W pracy Tkaczki nieskończenie wiele spraw wymagało natychmiastowej interwencji. Niekiedy wszystkie musiały ustąpić pola stojącej w progu pracowni dziewięcioletniej Michalinie, bosej i jak zwykle trochę potarganej, z dłońmi wciśniętymi w kieszenie ogrodniczek. Przez uchylone drzwi wpadała do ciemnego zakładu tkackiego woń azalii, rozgrzanej słońcem ziemi i skoszonej trawy — wszystko to, przed czym kobieta próbowała się ukryć.
— Babciu….
Tkaczka oderwała wzrok od krosna. Palce wciąż przeplatały wątek przez osnowę. Skoro dziewczynka zdołała jakoś zmylić rodziców i przemknąć się do babci pracowni, sprawa musiała być najwyższej wagi.
— Tak, Michasiu?
— Może babcia zrobić tak, żeby jutro był deszcz? Albo najlepiej ulewa i burza z piorunami?
Czółenko znieruchomiało na moment. Tkaczka po prostu wpatrywała się we wnuczkę, marszcząc brwi.
— Po co ci ten deszcz, dziecko? — poddała się wreszcie.
— Bo jak będzie jutro ładnie, to tatuś nas pewnie znowu wyciągnie na rowery.
— A to źle? — drążyła Tkaczka, nieco zdezorientowana.
Starała się trzymać od dzieci na bezpieczną odległość, kojarzyła jednak mgliście, że lubią bieganie, krzyczenie i ogółem ruch na świeżym powietrzu i im bardziej są zmęczone, tym łatwiej się ich pozbyć z zasięgu wzroku.
Michasia wzruszyła ramionami. Zrobiła kolejny krok w głąb pracowni, z ciekawością przyjrzała się dywanowi utkanemu z pokrzyw i ciemnej, piwnicznej wilgoci. Przędza wciąż leżała jeszcze w skrzynce obok i drobna dłoń wyciągnęła się do niej z zaciekawieniem. Tkaczka wciąż siedziała na swoim stołku, nie spuszczała jednak z dziewczynki wzroku.
— No to jak to jest z tym deszczem, dziecko? — spytała ostatecznie, gdy wszystkie skończone dywaniki zostały już skutecznie zmacane. — Pokłóciłaś się z tatą, że nie chcesz na rower? Wiesz przecież, że to nie jego wina, że na tak długo wyjeżdża, taką ma pracę.
— Nieeee. To nie to.
— Co w takim razie?
— Bo Franek się teraz cały czas przechwala tym nowym kolegą i tak strasznie chciałabym go wreszcie poznać, no.
— Franek? — powtórzyła z pewnym roztargnieniem Tkaczka. — To ten mały, dobrze odżywiony chłopiec z domu obok? Ten, który ci miesiąc temu zrzucił doniczkę na głowę i trzeba było jechać do szpitala na szycie?
Michasia wywróciła oczami.
— No ale to przecież było niechcący! — zapewniła. — I już się na niego nie gniewam. Jak byłam na zielonej szkole, to się cały czas bawił z jakimś nowym kolegą i teraz jak wróciłam, to nie może przestać mi o tym opowiadać. Podobno robili tamy w lesie nad strumykiem i biegali po kałużach i puszczali okręty z papieru i ja też bym chciała.
— A nie możesz? Zaproś Franka z kolegą na rowery, czy coś. Tata chyba nie ma nic przeciwko Frankowi, dopóki nie zrzuca ci doniczek na głowę.
Dziewczynka stanowczo pokręciła głową.
— Nie da rady — odparła, z całkowitym przekonaniem.
— Dlaczego nie?
— Franek mówi, że ten kolega przychodzi do niego tylko i wyłącznie wtedy, kiedy ma padać. Bardzo chcę go poznać, więc proszę, niech babcia zrobi tak, żeby jutro był deszcz a najlepiej burza z piorunami i żeby padało cały dzień.
— Przychodzi tylko wtedy, kiedy ma padać, hm?
— Franek mówi, że to trochę tak jak wilga — wyjaśniła Misia. — Bo wilga śpiewa na deszcz. Franek mi nawet próbował pokazać jak, bo go ten kolega próbował nauczyć naśladować głosy ptaków, ale to Franek. Nie idzie mu bardzo dobrze. I wiesz co, babciu? — Dziewczynka wskoczyła na blat jednego ze stołów i zamachała bosymi stopami w powietrzu. — Wiesz co, wiesz co, wiesz co?
Tkaczka wyraziła swoje zainteresowanie oszczędnym skinieniem głowy.
— Ja myślę — Michasia ściszyła głos. — Że on sobie tego kolegę wymyślił, żebym była zazdrosna i żebym myślała, że jest fajniejszy bo ma jakichś kolegów poza mną.
— Nie wszystko kręci się wokół ciebie, dziecko. Może po prostu chłopiec jest samotny i marzy o tym, żeby mieć więcej znajomych.
Michasia zastanawiała się nad tym przez chwilę. Ostatecznie wzruszyła ramionami.
— Może. Jak będzie jutro burza to wreszcie będę mogła go przycisnąć i sprawdzić, czy mnie nie nabiera. A babcia to o czym marzy?
Kobieta spojrzała na wiszący na ścianie pracowni zegar. Dochodziła szesnasta, nadzwyczajne sytuacje wymagały jednak nadzwyczajnych środków. Nie co dzień słyszy się o tajemniczych przyjaciołach sąsiadów, którzy są lub nie są wymyśleni. Podniosła się ze stołka i przeciągnęła się, aż zatrzeszczały zastałe od długiego siedzenia kości. Poprawiła opadający na plecy długi, niemal biały warkocz. Sięgnęła po dywanik z pokrzyw i piwnicznego mroku, miękki i chłodny w dotyku. Zwinęła go starannie, związała wstążką i wepchnęła sobie za pazuchę. Kolor dywanika zgrywał się z barwą jej sięgającej kostek spódnicy. Sandały były miękkie, skórzane i bardzo wygodne, jak to znoszone sandały mają w zwyczaju.
