcieli, pochłonięci rozmową.

No dobrze, więc może Tośka słyszała jego rozmowę z potworem i ofertę, by z nim iść i pomóc mu w budowie ula. Możliwe, że to rzeczywiście nie wyglądało dla Gabrysia zbyt dobrze, ale co z tego? Przecież i tak planowali stąd spadać. Planowali znaleźć magów, z którymi Wieża współpracowała, Aleks sam to zaproponował.

Wszystko szło zgodnie z planem.

Siedział w swoim pokoju, próbował czytać przyniesioną wcześniej z biblioteki książkę. Przebiegał wzrokiem po literach wydrukowanych na pożółkłym papierze. Jak na złość nie chciały złożyć się w słowa, a co dopiero w zdania. Przewracał kolejne karty, sztywne i kruche, myśląc o tym, że przecież wkrótce razem uciekną i wspólnie pomogą Wieży zniszczyć wszystkich wielkich magów, z Giewontem na czele. Naprawią Aleksa, wreszcie wszystko będzie dobrze. Będą mieli swój ul, swoje pszczoły, swoje ognisko, wszystko, czego potrzebują. Powtarzał to sobie, a litery rozmazywały mu się przed oczami i wreszcie, zmęczony wieczorną bieganiną po parku i nadmiarem wrażeń, zasnął, nie czekając na Aleksa.

Wydawało mu się, że słyszy jeszcze kroki na schodach, i był pewien, że Aleks przyszedł do niego i za pomocą magii rozpalił ognisko na starym, poprzecieranym dywanie. Zawinęli się w koce i usiedli na podłodze, wyciągając dłonie do żaru. Nad nimi świeciły gwiazdy, ogień pożerał drzewo, a iskry strzelaly aż pod ciemne, nocne niebo. Płomienie łagodnie muskały skórę, rozlewały po całym ciele przyjemne ciepło, promieniujące aż do kości. W jakiś sposób wiedział, że to sen – na suficie przecież nie było gwiazd, a magia Aleksa była zepsuta i podobno nie kontrolował jej na tyle, by rozpalić ognisko. W jakiś sposób to jednak było prawdziwe: płomienie,  dłoń Aleksa muskająca jego policzek, poraniona twarz wtulona w jego ramię, ciepły oddech nad uchem, wystające łopatki i wyczuwalne pod palcami kręgi. Prawdziwe ciepło,  nie żadna pułapka ani szarpiący lodowymi igłami pożar. Jak powrót do domu po długiej wędrówce przez śnieżną zawieruchę, stopniowe rozgrzewanie się, roztapianie, podchodzący płaczem do gardła spokój. Świadomość, że nawet bez ucieczki, tu i teraz mają swoje własne ognisko, przy którym mogą się chociaż na moment ogrzać.

To był

naprawdę dobry sen. 

Gabriel ocknął się w środku nocy, tknięty tym nagłym przeczuciem, że stało się coś nieodwracalnego. Ulewny deszcz spływał po szybie i uderzał o daszek nad oknem. Gdzieś na granicy słuchu szeleściły suche liście. Wyraźnie wyczuwał woń wilgotnej ziemi. Usiadł, roztrzęsiony i pokryty zimnym potem. Zauważył, że ktoś odstawił jego kubek z herbatą z podłogi na szafkę, obok kładąc książkę – pamiętając o tym, by zaznaczyć zakładką odpowiednią stronę. Samego Aleksa jednak nigdzie nie było, mimo, że wciąż czuł jego dotyk, wciąż pamiętał ciężar dłoni na swoim ramieniu i chłodny dotyk na policzku.

Podniósł się i, narzucił na siebie bluzę i, boso i w spodniach od dresu, ruszył przez opustoszały dom na poszukiwania przyjaciela. Zszedł na parter, mając nadzieję, że może zastanie go w jego starej sypialni. Wciąż miał tam przecież większość swoich rzeczy i książek. W sypialni jednak nie było Aleksa. Na pozbawionym materaca łóżku leżała jego sportowa torba, częściowo już wypchana ubraniami i rzeczami do szkoły. Wyglądało tak, jakby chłopak zaczął się pakować i coś rozproszyło go w środku pracy.

Gabryś zamykał już drzwi sypialni, żeby ruszyć na dalsze poszukiwania, gdy nagle coś spojrzało na niego spod łóżka. Cienista, rozedrgana istota o ogromnych, bladych oczach. Szeleściła do Gabrysia miękkim, słabym głosem.

– Patrz, co mi się stało.

– Aleks…?

– Patrz, co mi się stało – powtórzyło stworzenie, spoglądając na Gabriela błagalnie i tym razem nie mógł tego zignorować. Puścił klamkę i zbliżył się do łóżka. Pod nim, na podłodze leżała niewielka kupka popiołu, za którą istota się czaiła. Podłoga była nadpalona, podobnie jak część ramy łóżka.

Gabryś przykląkł na nadpalonych deskach i spuścił głowę. Wbił wzrok w popiół.

– Chciałem cię stąd zabrać – powiedział, uświadamiając sobie, że w sumie teraz to już nie robi nikomu różnicy i tak naprawdę nie ma znaczenia. Pojęcia nie miał, czemu w ogóle o tym mówił. – Do kogoś, kto by cię naprawił. Spotkałem ją dzisiaj, była gotowa wziąć nas obu.

– Wiem – odparła istota, wyciągając ku niemu wątłe, cieniowe kończyny. – Wiem, że chciałeś. Widzisz, zacząłem się już pakować.

Gabryś zerknął na częściowo spakowaną torbę i zacisnął zęby.

– C-co się stało? – spytał cicho.

– Nie wiem – odparła istota. – Siedziałem i się pakowałem i myślałem o tym wszystkim.

– Tym wszystkim? – drążył Gabriel, bo przecież musiał się czegoś złapać. – O czym mówisz, Aleks?

W bladych oczach zagościło zmęczenie, i strach – mieszanka tak ostatnimi czasy charakterystyczna dla Aleksa.

– Słyszałem, co mówiłeś tam, w parku – wyznało stworzenie cichym, szeleszczącym głosem. – Na co się umawiałeś z tym wędrowcem. Że chciałeś z nim iść i mu pomóc ściągać tu innych i… i robić nowy ul. I wiem, że twoją mocą wcale nie jest wyczuwanie wędrowców i – Śmiech bladookiej zjawy również był szeleszczący. – Nie rozmawialibyśmy teraz, gdyby była. Wiem, co potrafisz. I rozmawiałem… Tośka mnie wypytywała. O ciebie, o to, co tam się stało. Słyszała końcówkę, ale nie była pewna, czy rzeczywiście ty coś… głównie on skrzeczał jak najęty. Pytała się mnie i zaprzeczyłem, więc pokazała mi notatki starego.

– Co?!

– Giewont prowadzi coś jakby dziennik obserwacji. Marzeny, Tośki, mnie i ciebie. Czy coś pokazujemy, jak nam idzie szkolenie, czy… czy mamy szansę. Czy coś z nas będzie. Podejrzewa, że możesz być… Tanatos, tak to chyba określił. Że możesz nim być. I że w takim razie, jeśli z Tośką wyciągną ode mnie co słyszałem, to będzie wiedział. I…

– I co?

– No. Ją przecież zabił. Wieżę. Ona potrafiła to samo, co i ty. I ją zamordował i wciąż jest wściekły i podejrzliwy i… I ty byłeś gotowy żeby iść z tym wędrowcem i z nim współpracować, i porywać ludzi i to wszystko, żeby tylko on nas zostawił w spokoju i… – Oczy jakby pobladły, cała postać zrobiła się jeszcze mniej wyraźna, jakby utkana z cieniowej pajęczyny. Coraz bardziej odległa. – Zajrzałem do ciebie, ale spałeś. Uznałem, że najpierw sam się spakuję, a później cię obudzę. Więc zacząłem się pakować i siedziałem i myślałem. Chyba skończyły mi się historie, które mógłbym sobie powtarzać, żeby przekonać się, że to się dobrze skończy. I jakoś tak siedziałem i się pakowałem i myślałem nad tym wszystkim i udało mi się przywołać ogień i… i nagle po prostu zrobiło się do za dużo i chyba się trochę roztrzaskałem. Roztrzaskałem się, prawda?

Gabryś pokiwał głową.