— Chodź, dziecko — powiedziała, biorąc Michalinę za rękę. — Buty jakieś załóż. Idziemy na spacer.
Dziewczynka zamrugała, zdziwiona ale chyba też podekscytowana.
— Na spacer gdzie?
— Do lasu. Złożymy starej Krogulec wizytę. Mówisz, że chcesz burzy z piorunami, a u niej rosną najlepsze bzy.
— Dlaczego bzy?
— Bzy pachną burzą, dziecko. Zwłaszcza te fioletowe. Nie zauważyłaś?
Kiedy Michalina założyła już swoje sandałki — czerwone i błyszczące, z biedronkami przy klamerkach, ruszyły piaszczystą drogą w stronę lasu, następnie zaś skręciły w wąską, zagubioną wśród mchów i paproci ścieżynkę. Słońce przedzierało się przez młode listowie, pozostawiając na mchu złociste cętki. Jagody wciąż jeszcze w większości były zielone, niektóre jednak zaczynały już czerwienieć. W głębi lasu dało się wciąż jeszcze dostrzec białe plamki konwalii, pachnące świeżością i deszczem. Tkaczka zanotowała w pamięci, by narwać ich trochę w drodze powrotnej. Mogły się przydać do naprawdę porządnych, deszczowych chmur.
Dziewczynka szła w milczeniu kilka kroków przed Tkaczką, oglądając się na nią raz po raz, niepewna ale i podekscytowana. Niecodziennie przecież zdarzało jej się chodzić z babcią na spacery, tym bardziej zaś na spacery do lasu. Zazwyczaj rodzice Michaliny starali się, by nie wchodziła w drogę starszej pani i nie zawracała jej głowy byle czym. Tkaczka, nawet jeśli podejrzewała, skąd bierze się ta niechęć do zostawiania wnuczki pod jej opieką, nigdy nie drążyła tematu. Miała przecież swoje wymagające ciągłej uwagi sprawy — wszystkie magiczne sieci i muchy, które już zdążyły w nie wpaść. Rodzicom Michasi pewnie nawet nie przyszło do głowy, że dziewczynka może być dla Tkaczki w jakikolwiek sposób interesująca. Michasia zdołała jednak wykorzystać moment ich nieuwagi, by przedrzeć się do pracowni i zażądać deszczu i burzy. Michasia chciała być blisko i tego nie dało się zlekceważyć.
Nie odezwały się do siebie ani słowem, dopóki nie dotarły do polany, poważne i podekscytowane, doskonale świadome tego, że ten spacer jest na swój sposób wyjątkowy. Dopiero wtedy Michasia cofnęła się te dwa, trzy kroki, tak, by zrównać się z Tkaczką i złapać ją za rękę.
— Nie wygłupiaj się — zganiła ją Tkaczka. — To tylko Krogulec. Nie porwie cię, kiedy jesteś ze mną.
Dziewczynka zmarszczyła brwi i lekko przekrzywiła głowę.
— A porwałaby mnie, gdybym przyszła tu sama? — spytała półgłosem, kiedy zmierzały przez łąkę ku ceglanemu, porośniętemu winoroślą budyneczkowi. Wokół chatki rzeczywiście rosły bzy, a także kilka starych, powykrzywianych jabłonek otaczających kamienną cembrowinę studni.
— Pewnie tak — odparła Tkaczka. — Dlatego lepiej nie chodź tu sama — dodała po namyśle. — Prawdopodobnie byłabym w stanie cię odzyskać, ale to byłoby niezręczne i uciążliwe, i myślę, że równie dobrze możemy sobie tego oszczędzić, prawda?
Michasia nie próbowała protestować ani dalej drążyć tematu. Ruszyły ścieżką w stronę chatki, znów pogrążone w niemal uroczystym milczeniu. Tkaczka z pewnym zadowoleniem spostrzegła jednak, że odkąd jednak weszły między jabłonie, wnuczka zostawała ten krok, dwa z tyłu, oglądając się na studnię i na drzewa, wyraźnie zaintrygowana.
— Jeśli chcesz, możesz tu zostać — powiedziała, kładąc dłoń na ramieniu dziewczynki. — Postaraj się nie wpaść do studni, bo ciężko byłoby to wytłumaczyć, i Krogulcowi i twoim rodzicom. Możesz się pobawić między drzewami — zachęciła. — No, leć.
Michasia energicznie pokiwała głową, najwyraźniej zadowolona z takiego obrotu spraw. Tkaczka zostawiła ją więc w sadzie i ruszyła raźno w stronę domku, raz po raz obracając się przez ramię.
Dziewczynka przysiadła przy jednej z jabłonek, chroniąc się w jej cieniu przed intensywnym, majowym słońcem, oblewającym całą polankę popołudniowym blaskiem. Od czasu do czasu zerkała znad kwiatów rumianku i krwawnika na chatkę pośrodku polany. Ze swojego miejsca prawdopodobnie widziała stojącą w progu smukłą postać babci i jej biały warkocz, przed nią zaś widziała otwarte drzwi i czający się w głębi sieni mrok. Babcia i ciemność rozmawiały o czymś, Misia siedziała jednak zbyt daleko, by rozróżnić słowa. Słońce zaszło za chmury, wiatr na polance na moment ustał, podobnie jak śpiew ptaków. Kora drzewa zdawała się drżeć i wibrować lekko pod drobnymi palcami dziewczynki. Wreszcie jednak drzwi chatki się zamknęły. Wiatr zaszeleścił w gałęziach jabłonki, jakby drzewo z ulgą wypuściło wstrzymywany oddech. Tkaczka gestem przywołała do siebie Michasię.
— Będziesz miała swoją burzę — powiedziała. — Ale musisz sobie na nią zapracować. Krogulec zgadza się, żebyśmy nazrywały tu kwiatów.
Pracowały więc. Zrywały gałązki pokryte fioletowymi kwiatami i układały je w bukiety. Kiedy wracały przez las, ręce miały pełne kwiatów i miękkie płatki łaskotały je po twarzy. Po drodze zeszły jeszcze ze ścieżki, by nazrywać trochę konwalii, tylko po jednym bukiecie, bo na więcej nie miały już miejsca. W jakiś sposób to było zabawne i nawet miłe. Tkaczka z pewnym rozczuleniem zerkała na drepcącą obok Michasię, obładowaną kwiatami tak, że pewnie ledwie widziała ścieżkę. Słońce stało coraz niżej, przeświecając przez liście i kapiąc złotem na ściółkę.
— Kim wcześniej były te drzewa na podwórzu? — spytała w pewnym momencie dziewczynka. Tkaczka zerknęła na nią z wahaniem.
— Nie powiedziały ci?
— Nie wszystko — przyznała Michasia, marszcząc brwi. Kichnęła gdy od mieszanki zapachów aż kręciło w nosie. — Czułam, że są smutne i złe i że się jej boją. I że wcześniej to byli ludzie. Przyszli na tamtą polanę czegoś szukać, ale nie znaleźli, bo stali się drzewami. To był ktoś, kogo znamy, babciu?
Tkaczka pokręciła głową.
— Nie mieszkali na stałe w Ustroniu — odparła. — Tylko przyjeżdżali na wakacje. Raczej ich nie znałaś, byłaś jeszcze malutka.
— Czego szukali?
— Pewnego zaginionego chłopca. Podejrzewali, że został porwany przez Krogulca, dlatego przyszli. Krogulec nie ma dużo cierpliwości do ludzi, którzy zadają pytania — przyznała w zadumie Tkaczka, wdychając w nozdrza zapach bzu. Również zbierało się jej na kichnięcie, zdołała się jednak powstrzymać.
Michasia raz po raz zerkała na nią, najwyraźniej usiłując upewnić się, na ile poważnie powinna traktować tą odpowiedź.
— Franek mi nie uwierzy, jak mu powiem — orzekła wreszcie.
— Pewnie nie uwierzy — zgodziła się Tkaczka. — I pewnie będzie chciał sprawdzić, czy mówiłaś prawdę. Przyjdzie tu, Krogulec go złapie i wywiezie gdzieś daleko poza Ustronie, a jego rodziców też zamieni w drzewa.
— Tak?
— Raczej tak. Tym właśnie zajmuje się Krogulec. Porywa dzieci i wywozi je z Ustronia, żeby mogły się uczyć naprawdę wielkiej i strasznej magii.
— Och — mruknęła Michasia i na dłuższą chwilę zatonęła w swoich kwiatach, intensywnie nad czymś rozmyślając. — To ja mu może lepiej nie będę nic mówić. Wyjedzie i zostanie potężnym czarodziejem, a ja nie, bo ty nie pozwolisz mnie porwać i nigdzie wywieźć. I znowu będzie się miał czym przechwalać. Chyba trochę bez sensu.
— Owszem — zgodziła się Tkaczka, uśmiechając się do siebie przelotnie. — O, patrz, maki — odezwała się, gdy już wyszły z lasu na piaszczystą drogę wzdłuż kolejnych posesji. Maki rzeczywiście porastały trawnik przy ogrodzeniu, majestatyczne i bardzo senne. Opierały się o drewniane sztachety płotu, by nie zemdleć w popołudniowych promieniach słońca. — Maki to też burzowe kwiaty — zadecydowała kobieta. — Powinny się nadać.
***
Gdy wróciły do domu, obładowane bukietami pachnących kwiatów, dla Michasi nastała już pora kolacji. Tkaczka, nucąc pod nosem, pasmami wyciągała z zebranych do plastikowego wiadra kwiatów ich barwę, zapach i całą esencję, następnie zaś splatała je za pomocą wrzeciona, wciąż ze śpiewem na ustach, i do rytmu skrzypiącego kołowrotka, zmieniając bukiety w delikatną, aromatyczną przędzę. Przędła i nuciła, nuciła i przędła, w wiadrze zaś coraz mniej było bzów, zaś pod jej nogami coraz więcej przędzy, pachnącej zasnuwającymi horyzont chmurami, pierwszymi porywami wiatru i kroplami deszczu na delikatnych płatkach. Bzy były praktycznie skończone i zabierała się właśnie za konwalie, kiedy zza uchylonych drzwi pracowni dobiegły ją odgłosy dziecięcej kłótni. Z ciekawością wyjrzała przez niewielkie, zakurzone okienko zakładu, tylko po to, by dostrzec, jak Michasia stoi przed siatką oddzielającą podwórze od podwórza sąsiadów i wymienia opinie ze stojącym po drugiej stronie płotu tęgim, ciemnowłosym chłopcem w pasiastej koszulce.
— A właśnie że tak!
— A właśnie że nie!
— Zobaczysz.
— Sam zobaczysz! — upierała się Michasia. — I w ogóle to jesteś głupi i głupio zazdrosny! Nie chcę ci przecież zabrać tego twojego kolegi, chcę go po prostu poznać i się z wami pobawić! Tyle o nim opowiadasz.
— Ty jesteś głupia. I wcale nie jestem zazdrosny, po prostu on i tak jutro nie przyjdzie. Jutro będzie słońce i jedziemy z braćmi nad zalew.
— A ja ci mówię, że będzie burza, na pewno będzie! Babcia powiedziała, że będzie, a babcia się zawsze najlepiej zna!
Ten argument zmusił chyba rozmówcę do przemyślenia stanowiska, bo chłopiec zamilkł na dłuższą chwilę.