– Chyba tak. Na to wygląda.

– Zimno mi, Gabryś – poskarżyło się coś, co jeszcze jakiś czas temu było Gabrysiem. – Teraz tak naprawdę, naprawdę mi zimno. Chyba przemarzłem.

– Chodź – Gabriel wyciągnął do dziwnej, eterycznej istoty ręce. – Chodź, ogrzeję cię, dobrze?

Coś zaszeleściło mu w uszach i w myślach, przez moment wydawało mu się, że tuli Aleksa, że wyczuwa kręgi na plecach i drobne, jakby ptasie kości, że chłopak wciąż ma na sobie przemoczoną kurtkę i jakby dopiero co wyciągnęli go z wody. Jakby wszystko jeszcze dało się zatrzymać i naprawić, gdyby tylko nie zasnął, gdyby na niego poczekał. Gdyby nie zostawił go sam na sam ze zbyt wielką dla niego magią.

Aleks lekko oparł głowę na jego ramieniu.

– Już wiem, gdzie mam iść – mruknął, nieco sennie, zdecydowanie już spokojniejszy i mniej wystraszony.

– Wiesz…?

– Tak. Dotknąłeś mnie, i już wiem. To chyba jest twoja magia. Dziękuję.

Gabriel nie wiedział, co na to odpowiedzieć, milczał więc, obejmując coraz mniej rzeczywiste ciało przyjaciela.

– Uważaj na siebie – poprosił jeszcze Aleks, głosem ledwie dosłyszalnym i dochodzącym jakby zza drzwi. – Twoja historia bardzo łatwo może stać się twoją pułapką.

– Hm? Co?

– Nieważne, Gabryś. Nieważne. Nie płacz, zobaczymy się na jeziorach. 

Zorientował się, że stoi w pustym, ciemnym pokoju z pustymi rękami. Wziął torbę Aleksa ze sobą. Założył buty i kurtkę, po czym wyszedł w listopadową noc, nie zwracając uwagi na kałuże ani połyskujące w świetle latarni chodniki. Przez resztę nocy chodził po ulicach jak otępiały, podświadomie tylko czując jakiś straszliwy ból.

*** 

Spotkali się tydzień później, chociaż tym razem nie w herbaciarni. Tym razem dostał od Marzenki bilet na pociąg, wsiadł w niego i wysiadł kilka stacji dalej. Wokół rozpościerał się las, pachnący mchem, grzybami i mokrą ściółką. Nie padało, ale nad ziemią snuły się pasma sinej mgły.

Wieża czekała na peronie, w towarzystwie palącej papierosa Marzeny i obcej, rudowłosej kobiety. Tego dnia ubrana była w popielaty garnitur, dopasowany do srebrzystej koszuli. Jasne włosy zaczesała do góry, stalowe oczy zmierzyły przybysza surowym, oceniającym spojrzeniem. Usta rozszerzyły się w beznamiętnym uśmiechu. Nie odezwała się do niego. Skinęła tylko dłonią, zachęcając, by poszedł za nimi. Szedł więc, bo w sumie nic lepszego i tak nie miał do roboty.

Zatrzymali się na skraju lasu, przy drewnianych ławkach wyznaczonych jako miejsce na piknik. Tablica obok informowała o jakimś rezerwacie.

– Z Marzenką już się znacie – zwróciła się do niego Wieża. Przez chwilę rozważała, czy nie usiąść na jednej z ławek, popatrzyła jednak na swój garnitur i zmieniła zdanie. Marzenka uśmiechnęła się z kpiną, poprawiając kaptur kurtki, pozszywanej z różnobarwnych pasków materiału i niemożliwie poprzecieranej. Zwykle poskręcane w drobne sprężynki włosy jakoś oklapły na deszczu.

– No hej – mruknęła. – Kto by pomyślał, co nie? To co? – Wyciągnęła do niego paczkę papierosów. – Pod tę współpracę?

Odmówił poczęstunku.

– To jest Łuna – przedstawiła rudowłosą kobietę Wieża. – Łuno to jest…

– Jasny – powiedział, uprzedzając następne słowa Wieży. – Możecie mi mówić Jasny.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

error: Content is protected !!
Przewijanie do góry