— No to jak będzie, to wtedy zobaczymy — odparł wreszcie, z wyraźnym ociąganiem. — Niczego nie obiecuję, ale jak przyjdziesz, to może on też będzie i was ze sobą poznam. Jeśli tylko będzie miał nastrój na zabawę z dziewczynami, chociaż nie sądzę, żeby miał. Poza tym na razie ani trochę się nie zanosi na deszcz. Widzisz te chmury, dziecko? Zapowiadają ładną pogodę, pani w szkole tak mówiła.
— Nie mów do mnie “dziecko”, dziecko — zjeżyła się natychmiast Michasia. — I mówię ci, że jutro będzie padać i będzie burza z piorunami i nigdzie nie pojedziemy, ani ty ani ja!
— No zobaczymy — powtórzył Franek, już z pewnym znudzeniem.
— Zobaczymy — odparła nadąsana Michasia, po czym odwróciła się i jakby nigdy nic, w podskokach pobiegła do babcinego warsztatu. Podeszła bliżej siedzącej przy kołowrotku Tkaczki i zerknęła do wiadra..
— O? — W ciemnoniebieskich oczach błysnęło pytanie. — Gdzie kwiaty?
— Tutaj — odparła Tkaczka, wskazując na motki miękkiej przędzy leżące u jej stóp. — Jak będę miała dostatecznie dużo, utkam z tego chmury — wyjaśniła. — Tylko jeszcze mi została część konwalii i maki.
— Mogę popatrzeć? — spytała zachłannie Michasia.
— A rodzice nie będą cię szukać?
— Powiedziałam im, że idę do Franka pograć na kompie. Chwila minie, zanim się zorientują, że się pokłóciliśmy. Poza tym tata się pakuje.
Tkaczka w zadumie pokiwała głową. Cóż, jej syn zazwyczaj się gdzieś pakował i zazwyczaj był tym dość zaaferowany.
— Ale jak zaczną cię wołać spać to masz iść bez marudzenia — zastrzegła. Dziewczynka skrzywiła się, wyraźnie niezadowolona. — Masz przecież plany na jutro, prawda? Na co ci deszcz i burza, skoro będziesz siedziała za karę w pokoju?
Najwyraźniej argument trafił tam, gdzie trafić powinien, bo Michasia nie próbowała protestować. Usiadła sobie w kącie, między utkanymi już dywanikami, a motkami zielonkawej przędzy, pachnącej pokrzywami i skrzypem i obserwowała, jak Tkaczka kościstymi palcami wyciąga z konwalii białe pasma słodkiej bieli, oczekiwania na deszcz i tęsknoty za lasem. Obserwowała, jak toczy się koło i jak delikatne dzwonki konwalii zmieniają się w brudno białą, jakby przydymioną przędzę. Wsłuchiwała się w śpiewaną przez Tkaczkę piosenkę, usiłując wychwycić słowa.
Gdybym miał niebios wyszywaną szatę
Z nici złotego i srebrnego światła,
Ciemną i bladą, i błękitną szatę
Ze światła, mroku, półmroku, półświatła,
Rozpostarłbym ci tę szatę pod stopy,
Lecz biedny jestem: me skarby — w marzeniach;
Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy;
Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach[1].
Tkaczka nuciła i przędła, i przędła i nuciła, i choć zdumiała się, słysząc wtórujący jej jasny, dziecięcy głosik, nie dała tego po sobie poznać. Po prostu śpiewała dalej.
— Gdybym miał z nieba wyszywaną szatę, z nici złotego, złotego światła i ciemną i jasną i błękitną szatę, ze światła i cośtam i cośtam i światła — nuciła Michasia, próbując nadążyć za melodią, ale przez trzeszczenie koła wyłapując co drugie- trzecie słowo i dopowiadając resztę. W podpatrzonym u Tkaczki geście wyciągała dłoń, próbując oddzielać pojedyncze pasma z kądzieli i splatać je i prząść i nawijać na kłębki. — Więc ci rzuciłem to światło pod stopy i chodź ostrożnie bo stąpasz po marzeniach…
Ostatecznie panujący w warsztacie półmrok, miarowy turkot kołowrotka i śpiew Tkaczki uśpiły dziewczynkę, jeszcze zanim rodzice zdążyli zauważyć jej nieobecność i zorganizować poszukiwania. Tkaczka popatrzyła na puste wiadro i fioletowo-szarą, obiecującą deszcz przędzę z wyraźnym zadowoleniem. Zerknęła też przelotnie na niewielki, czerwony motek, wyobrażając sobie drżące, senne, przedburzowe powietrze i ciemne, granatowe chmury kontrastujące z polem maków. Z zadowoleniem pokiwała głową. Podniosła Michasię do pozycji stojącej i, mocno zaciskając dłoń na jej ramieniu, poprowadziła ją przez pociemniałe już podwórko, prosto do domu i po drewnianych schodach, do sypialni na piętrze. Pomogła na wpół-śpiącemu dziecku przebrać się w pidżamę w biedronki, po czym pozwoliła mu ułożyć się na poduszkach i starannie okryła kocem.
— Lecz jestem biedny i mam skarby w marzeniach — wymamrotała Michasia, wtulając policzek w poduszkę i zupełnie odruchowo sięgając ku czającej się pod łóżkiem ciemności.
Tkaczka uśmiechnęła się lekko i zamknęła za sobą drzwi sypialni. Poinformowała syna i synową, że dziecko jest u siebie i śpi. Syn skwitował to zdziwionym spojrzeniem, w oczach synowej błysnął niepokój. Zignorowała to, tak samo jak ignorowała większość reakcji z ich strony. Zjadła odłożoną dla niej w lodówce kolację, wyjaśniła, że ma jeszcze trochę pracy i życzyła rodzinie miłego wieczoru. Nie czekając na odpowiedź wróciła do pracowni.
Dopiero późną nocą, przyglądając się wychodzącym spod jej ręki burzowym chmurom przypomniała sobie, że przydałoby się tej materii trochę więcej cienia. Bez namysłu sięgnęła po czarny motek, chłodny i miękki w dotyku. Dopiero, kiedy już wplotła ten wątek w przygotowywaną właśnie opowieść o wyjątkowo burzowym dniu, uświadomiła sobie, że przecież resztki cienia wykorzystała na ten nieszczęsny dywanik dla Krogulca i nie zdążyła jeszcze spleść świeżego. Skąd w takim razie wziął się ten motek?
***
Michasia nie do końca zarejestrowała fakt, że została odprowadzona do łóżka. We śnie dalej słuchała babcinej piosenki i nuciła na wpół wyłapane, na wpół zmyślone słowa na dźwięk dobrze już znanej melodii. Razem z babcią śpiewały całą noc i zmieniały burzowe kwiaty i nocne cienie w przędzę, następnie zaś tkały z niej chmury, gęste, ciemne i groźne.
Kiedy materia została już utkana, babcia ściągnęła ją z ciężkiej, drewnianej ramy, zwinęła pod pachą, jak dywanik dla Krogulec, następnie zaś wspięły się po skrzypiących schodach na stryszek. Wyszły na dach przez okienko tak małe, że babcia musiała prawie zgiąć się w pół i nawet Michasia pochyliła głowę i skuliła ramiona, następnie zaś babcia rozpostarła materiał. Pozwoliła, by wydął się pod wpływem wiatru jak żagiel i by białe, konwaliowe pasma napęczniały niczym mniejsze obłoczki, coraz bardziej zasnuwające jaśniejące już na wschodzie niebo. Ciemna, upleciona z kwiatów bzów i cienia masa chmur spiętrzyła się nad tymi niepozornymi obłoczkami, groźna i wyczekująca na swój moment. Wiatr dął coraz silniej. Stojąc na krawędzi dachu obserwowały, jak nad podjazdem do garażu wznoszą się tumany kurzu i jak gałęzie drzew gną się i szeleszczą pod wpływem kolejnych podmuchów. Natura zamarła w oczekiwaniu i, mimo poranka, świat nagle zrobił się bardzo ciemny i bardzo straszny. Gdzieś w oddali rozległ się pomruk grzmotu i to właśnie Michalinę w końcu obudziło.
Dziewczynka zorientowała się, że wcale nie stoi wraz z babcią na dachu, tylko leży w swoim łóżku, pod kołdrą, w pidżamie w biedronki. Podniosła się i podeszła do okna. Odsłoniła zasłonki w słoneczniki tylko po to, by dostrzec niebo przysłonięte ciężkimi od deszczu, granatowymi chmurami. Aż pisnęła z zachwytu. Szybko zasłoniła usta dłonią i wdrapała się na biurko, żeby lepiej widzieć. Siedziała na blacie i patrzyła, na wiatr tańczący w konarach drzew, na wciąż wznoszącą się nad podjazdem chmurę pyłu i na rozwieszone w ogrodzie pranie, tańczące na sznurach. Białe prześcieradła i poszewki raz po raz wydymały się jak żagle okrętów, o krok od zmycia przez potężną falę. Wyraźnie rozpoznawała w zasnuwających niebo chmurach wszystkie te kolory i zapachy, jakie poprzedniego dnia z babcią wyplatały. Ciemny fiolet, przydymioną biel. Chmury podświetlane na czerwono stojącym jeszcze nisko słońcem. Nie mogła oderwać od tego wzroku.
— Obawiam się, że z rowerów to dzisiaj nici — stwierdziła przy śniadaniu mama, spoglądając na zasnute ciemnymi chmurami niebo. — Przykro mi. Wiem, że obiecaliśmy, ale może jutro będzie ładnie, to pojedziemy sobie we dwie, jak już pożegnamy się z tatą?
— Nie szkodzi — zapewniła Michasia, również wciąż zapatrzona na wszystkie te kolory burzy, doskonale świadoma, że miała w tym spektaklu swój mały udział. — To w takim razie po śniadaniu pójdę pobawić się do Franka, dobrze? Nie skończyliśmy wczoraj poziomu w grze.
Mama nie miała co do tego planu większych zastrzeżeń — poza tym, że Michasia ma wrócić na obiad, a nie po raz kolejny objadać sąsiadów, i dobrze, żeby nie spędzili przed monitorem całego dnia. Po śniadaniu Michasia założyła więc swoje ulubione spodnie ogrodniczki i koszulę w kratę, narzuciła na plecy nieprzemakalną kurtkę. Tym razem nałożyła nawet kalosze i pomknęła przez podwórko. Pięć minut później stała już w progu domu Franka, z szerokim uśmiechem na twarzy.
— A nie mówiłam? — odezwała się, gdy tylko chłopiec zszedł do niej, zawołany przez starszego brata. — Nie mówiłam, że będzie padać i będzie burza? Przyszedł już? — spytała.
Franek pokręcił głową, a kosmyki ciemnych, kręconych włosów natychmiast opadły mu na czoło. Ubrany był w nieodłączną, pasiastą koszulkę i podziurawione, poprzecierane w wielu miejscach jeansy.
— Jeszcze nie — odparł półgłosem, oglądając się, czy nie słyszał nikt z domowników. Zmierzył Michasię bardzo wyniosłym spojrzeniem czekoladowych oczu. — Właź. I nie paplaj tyle.
Michasia posłusznie ściągnęła buty i ruszyła za nim do pokoju, przeskakując po dwa stopnie.
Franek zajmował pokoik na strychu, tylko cienką ścianką oddzielony od pokojów starszych braci. Miał jednak u siebie okno wychodzące na dach, częściowo skośny sufit, którego Michasia mu zazdrościła, oraz swój własny, osobisty komputer, poskładany z kilku innych komputerów. Odpalił go, gdy tylko Michasia przyszła. Okno, mimo groźby burzy, zostawił uchylone. Pokonywali kolejnych przeciwników i zbierali skarby, od czasu do czasu robiąc przerwę, żeby wyglądać przez okno na kołującą coraz bliżej burzę.
— Myślisz, że przyjdzie? — dopytywała co jakiś czas dziewczynka, ledwie mogąc się skupić na grze. Raz po raz minimalizowała okienko, żeby spojrzeć na zegar. — Bo wiesz, ja muszę wrócić na obiad do siebie, nie? Tata jutro wyjeżdża na cały miesiąc.
— Przyjdzie. Przychodzi, kiedy ma padać.
Rzeczywiście, jakiś czas później przez ciche, odległe jeszcze pomruki gromów przebiło się coś jeszcze. Cichy, ptasi zaśpiew. Franek zaprzestał na moment szalonej ucieczki przed ścigającymi jego postać przeciwnikami. Nasłuchiwał. Kiedy ptasia piosenka się powtórzyła, odkaszlnął, po czym wydał z siebie serię dźwięków, niezbyt skutecznie usiłując imitować zasłyszaną właśnie melodię.
Michasia zmarszczyła brwi.
— To wilga — wyjaśnił Franek, wyraźnie z siebie zadowolony. Zapisał grę i zamknął komputer. — Chodź, to nasz znak. Przyszedł!
Rzeczywiście, kiedy wyjrzała przez okno, dostrzegła że przy pniu rosnącej przy furtce jarzębiny stoi drobna postać w żółtym płaszczu przeciwdeszczowym i żółtych kaloszach.
— To jest Michalina — przedstawił towarzyszkę Franek, kiedy już zeszli na dół. — Będzie się z nami dzisiaj bawić.
Chłopiec w żółtym płaszczu zmierzył Michasię uważnym, nieco zaciekawionym spojrzeniem. W sposobie, w jaki przekrzywiał głowę było coś bardzo ptasiego. Ostatecznie nic jednak nie powiedział, tylko ruszył przez deszcz, w stronę lasu. Franek i Michasia ruszyli za nim. Mijając zakręt drogi, Misia dostrzegła jeszcze, że od ich domu do furtki zmierza dystyngowanym krokiem wysoka, smukła postać o długim, białym warkoczu. Wyglądało na to, że babcia również gdzieś się w ten burzowy dzień wybierała.
Szli naprawdę długo. Co jakiś czas nad nimi przetaczał się pomruk grzmotu i Michasia przypomniała sobie niejasno, że raczej nie powinno się chodzić po lesie, kiedy burza jest tak blisko. Po minie — i całej postawie — Franka widziała jednak, że chłopiec tylko szuka pretekstu, by kazać jej zawracać i przestać za nimi łazić. Nie miała najmniejszego zamiaru zawracać, wstrzymywała więc oddech przy każdym grzmocie, przełykała nerwowo ślinę i szła dalej. Może burza nie zrobi mi krzywdy, skoro pomogłam ją zrobić, powtarzała sobie, zaciskając dłonie na ściągaczach kurtki. Proszę, burzo, pomogłam cię stworzyć, nie rób mi krzywdy, myślała gorączkowo, kiedy wyszli już z lasu i szli łąką, wzdłuż torów kolejowych. Gałęzie rosnących na miedzy drzew niemal drapały już powierzchnię chmur. Na horyzoncie widać było miejsca, gdzie porozdzierana, ciemna materia sięgała aż do ziemi. Póki co nad nimi wciąż jeszcze nie padało, cały świat zdawał się trwać w oczekiwaniu.
Chłopiec w żółtej kurtce nie zwalniał. Kroczył pewnie przed siebie ubłoconą ścieżką. Nie zatrzymał się ani przy zagradzającej drogę kałuży, ani przy odnodze strumyka, by budować tamy, ani nawet przy widocznym przez suchą trawę stawie. O nie, chłopiec w żółtej kurtce miał na ten deszczowo-burzowy spacer inne plany, i z każdym krokiem Franek był wyraźnie coraz bardziej podekscytowany.
— Tak daleko jeszcze nie szliśmy — wyjaśnił półgłosem ledwie nadążającej za nim Michasi. Naciągnął kaptur na głowę i ściągnął go tak mocno, że nie było spod niego widać włosów, tylko nieco pucułowatą, zaczerwienioną teraz z wysiłku twarz. — To będzie coś ekstra, zobaczysz.
Chłopiec w żółtej kurtce odwrócił się przez ramię i wydał z siebie melodyjny, ptasi zaśpiew. Franek odpowiedział niezbyt udaną próbą naśladownictwa. Chłopiec znów zaśpiewał i przyspieszył kroku.
— Rozumiesz go? — zdziwiła się Michasia.
Franek wzruszył ramionami.
— No przecież każdy głupi rozumie — odparł, spoglądając na młodszą sąsiadkę z odcieniem politowania. — że strasznie marudzimy i mamy się pospieszyć.
— A. Aha. Franuś, a może jednak wracajmy do domu? Zaraz będzie burza a pani w szkole mówiła coś o piorunach i drzewach i otwartej przestrzeni i…
— Jak się boisz, to wracaj do domu, dziecko — odparł Franek, zgodnie zresztą z przewidywaniami.
— Nie mów do mnie dziecko, dziecko! — obruszyła się Michasia. — I wcale się nie boję.
— To chodź — Szarpnął ją za rękaw kurtki i pociągnął za sobą.
Chłopiec w żółtej kurtce skręcił tymczasem w stronę widocznego niedaleko nasypu kolejowego. Ponad szum wiatru i pomruki burzy przebiło się coś jeszcze — wściekle spieniona woda uderzająca w betonowe płyty. Byli niedaleko przepustu. Rzeka spływała z lasu wąską strugą i przepływała pod wiaduktem, rozlewając się sennie na otaczające Ustronie pola i łąki. Michasia pamiętała, że woda w tym miejscu jest na ogół płytka a nurt słaby i bez większej trudności dało się przeszkodę nie tylko pokonać dołem, bez wspinania się na nasyp, ale też — jeśli potrzeba — przeprowadzić rowery. Przez ostatnie dwa tygodnie jednak głównie padało i teraz rzeka nie zamierzała słuchać nikogo. Zmieniła się we wściekły, spieniony żywioł.
Nie czekając na towarzyszy, chłopiec w żółtej kurtce rozpoczął wspinaczkę w górę nasypu, ślizgając się nieco na wilgotnej trawie. Franek bez wahania ruszył w jego ślady i Michasia, pełna jak najgorszych przeczuć, również nie zamierzała pozostawać za bardzo w tyle.
Kiedy cała trójka wędrowców — ubłocona, wysmarowana trawą i zdyszana znalazła się już na górze nasypu, częściowo właściwie stojąc na torach, chłopiec w żółtej kurtce jakby nigdy nic ruszył przed siebie. Przeszedł nad przepustem, zupełnie ignorując płynącą dołem, rwącą rzekę, następnie zaś stanął na krawędzi nasypu, spoglądając wyzywająco na Franka i Michasię. Michasia popatrzyła na niego i na Franka, zbierającego się już, by powtórzyć ten wyczyn. Uświadomiła sobie, że jeśli nadjedzie pociąg, będą mieli do wyboru dać się mu porwać pod tory, albo spaść w topiel pod spodem.
— Wracajmy do domu — poprosiła.
Franek odwrócił się do niej zdziwiony i zniecierpliwiony.
— Wiedziałem, że to był głupi pomysł, żeby cię ze sobą brać — burknął. — Nie marudź, idziemy.
— Chyba już czas, żeby wracać do domu, Franuś — negocjowała Michasia. — Przynajmniej ja powinnam. Obiad — przypomniała mu.
— No to idź.
— Nie odprowadzisz mnie?
Chłopiec wywrócił oczami.
— Nie bądź dzieckiem. Człowiek się nawet nie może pobawić jak normalny człowiek? — łypnął na nią ponuro.
— Człowiek może nie łazić po torach kolejowych nad rzeką, kiedy wieje i zbiera się na burzę — spostrzegła Michasia. — No weź, chodź.
— Sama weź — odparł Franek, pewnie łapiąc ręką za barierkę. — Zabawopsuj.
Michasia popatrzyła na niego ze złością, następnie zaś popatrzyła na stojącego po drugiej stronie przepustu chłopca w żółtej kurtce. Chłopiec wbił w nią wzrok, lekko przekrzywiając głowę. Wydał z siebie cichy, pachnący deszczem zaśpiew wilgi. Nie próbował już nawet udawać, że wciąż ma ludzką twarz. Z każdym kolejnym krokiem w stronę polany Krogulca, oczy stawały się coraz bardziej ptasie, a dziób coraz bardziej widoczny.
Misia wciągnęła powietrze z cichym świstem. Dotarło do niej, że jeśli Franek — zupełnie nieświadomy problemu i balansujący na wąskim kawałku betonu nad przepustem, — przejdzie na drugą stronę rzeki, już nie wróci, nie tylko na obiad, ale już w ogóle. Zerwała kontakt wzrokowy, i wtedy ich nowy towarzysz zabaw znów zaśpiewał jak wilga, wyraźnie zadowolony z siebie. Michasia rozejrzała się. Przez moment była niemal pewna, że na brzegu rzeki dostrzega znajomą postać z długim warkoczem.
— Franek, pociąg! — wrzasnęła. Żaden pociąg nie jechał, nic innego nie przyszło jej jednak do głowy.
Chłopiec był już w połowie drogi nad wpustem, całkowicie skoncentrowany na stawianiu kroków na torowisku. Potknął się, poleciał do tyłu i potoczył się po trawie, prosto w wodę. Michasia zdążyła tylko zarejestrować, że Franek spada, po czym odruchowo zamknęła oczy i krzyknęła, wystraszona.
Coś huknęło tak blisko, że Michasia opadła na kolana i skuliła się na ziemi przy torach. Jasny blask na moment wdarł się pod powieki. Z nieba spadło najpierw kilka ciężkich kropel, a następnie poszarpana zasłona chmur rozerwała się, zmieniając świat wokół Misi w ścianę deszczu.
— Nie rusz — rozległ się znajomy głos. — Nie waż się nawet.
Michasia otworzyła oczy. Przed sobą widziała wodę, zupełnie tak, jakby stała pod wodospadem, albo jakby ktoś owinął ją kawałkiem deszczowej chmury. Wytężyła wzrok, żeby dostrzec to coś poruszające się za zasłoną deszczu. Coś próbowało się do niej przez ten deszcz przedrzeć, raz po raz napierając na zasłonę i usiłując sięgnąć poprzez nią. Przez moment wydawało jej się, że w pociemniałym nagle świecie widzi tę jedną plamę żółci, jaką był przeciwdeszczowy płaszcz intruza. Niebo ponownie przecięła nitka błyskawicy. W nagłym rozbłysku światła Misia dostrzegła, że po obcym chłopcu w żółtej kurtce i kaloszach nie ma już śladu. Patrzyła na nią istota o czarnych, ptasich oczach otoczonych pomarańczową obwódką i dziobie, nie tylko ostrym, ale też dodatkowo pełnym zębów. Włosy płynnie przechodziły w jaskrawo żółte pióra, pióra wyrastały również z rękawów kurtki, te dla odmiany czarne i błyszczące deszczem. Stworzenie zmierzyło Misię głodnym wzrokiem, kłapnęło zębatym dziobem, zaśpiewało po swojemu, po czym wycofało się w deszcz. Ktoś zaklął szpetnie głosem babci, jednak w sposób zupełnie do babci nie pasujący.
— No dobrze — odezwała się po chwili kontemplacji Tkaczka, gdzieś w pobliżu Michaliny. — Uciekaj sobie, przez las, skoro chcesz. Już ja się postaram, żebyś trafił, gdzie masz trafić. Oj, ucieszy się Krogulec na twój widok — powiedziała mściwie. — Z całą pewnością się ucieszy. Nieźle jej napsułeś krwi przez ostatnie tygodnie. Nie lubi strasznie jak jej przypisują cudze przewinienia i jak to do niej przychodzą na skargę, że dziecko zniknęło. Nikt zresztą z nas nie lubi. Nie mamy takich mocy przerobowych, żeby te wszystkie dzieciaki zabierać i gdzieś ukrywać, po co mielibyśmy to robić jeśli nie są magiczne? Zejdź wreszcie z tych torów, dziecko — ostatnie słowa wywodu skierowane już były do Misi. — Niedługo nadjedzie popołudniowy do Zarzewia.
Deszcz nieco osłabł, Misia podniosła się więc wciąż zmarznięta i zalękniona. Trochę na nogach, trochę na kolanach, zaczęła zsuwać się w dół nasypu. Spotkały się z babcią w połowie drogi, ostatni odcinek pokonała więc już na nogach, mocno trzymając się babcinej ręki.
Franek leżał na wilgotnej trawie, skulony u stóp nasypu, owszem, przemoczony — trudno powiedzieć czy od kąpieli w rzece, czy od ulewy — zmarznięty i zdezorientowany, ale cały i zdrowy. Dyszał ciężko, spoglądając to na Michasię, to na jej babcię z wyraźnym przestrachem.
— No — odezwała się babcia, spoglądając na towarzystwo z pewnym politowaniem wymieszanym z rezygnacją. Z całej siły zaciskała dłoń Misi w swojej. — To w takim razie. Wycieczka za mną. Wracamy do domu, trzeba się wysuszyć. Michasiu, bądź tak dobra i pomóż mi zebrać swojego kolegę z ziemi. Mamy ładny kawałek do przejścia.
Tkaczka odprowadziła Franciszka aż pod bramę i dopilnowała, by zniknął za drzwiami. Popatrzyła w ślad za nim, po czym przeniosła wzrok na wnuczkę. Dziewczynka wyglądała jak siedem nieszczęść: mokra, zmarznięta i potargana. To jednak Tkaczka musiała jej przyznać — ani razu nie zapłakała.
— Przyjdź później do pracowni — poprosiła. — Jak już się trochę wysuszysz i rozgrzejesz.
— Nie jest babcia na mnie zła? — spytała Michasia, rozcierając ramiona dłońmi, żeby chociaż trochę się rozgrzać.
— Nie, dziecko. Nie jestem.
Otworzyła dziewczynce furtkę na podwórko, sama zaś ruszyła w stronę lasu, by upewnić się, że przywołany przez chłopca z sąsiedztwa przybłęda trafi tam, gdzie trafić powinien.
Kiedy wracała do domu, zaczynało się rozpogadzać. Wiatr rozwiewał tak pracowicie utkane przed nią chmury. Trudno. Z liści spływały krople deszczu, srebrząc się w pachnącym poburzową świeżością powietrzu. Słońce wciąż chroniło się za obłokiem, zamglone, obojętne i jakby obrażone. Skoro nie chciałaś mnie widzieć cały dzień, Tkaczko, zdawało się mówić, to teraz się wypchaj. Nie miała mu tego za złe. W zadumie przemierzała szary, jakby zamglony świat, uśmiechając się blado do ostatnich strzępów stworzonych przez siebie chmur.
Michasia drzemała, kiedy przyszła do niej na górę, zmarznięta i wstrząśnięta dziwną przygodą nad przepustem. Poruszyła się, kiedy Tkaczka usiadła na brzegu jej łóżka i sennie przetarła oczy dłońmi.
— Co się stało z tamtym chłopcem? — spytała, między jednym ziewnięciem a drugim. — Złapałaś go?
— Krogulec go złapała. Ma teraz trochę więcej drzew w swoim sadzie. Będzie miała więcej jabłek do zbierania.
— Bo ja widziałam…
— Zobaczyłaś intruza takim, jakim jest naprawdę, hm?
Dziewczynka pokiwała głową.
— Co to właściwie było?
— Coś, co twój przyjaciel z sąsiedztwa tutaj zaprosił, zapewne niechcący.
— Zaprosił…?
Tkaczka uśmiechnęła się smutno.
— Trzeba uważać na to, co sobie człowiek marzy, Misiu. Czasem te marzenia nie dość, że nabierają kształtu, to jeszcze jest to kształt tylko pozornie podobny do tego, co chciałoby się mieć. I czasem zabierają nas ze sobą tam, skąd przyszły. Nie można im do końca ufać.
— Czyli miałam rację, tak? — upewniła się Michasia, może trochę triumfująco. — Franek sobie tego swojego kolegę wymyślił? Tak od początku do końca?
— W pewnym sensie. Ale na twoim miejscu nie przypominałabym mu o tej przygodzie jakoś szczególnie często. Skoro zaprosił tego, może zaprosić następnego.
Michalina pokiwała głową.
— Nie będę — obiecała. — Babciu…
— Tak?
— Zaśpiewasz mi jeszcze raz tę piosenkę, przy której pracujesz?
Tkaczka westchnęła cicho. Cóż innego jej pozostawało? W jej pracy nieskończenie wiele spraw wymagało przecież jej interwencji, żadna z nich nie była jednak tak istotna jak życzenie Michaliny.
[1] Poeta pragnie szaty niebios, William Butler Yeats; przeł. Leszek Engelking
